Z koksem się nie wygra

Z koksem się nie wygra

Dodano:   /  Zmieniono: 
Tomasz Zieliński, sztangista. Podczas igrzysk olimpijskich w Rio zdyskwalifikowany wraz z bratem Adrianem za zażywanie niedozwolonych substancji
Tomasz Zieliński, sztangista. Podczas igrzysk olimpijskich w Rio zdyskwalifikowany wraz z bratem Adrianem za zażywanie niedozwolonych substancji / Źródło: BARTŁOMIEJ KUDOWICZ/FORUM, Dawid Antecki/Agencja Gazet
Na mistrzostwach olimpijskich w Rio de Janeiro odbył się pogrzeb polskiego podnoszenia ciężarów. Paradoksalnie może to jednak oznaczać dla tej dyscypliny powrót do normalności.

Igrają z ogniem – tak o ciężarowcach, którzy biorą środki dopingujące, mówi Michał Rynkowski, dyrektor biura Komisji do Zwalczania Dopingu w Sporcie. Dyskwalifikacja naszych czołowych sztangistów, braci Adriana i Tomasza Zielińskich, a także ich żenujące tłumaczenia wywołały najpoważniejszą w historii debatę na temat przyszłości tej dyscypliny. Mówi się nawet o wycofaniu ciężarów z igrzysk olimpijskich. Ale skandal antydopingowy wyciągnął na światło dzienne to, o czym specjaliści mówili już od dawna: polskie podnoszenie ciężarów to jedna wielka koksownia. Nie tylko zresztą polskie. Od lat triumfów nie święcą już zawodnicy z USA, Francji czy Niemiec, czyli krajów przestrzegających wysokich standardów antydopingowych. Medale otrzymują za to przedstawiciele byłych republik radzieckich, Chin, Korei Północnej, Turcji czy Bułgarii. A także Polski. Przypadek? – Oczywiście nie – bez wahania mówi Maciej Petruczenko, dziennikarz „Przeglądu Sportowego”, który na początku lat 70. jako pierwszy w Polsce zaczął pisać o dopingu w sporcie. – Są kraje, gdzie czysta sztanga po prostu nie istnieje – dodaje. Nie znaczy to, że zawodnik, który ma dobre wyniki, nie może być czysty. – Ale masowa liczba dyskwalifikacji w podnoszeniu ciężarów pokazuje, że jest to chora gałąź zdrowego drzewa – mówi Petruczenko. – Zrobiła się z tego karykatura sportu, gdzie zamiast rywalizacji mamy grę w kotka i myszkę. Wygrywa ten, kogo nie uda się złapać – dodaje.

Wasiela kontra system

O tej chorobie wiadomo zresztą od dawna. Od jakiegoś czasu zawody sportowe z udziałem ciężarowców nazywa się nawet żartobliwie „wyścigiem aptek”. Jak nieoficjalnie dowiedział się „Wprost”, poza braćmi Zielińskimi przed wyjazdem do Rio podwyższony poziom podejrzanych substancji wykryto też u innych polskich zawodników. Oni mieli więcej szczęścia, bo ich wyniki, choć z trudem, ale utrzymały się w formalnej normie. Specjaliści nie mają jednak wątpliwości, że ci sportowcy też musieli brać, tylko umiejętniej niż Zielińscy. Problem w tym, że tę patologię od lat starannie tuszuje Polski Związek Podnoszenia Ciężarów. Czyli instytucja, która teoretycznie powinna stać na straży czystości sportu. Gdy kilka lat temu prezes Zygmunt Wasiela chciał wypowiedzieć dopingowej epidemii wojnę, został zniszczony przez środowisko. Po prostu przestał być prezesem. – Koksiarze go wyrugowali – mówi Maciej Petruczenko. – W efekcie Polski Związek Podnoszenia Ciężarów wspierał system. Ale co się dziwić, skoro nawet Międzynarodowa Federacja Podnoszenia Ciężarów w przeszłości broniła zawodników biorących doping – dodaje. Wasiela od dawna podejrzewał, że czołowi polscy zawodnicy i trenerzy tworzą układ, którego celem jest tuszowanie powszechności stosowania zakazanych substancji. Sprawę zdecydował się nagłośnić po igrzyskach w Londynie w 2012 r. Sugerował wtedy, że w proceder może być zaangażowany ówczesny świeżo upieczony mistrz olimpijski Adrian Zieliński, jego młodszy brat Tomasz, ale też trener Jerzy Śliwiński. Na celowniku prezesa znalazł się też Arsen Kasabijew, gruziński sztangista pochodzący z Osetii Południowej. Ten mistrz Europy z 2010 r., obecnie obywatel Polski, odbywa właśnie karę dyscyplinarną za stosowanie hormonu wzrostu. Wasielę zaniepokoiło to, że przed olimpiadą w Londynie cała trójka zawodników nagle zniknęła. Nie można więc było zbadać, czy w ich organizmie nie ma zakazanych substancji. Sportowcy tłumaczyli, że byli na prywatnym zgrupowaniu trenerskim w Osetii Południowej. Prezesowi śmierdziało to na kilometr. Wyjazd na trening do okupowanej przez Rosjan części Gruzji nie miał uzasadnienia. Nie zgodziło się na niego ani PZPC, ani Ministerstwo Sportu. Sportowcy mieli za niego zapłacić z własnej kieszeni (podobno nawet 45 tys. zł za głowę), podczas gdy tu, w kraju, na ich przygotowania do igrzysk wysupłano spore środki z budżetu państwa. Wbrew zasadom o dokładnym miejscu swojego pobytu nie powiadamiali władz związku, bo podobno w Osetii nie działał internet. Nie mieli rachunków za hotele, a na dowód pobytu za granicą przedstawili fotografię na tle cerkwi. Takie wyjazdy jeszcze się powtarzały.

