Prawda czasu, prawda ekranu

Prawda czasu, prawda ekranu

Marię 
i Lecha Kaczyńskich w filmie zagrali Ewa Dałkowska i Lech Łotocki
Marię 
i Lecha Kaczyńskich w filmie zagrali Ewa Dałkowska i Lech Łotocki / Źródło: JACEK PIOTROWSKI
Film o katastrofie smoleńskiej – jakikolwiek by był – najprawdopodobniej stanie się powszechnie obowiązującą wersją tych wydarzeń.

Tak działa kino. Jeśli coś zostaje opowiedziane na ekranie, to właśnie ta wersja się utrwala i z każdym kolejnym rokiem staje się bardziej obowiązująca. Z czego to wynika? Przede wszystkim z prostej wiary w przekaz – jeśli coś zostało nakręcone (i jest tam formułka, że rzecz oparto na faktach), to właśnie tak dokładnie musiało być.

CZĘŚCIOWO AUTENTYCZNE

W ostatnich latach powstało u nas wiele filmów dotyczących najnowszej historii, zwłaszcza biograficznych. Była przecież filmowa biografia Wałęsy „Wałęsa. Człowiek z nadziei”, biografia Zbigniewa Religi „Bogowie”, historia zespołu Paktofonika „Jesteś Bogiem” czy film o wydarzeniach z Gdańska z 1970 r. (w reżyserii twórcy „Smoleńska” Antoniego Krauzego) „Czarny Czwartek. Janek Wiśniewski padł” albo „80 milionów” o ukrywaniu pieniędzy Solidarności przed SB. Było też budzące ostre polemiki „Pokłosie”. Wszystkie one pokazywały zdarzenia przepuszczone przez filtr wrażliwości swoich autorów i wszystkie budziły jakieś zastrzeżenia żyjących pierwowzorów bohaterów. Paradoksalnie największe kłopoty były z filmem o raperach. Producent muzyczny Krzysztof Kozak podał jego twórców do sądu za to, że ekranowa postać Krzysztofa Kozy, z którą się go utożsamia, narusza jego dobra osobiste i przedstawia go w złym świetle. I wygrał proces. Czy będą jakieś procesy po „Smoleńsku”? Zobaczymy, acz faktem jest, że takie procesy szczególnych efektów nie przynoszą – dziś o procesie Kozaka mało kto już pamięta, a grana przez Piotra Nowaka postać zostanie już tak przedstawiona na ekranie na zawsze.

SKRÓT MYŚLOWY

Takie zmiany nie są oczywiście tylko polską specyfiką. Autentyczne opowieści są podkręcane i podrasowywane na całym świecie, a zwłaszcza w Hollywood. Jednym z idealnych przykładów takich działań był film „W pogoni za szczęściem” z Willem Smithem. W tej fabularnej wersji biografii Chrisa Gardnera oglądamy, jak bohater, samotny, bezdomny ojciec wychowujący syna, z wielkim samozaparciem kończy kurs brokerski i staje finansowo na nogi. Wstrząsające sekwencje, w których bohater w trakcie dnia pracuje w lśniących biurach, a potem pędzi z synem, by zdążyć na darmowy posiłek i wejść do noclegowni, zanim skończy się tam limit miejsc, robiły wielkie wrażenie. W jednym z wywiadów po premierze prawdziwy Chris Gardner przyznał jednak, że nigdy tak nie było. To znaczy był okres w jego życiu, gdy nocował z synem w takich miejscach, był okres kursu i darmowych stażów brokerskich, ale nie działo się to w tym samym czasie. Hollywood rękami scenarzysty filmu Steve’a Conrada dokonało skrótu myślowego, by jeszcze dobitniej pokazać perypetie bohatera. I tak to działa. Gdyby było inaczej, trudno byłoby wysiedzieć w kinie na takich filmach. Dlatego w Hollywood mają przynajmniej kilku speców od tego typu „skrótów myślowych” czy, mówiąc inaczej, kondensowania zdarzeń. Jednym z nich jest Oliver Stone, który na początku lat 90. przedstawił własną wizję historii Stanów Zjednoczonych, zarówno posługując się tematyką muzyki rockowej („The Doors”), jak i spiskowych teorii dotyczących zamachu na Kennedy’ego („JFK”). Jego późniejsze wizje biografii ludzi związanych z polityką już mało kto traktował jako filmy stricte biograficzne – mowa o „Nixonie” czy „W.” o George’u W. Bushu.

Za dwa miesiące w kinach pojawi się jego nowy film – tym razem biografia Edwarda Snowdena, i to może być duże filmowe wydarzenie. Acz nikt nie spodziewa się obiektywnego przedstawienia problemu. Tam, gdzie nie ma politycznego napięcia i zacietrzewienia, publiczność pojmuje banalną prawdę, że film jest zawsze dziełem subiektywnym. Głosem w ewentualnej dyskusji o historycznych zdarzeniach. Czasami głosem prowokacyjnym. Nawet film dokumentalny. Wystarczy przypomnieć sobie głośnego ostatnio Michaela Moore’a, nagrodzonego nawet Oscarem za „Zabawy z bronią”. Ale już wtedy, w 2003 r., było sporo protestów, czy to dzieło można i należy w ogóle rozpatrywać w kategorii filmów dokumentalnych – wiele z tego, co pokazano na ekranie, było prowokowane przez twórcę, a konteksty, w których umieszczał niektóre zdjęcia, wypada delikatnie nazwać „kontrowersyjnymi”. Ale to było nic w porównaniu z jego kolejnym filmem „Fahrenheit 9.11” opisującym w krzywym zwierciadle Amerykę po ataku na WTC. Czy to wciąż kino dokumentalne? Czy jeśli na film składają się same zdania prawdziwe, to ich ułożenie może spowodować, że efekt prawdą jednak nie będzie? Spece od montażu obrazów i dźwięków potrafią to zrobić, zresztą kino też już tą tematyką się zajmowało.

