Zarabianie na klęczkach

Zarabianie na klęczkach

Zarabianie na klęczkach
Zarabianie na klęczkach / Źródło: 2016 Paramount Pictures and Metro-Goldwyn-Mayer Pictures Inc
Kino przez dekady zarabiało wielkie pieniądze na opowiadaniu historyjek inspirowanych Biblią i historią starożytną. I kiedy mu brakuje nowych pomysłów, wraca do tych, które już się sprawdziły, na zasadzie: jak trwoga, to do Boga.

Hollywood ma zarabiać pieniądze i jak najmniej przy tym ryzykować, więc wsłuchuje się w nastroje społeczne i buduje wokół nich swoje interesy. A że intelektualnie nie potrafi (i nie chce) wzlecieć wysoko, żyje dzisiaj z powtarzania tego, co się sprawdziło. I dotyczy to nie tylko kolejnych części popularnych cykli, ale całych gatunków. Skoro kiedyś ludzie tłumnie chodzili na westerny, filmy z piratami czy wielkie freski historyczne, to może pójdą znowu? Dzięki tej zasadzie przynajmniej raz na dekadę oglądamy na ekranie próbę rewitalizacji jakiegoś gatunku. Czasem się udaje, jak z westernowym „Bez przebaczenia” czy „Piratami z Karaibów”, i powstaje kolejny hitowy cykl filmów. Stąd też się wzięła kolejna wersja „Ben- -Hura”, tym razem reżyserowana przez Timura Bekmambetova. Film jest pierwszą od czasu nakręconej przed przeszło dekadą „Pasji” Mela Gibsona próbą zrealizowania wysokobudżetowego kina z jawnie chrześcijańskim przesłaniem i ambicjami artystycznymi, bo trudno za zgodne z kościelną doktryną uznać i „Exodus” Ridleya Scotta, i „Noego” Darrena Aronofsky’ego. A tu kreujący w nowym „Ben-Hurze” rolę Jezusa Chrystusa brazylijski aktor Rodrigo Santoro otrzymał błogosławieństwo od samego papieża Franciszka. Trudno jednak przesądzać o efektach, bo choć obecnie podobne filmy kojarzone są przede wszystkim z marnymi produkcyjniakami kierowanymi od razu na płyty albo telewizyjną nudą nadawaną przy okazji istotniejszych świąt religijnych, nie zawsze tak było. Kino biblijne przez całe lata stanowiło dochodową gałąź przemysłu hollywoodzkiego, przynosząc zyski nie mniejsze niż pamiętne historyczne freski. Zresztą obie konwencje gatunkowe płynnie się na siebie nakładały jeszcze od epoki kina niemego, kiedy pionier technik montażowych David W. Griffith, zainspirowany ponoć traktującą o drugiej wojnie punickiej „Cabirią” z 1914 r., dwa lata później nakręcił swoją głośną „Nietolerancję”. Specem od widowisk historycznych, często o biblijnej podstawie, był Cecil B. DeMille, którego filmy gromadziły w kinowych salach setki tysięcy ludzi, a którego dobra passa trwała jeszcze długo po rewolucji dźwiękowej. Zresztą złota era tak zwanego kina sandałowego (bo jego bohaterowie w takim obuwiu biegali po pustyni) rozpoczęła się od jego filmu „Samson i Dalila” z 1949 r.