Przykład z białorusi

Wcześniej takie metody unikania kontroli antydopingowej stosowali Białorusini. Na czym one polegają? W normalnych warunkach ukryć fakt, że się bierze, jest bardzo trudno. Zawodnicy mają obowiązek ciągłego meldowania, gdzie są. W każdej chwili, także podczas pobytu za granicą, eksperci z komisji antydopingowej mogą ich przebadać na obecność w organizmie zakazanych substancji. Bywało, że sportowców wybudzano w nocy z łóżka, zdarzyło się też, że aby dotrzeć do zawodnika, kontrolerzy podszyli się pod dziennikarzy. Ucieczka do egzotycznego kraju to zatem jedyny sposób, by uniknąć sprawdzenia. – Zawodnicy meldują, że udają się na trening do trudno dostępnego miejsca. Najlepiej w wysokich górach albo tam, gdzie ze względu na sytuację polityczną trudno dojechać. Osetia Południowa, o którą od lat spierają się Rosja i Gruzja, to idealne miejsce. Bo raczej nie dotrą tam eksperci. Oczywiście w rzeczywistości zawodnik wcale nie przebywa we wskazanym miejscu, ale trudno mu to udowodnić. Czy tak też było w przypadku braci Zielińskich? Nikt tego w 100 proc. nie wykazał. Ale poszlaki były mocne. Dlatego w 2013 r. prezes Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów sprawę postanowił nagłośnić. Otwarcie zasugerował, że sportowcy w żadnej Osetii nie byli, a całe rzekome zgrupowanie w Azji to próba uniknięcia badań antydopingowych. W liście otwartym dał też do zrozumienia, że ich działania kryje Szymon Kołecki, wówczas szef wewnętrznej opozycji w PZPC. „Pragnę przypomnieć, iż pana sportowa kariera przeplatana była surowymi konsekwencjami wynikającymi z pozytywnych wyników kontroli antydopingowej. Oficjalnie skutkowało to dwukrotną dyskwalifikacją i pana nieobecnością na arenie międzynarodowej. Były też kolejne podejrzenia o doping” – przypomniał przy okazji Kołeckiemu. W efekcie na Wasielę posypały się gromy. Oskarżano go, że psuje Polakom święto, jakim były sukcesy naszych ciężarowców w Londynie. Przegrał wybory prezesa Związku, a zastąpił go… Kołecki. Były mistrz olimpijski z Pekinu wydawał się świetnym kandydatem na takiego prezesa, który nie będzie przesadnie węszył. Sam w przeszłości miał przecież kłopoty z dopingiem. Zresztą na światło dzienne ciągle wychodzą nowe fakty. Kilka miesięcy temu „Gazeta Wyborcza” ujawniła, że w 2002 r. ukraiński lekarz Walentyn Czernopiatow miał mu sprowadzać z Odessy nandrolon. Sprawę podobno zatuszowano dzięki koneksjom w Międzynarodowej Federacji Podnoszenia Ciężarów. Jeśli więc dziś Kołecki tłumaczy, że chciał walczyć z dopingiem, ale miał przeciwko sobie większość członków zarządu PZPC, to jest to tylko część prawdy.