NINA A AGNIESZKA

Żyjemy dziś w świecie, w którym coraz trudniej rozróżnić informację od komentarza. Czasem obie mylą się jeszcze z płatną reklamą. Żyjemy w kraju zwalczających się prawd. W rzeczywistości zero-jedynkowej. Albo jesteś całkowicie po jednej stronie, albo całkowicie po drugiej. Każda decyzja, każda wypowiedź publiczna jest natychmiast przyporządkowana do jednej bądź drugiej strony konfliktu – niezależnie o jakim konflikcie w tym momencie myślimy. Ostatnio minister kultury i dziedzictwa narodowego wyraził oficjalnie swoje niezadowolenie z powodu braku filmu „Historia Roja” w konkursie Festiwalu Filmowego w Gdyni. Nieobecność tego obrazu potraktowano jako deklarację polityczną organizatorów. Nie liczyły się argumenty, że to jest po prostu słaby film. Zbyt słaby, by znaleźć się w konkursie. Kilka dni później organizatorzy tegoż festiwalu ogłosili, że w jego ramach odbędzie się pozakonkursowy pokaz filmu „Smoleńsk” (do konkursu film nie został zgłoszony). Dyrektor artystyczny imprezy Michał Oleszczyk uznał, że taki pokaz powinien się znaleźć na imprezie i dyskusja po projekcji może być ciekawym wydarzeniem. Pomysł został natychmiast skrytykowany przez kręgi związane z opozycją i określony mianem gestu poddańczego. A przecież ten film, udany czy nie, już jest najgłośniejszym i najbardziej oczekiwanym filmem roku. I to jest wystarczający powód przedpremierowego pokazu w Gdyni.

W takiej atmosferze „wyprzedzających” sporów i napinania politycznych muskułów wejdzie do kin „Smoleńsk”. Film, którego premierę kilkakrotnie przekładano, film, który dla jednych jest hołdem i „szczerą prawdą” (mimo że go jeszcze nie widzieli), a dla drugich prostą, nieudolną agitką (choć też jeszcze nie mieli okazji go zobaczyć). Czy kiedykolwiek będziemy potrafili mówić o tym filmie normalnie? Kiedy szukanie w nim zalet i wad nie będzie traktowane z miejsca jako deklaracja polityczna? Czy może się zdarzyć, że ktoś na poważnie spróbuje porównać główną bohaterkę tego filmu – dziennikarkę Ninę, do innej dziennikarki, która wbrew wszystkim prowadziła trudne śledztwo? Miała na imię Agnieszka, a film powstał równo 40 lat temu i nazywał się „Człowiek z marmuru”. Czy też takie porównanie zostanie odrzucone z założenia jako niegodne? Odbiór „Smoleńska” będzie dla nas kolejnym testem – wzajemnego zrozumienia i tolerancji dla poglądów innych niż nasze. Ten test, wnioskując z tego, co się dzieje w ostatnich latach w naszym kraju, pewnie oblejemy. Ale ostatecznie i tak wszystko sprowadza się do myśli, od której ten tekst się zaczyna. Za lat dziesięć to właśnie „Smoleńsk” będzie dla kolejnych pokoleń podstawą wiedzy, bo tak działa popkultura. Pierwszy duży film o katastrofie stanie się pewnie prawdą obiegową. Pierwszy duży, bo – o czym wszyscy już zapomnieli – nie jest to pierwszy film na ten temat. Wcześniej był „Prosto z nieba” Piotra Matwiejczyka z 2011 r. Czy powstaną kolejne? Pewnie tak. I każdy będzie opowiadał inną wersję tej historii. I każdy będzie musiał jakoś ustosunkować się do tego, co już w ten weekend zobaczymy na ekranach. Bo przecież wszyscy na ten film pójdą. I w gruncie rzeczy po to powstają filmy. Byśmy kupowali bilety i chodzili do kina. Nie zapominajmy o tym, nawet przy okazji „Smoleńska”.

Oparte na faktach

Filmy o prawdziwych postaciach bądź wydarzeniach nakręcone ze szczególnie wyrazistą tezą

CHE (2008) film Stevena Soderbergha bez kontrowersji opisuje życie jednego z najbardziej znanych komunistycznych terrorystów.

PIĄTA WŁADZA (2013) biografia Juliana Assange’a, twórcy WikiLeaks, który zostaje przedstawiony jako mroczny socjopata.

WAŁĘSA. CZŁOWIEK Z NADZIEI (2013) sympatyzująca z postacią twórcy Solidarności opowieść o jego charyzmie i walce z komunizmem.

SNAJPER (2014) opowieść o Chrisie Kyle’u, najlepszym snajperze wojny w Iraku, który – jak wynika z filmu, zabijał tylko w słusznej sprawie.

HISTORIA ROJA (2016) pierwszy polski film o żołnierzach wyklętych przedstawia ich w pozytywnym świetle, z pominięciem dwuznaczności.

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 36/2016
Więcej możesz przeczytać w 36/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 1
  • dziadek IP
    Po obejrzeniu Pasji w reżyserii Gibsona papież JP2 powiedział, że to jest tak, jak było naprawdę. Ale jemu było łatwo, bo żyjący świadkowie od wieków byli martwi i protestować nie mogli. A swoją drogą intrygujące określenie - wersja obowiązująca.... gdzie i kogo? - chciałoby się zapytać. Czyżby to zależało od życzenia nad-posła?

    Czytaj także