Miliony z Biblii wyciśnięte

Film Bekmambetova to już czwarta adaptacja bestsellerowej XIX- -wiecznej powieści, spośród których niewątpliwie tą najbardziej znaną jest nagrodzona dziesięcioma Oscarami superprodukcja w reżyserii Williama Wylera. Nie ma oczywiście mowy, żeby odkurzony „Ben-Hur”, będący nie tyle remakiem słynnego poprzednika z 1959 r., co świeżym spojrzeniem na książkę Wallace’a, doczekał się chociaż ułamka podobnych wyróżnień, lecz nie należy zapominać, że dzieło Wylera nie było jedynie obliczonym na zysk przypomnieniem klasyka literatury chrześcijańskiej, lecz nieodrodnym dzieckiem swojego czasu. Pod koniec lat 50. kodeks Haysa nakładający na Hollywood rozmaite, często absurdalne obostrzenia miał się dobrze, a realizowane z rozmachem spektakle biblijne lub freski historyczne przynosiły pewne zyski przy aprobacie konserwatywnego grona cenzorskiego. Zaledwie trzy lata przed dziewiczym klapsem na planie „Ben-Hura” na poły legendarny już producent i reżyser, obdarzony midasowym dotykiem Cecil B. DeMille, zarobił krocie na „Dziesięciorgu przykazaniach”, opowieści o proroku Mojżeszu z Charltonem Hestonem i tysiącami statystów. Szał na produkcje inspirowane Pismem Świętym wybuchł już na początku tamtej dekady, kiedy kina zawojował chociażby „Dawid i Betszeba” z Gregorym Peckiem i Susan Hayward w rolach tytułowych, a nieco późniejsza, nowotestamentowa „Szata” uczyniła gwiazdę z Richarda Burtona. Studia chętnie pakowały ogromne pieniądze w rozbuchane, ekstrawaganckie widowiska także, a może szczególnie, po premierze „Ben-Hura”, podpisywali się zaś pod nimi tak uznani i utalentowani reżyserzy, jak znany z „Buntownika bez powodu” Nicholas Ray (biografia Jezusa „Król królów” z 1961 r.) czy twórca „Jeźdźca znikąd” George Stevens (kolejny życiorys Chrystusa „Największa historia, jaką kiedykolwiek opowiedziano” z 1965 r.). Rzecz jasna ponad pół stulecia temu nie tylko Biblia stanowiła pożądany przez Hollywood materiał adaptacyjny.

Żwir pod sandałami

Równolegle z nurtem biblijnym rozwijało się prężnie rzeczone kino sandałowe, niekoniecznie jednak pozbawione naleciałości religijnych. Chętnie kręcono zupełnie fikcyjne lub luźno odwołujące się do faktów historie ze starożytności, jak na przykład zrealizowana jeszcze przed filmem Wylera adaptacja powieści Henryka Sieniewicza „Quo vadis” i „Ziemia faraonów” ze scenariuszem autorstwa między innymi pisarza Williama Faulknera, laureata Nagrody Nobla, którą swoim nazwiskiem firmował nie mniej słynny Howard Hawks. Hossa trwała dobrą dekadę i nawet po triumfie „Ben-Hura” na oscarowej gali nie nastąpiło przesycenie rynku. Stanley Kubrick z Kirkiem Douglasem zawojowali jeszcze potem kina „Spartakusem”, a 20th Century Fox przeznaczyło astronomiczne pieniądze na „Kleopatrę” z duetem Elizabeth Taylor/Richard Burton. Decyzji tej wytwórnia o mało nie przypłaciła bankructwem, bo choć film okazał się najlepiej zarabiającą produkcją 1963 r., nakłady finansowe były szalenie wysokie, a ekipę prześladował pech. Lecz Hollywood brnął dalej, nie dostrzegając, że filmowa era togi i sandała dobiegła końca. Łabędzim śpiewem amerykańskiego eposu historycznego był nakręcony rok później i średnio radzący sobie w kinach „Upadek Cesarstwa Rzymskiego” Anthony’ego Manna. O ironio, tytuł ten okazał się złośliwie proroczy.