Dopingowy przemysł

Podobnie nieprawdziwe jest tłumaczenie braci Zielińskich, że w dzisiejszym sporcie nikt już nie stosuje nandrolonu i że „musieliby być idiotami, żeby go zażywać”. Ten steryd anaboliczny ciągle jest w użyciu. Normalnie podaje się go pacjentom po rozległych uszkodzeniach kości i skóry. Lek zwiększa apetyt, przyspiesza regenerację kości i mięśni. W przypadku sportowców sztucznie poprawia ich kondycję i wydolność siłową. Jego „dobroczynne” działanie w tej dziedzinie odkryto już w latach 60., ale w 1975 r. zakazano stosowania tej substancji. Rzeczywiście, z nandrolonem jest problem, bo utrzymuje się w organizmie nawet do półtora roku i łatwo go wykryć. Dlatego dziś rolą lekarza uwikłanego w dopingowy przemysł jest odpowiednio dobrać dawkę i terminy. Substancję podawaną w mniejszych ilościach, za to regularnie, można zwykle wykryć zaledwie przez kilkadziesiąt dni. Trzeba więc manewrować dawkami i dostosowywać czas podania sterydu do kalendarza zawodów i spodziewanych kontroli. Potwierdza to Michał Rynkowski, dyrektor biura Komisji do Zwalczania Dopingu w Sporcie. – Badanie próbki Tomasza Zielińskiego z 1 lipca wykazało około sześciokrotne przekroczenie dopuszczalnego progu. Dwa kolejne badania, z 11 i 20 lipca, były już praktycznie czyste – wyjaśnia. Kontrola w Rio wykazała pięciokrotne przekroczenie normy. Najwyraźniej więc sportowiec wziął steryd w ostatniej chwili, być może nawet już w Rio. Do tego, żeby skutecznie manewrować stężeniem zakazanych substancji, potrzebni są specjaliści. Dlatego stosowanie dopingu prawie nigdy nie jest inicjatywą wyłącznie zawodnika, ale całego sztabu ludzi, w tym – jakkolwiek to zabrzmi – wysoko wykwalifikowanych specjalistów – trenerów, lekarzy i fizjoterapeutów. W pewnym momencie wszyscy się wzajemnie kryją. Do tego koksowegoukładu dochodzą powiązania towarzyskie, a nawet rodzinne. I nie chodzi tylko o braci Zielińskich. Dwa lata temu na dopingu złapano Sylwestra Kołeckiego, brata prezesa związku, a także Piotra Chruściewicza, syna trenera kadry narodowej.

Olimpiada mutantów

Z dopingiem w sporcie praktycznie nie walczy polskie państwo. – Nasz Kodeks karny nie przewiduje kary dla osoby, która zażywa środki dopingujące. To błąd, bo tego typu czyny w innych krajach, choćby w Niemczech, są przestępstwem – zauważa Petruczenko. W wielu państwach w realne działania antydopingowe znacznie mocniej niż u nas angażują się władze związków sportowych. Przykład? Jeśli komisja antydopingowa trzykrotnie nie zastanie zawodnika pod wskazanym adresem, jest on natychmiast dyskwalifikowany. Tworzy się też biologiczne paszporty sportowca. Dzięki nim można na bieżąco śledzić każde odstępstwo od parametrów organizmu. Inna sprawa, że medycyna ciągle idzie do przodu. Także ta zakazana. W świecie sportu coraz głośniej mówi się dziś o dopingu genowym – polega on na transferze genów do komórek w ciele sportowca. Dzięki ingerencji w DNA komórki same zaczynają produkować określone hormony. Ponieważ nie pochodzą one spoza organizmu, tradycyjne testy antydopingowe są w tym wypadku bezradne. Efekt jest podobny, a nawet lepszy niż przy klasycznym „koksowaniu” – organizm staje się silniejszy, bardziej wydolny i wytrzymały na ból. Czy doping genowy jest dziś w sporcie stosowany? Światowa Agencja Antydopingowa nie ma na to jednoznacznych dowodów. Ale już teraz intensywnie pracuje nad stworzeniem testów nowej generacji. Niewykluczone, że już na igrzyskach w Londynie pojawili się pierwsi sportowcy, którzy korzystali z tego rodzaju nielegalnego wsparcia. Grupa biotechnologów na łamach prestiżowego czasopisma „Nature” wysnuła nawet teorię, że igrzyska olimpijskie stają się powoli zawodami mutantów. Jeśli to prawda, to przypadek polskich ciężarowców pokazał, że nasi sportowcy, szprycując się używanym od pół wieku nandrolonem, najwyraźniej się na tę nową generację substancji zakazanych nie załapali. Złośliwi żartują, że to kolejny powód do wstydu.

Ozdrowieńczy szok

Zdaniem Macieja Petruczenki to, co się wydarzyło z polskimi ciężarami w Rio, to pogrzeb tej dyscypliny sportu. Przynajmniej w formie, w jakiej ona dotąd funkcjonuje. – Po tym wszystkim, co się stało, trudno oczekiwać, że jakaś matka lub ojciec wyślą swoje dziecko, żeby trenowało ciężary. Równie ciężko jest wymagać od kibiców, żeby jeździli na zawody lub choćby oglądali je w telewizji – zauważa. Według niego podnoszenie ciężarów jest tak przeżarte patologią, że być może warto na jakiś czas usunąć tę dyscyplinę z igrzysk olimpijskich. – Potrzebny jest dłuższy namysł, co zrobić z tą jedną wielką koksownią – mówi Petruczenko. – Od dziesiątków lat o tym, kto zdobędzie medal na pomoście, nie decyduje naturalnie wypracowana siła fizyczna, lecz brutalnie stosowany doping – mówi dziennikarz. Ale porządek we własnych szeregach muszą też zrobić polskie władze sportowe. Ministerstwo chce wprowadzić do PZPC zarząd komisaryczny. Mają się też zmienić przepisy dyscyplinarne, dzięki którym związki sportowe przestaną być sędziami w swojej sprawie. Cała sprawa dopingu będzie kierowana bezpośrednio do Komisji do Zwalczania Dopingu w Sporcie. To, co się stało w Rio, było dla wielu Polaków szokiem. Oby się więc okazało, że jest to szok ozdrowieńczy.

Okładka tygodnika WPROST: 34/2016
Więcej możesz przeczytać w 34/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także