Z ziemi włoskiej donikąd

Co ciekawe, niejako na plecach hollywoodzkiego giganta nową falę popularności zdobyło inne filmowe zjawisko, tak zwane kino peplum (nazwa pochodzi od noszonej przez starożytne Greczynki szaty). Były to filmy taśmowo produkowane we Włoszech, nierzadko z topowymi amerykańskimi nazwiskami, ale kręcone po kosztach. Choć były częstokroć bliźniacze względem droższych produkcji zza oceanu, kładziono w nich nacisk na element przygodowy, ich bohaterami, prócz postaci biblijnych czy historycznych, bywali także mitologiczni herosi, jak Herkules, Odyseusz czy włoski siłacz Maciste. Peplum, choć tanie, odtwórcze i prymitywne, nierzadko gromadziło imponującą publikę, ale nigdy nie przedzierzgnęło się w ceniony artystycznie podgatunek, jak choćby również przecież naśladowczy spaghetti western, któremu kino miecza i sandała ustąpiło ostatecznie miejsca; załamanie na rynku europejskim przyszło równolegle z kryzysem w Stanach Zjednoczonych. Na przestrzeni kolejnych dziesięciu lat z rzadka ładowano gigantyczne pieniądze w kolejne eposy historyczne i nigdy już nie udało się przywrócić ich złotej ery. Koniec lat 60., zniesienie Kodeksu Haysa i dojście do głosu tak zwanego Nowego Hollywood aż do rozpoczęcia okresu panowania Stevena Spielberga i George’a Lucasa położyły kres bombastycznym produkcjom z ornamentacyjnymi dekoracjami za grube miliony i przeniosły środek ciężkości na osobiste, jednostkowe dramaty. Kino sandałowe praktycznie zniknęło z dużego ekranu jako symbol dawno minionej, naznaczonej cenzurą dekady sprzed reform. Dopiero postęp techniczny i powrót mody na rozbuchane widowiska pozwolił Ridleyowi Scottowi u progu nowego tysiąclecia na realizację słynnego „Gladiatora”, którego sukces próbowano powielić, kręcąc chociażby zainspirowaną homeryckim eposem „Troję”, traktującego o losach macedońskiego króla „Aleksandra” czy komiksowe „300”. Ale filmy te, choć budziły niemałe zainteresowanie, ani nie stworzyły spójnego nurtu, ani nie wyznaczyły jasnego kierunku dla rozwoju blockbustera. Cóż, choć może i chciałoby się powiedzieć, że jedna jaskółka wiosnę uczyni, „Ben-Hur” Bekmambetova początkiem nowej ery filmowej starożytności również nie będzie, ale może chociaż przypomni, czym niegdyś żyło całe Hollywood i spory kawał Starego Kontynentu. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Najważniejsze filmy kina w sandałach

„Samson i Dalila” (1949)

reż. Cecil B. DeMille wyk. Hedy Lamarr, Victor Mature

Przebój studia Paramount powstawał prawie 15 lat i w tym czasie DeMille zdążył wyreżyserować kilka innych rzeczy, ale wytrwałość się opłaciła. Biblijna historia rozbiła box office i była najlepiej zarabiającym filmem 1950 r.

„Szata” (1953)

reż. Henry Koster wyk. Richard Burton, Jean Simmons

Jakie były dalsze losy żołnierza, który wygrał w kości szatę Chrystusa? „Szata” próbuje na to pytanie odpowiedzieć. Bodajże jedyny epos biblijny, który doczekał się sequela („Demetriusz i gladiatorzy”).

„Dziesięcioro przykazań” (1956)

reż. Cecil B. DeMille wyk. Charlton Heston, Yul Brynner

Opus magnum Cecila B. DeMille’a? Prawdopodobnie. Historia Mojżesza opowiedziana z rzadko spotykanym nawet w Hollywood rozmachem do dziś zbiera wyrazy uznania.

„Ben-Hur” (1959)

reż. William Wyler wyk. Charlton Heston

Reklamowany nie jako film, ale doświadczenie. Całkiem słusznie. Dziewięciominutowa scena wyścigu rydwanów przeszła do historii światowej kinematografii.

„Spartakus” (1960)

reż. Stanley Kubrick wyk. Kirk Douglas, Laurence Olivier

Dowód na apodyktyczność Kirka Douglasa. Na przekór ganiającej za komunistami branży zatrudnił scenarzystę Daltona Trumbo i odebrał Kubrickowi kontrolę artystyczną nad reżyserowanym widowiskiem.

„Kleopatra” (1963)

reż. Joseph L. Mankiewicz wyk. Elizabeth Taylor, Richard Burton

Swoisty filmowy Titanic, znakomity przykład hollywoodzkiego geniuszu inscenizacyjnego, a zarazem klapa finansowa. Po „Kleopatrze” kino togi i sandała nie było już takie samo.

Okładka tygodnika WPROST: 33/2016
Więcej możesz przeczytać w 33/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także