Końca świata nie będzie

Końca świata nie będzie

Donald Trump
Donald Trump / Źródło: Facebook / Donald J. Trump
Zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w USA jest coraz bardziej prawdopodobne. Jednak radykalnej zmiany polityki amerykańskiej nie będzie, bo prezydentów ogranicza wpisany w konstytucję system rządzenia.

Gwiazda amerykańskiej piosenki i wieloletnia zwolenniczka demokratów Barbra Streisand oświadczyła niedawno na antenie australijskiej telewizji, że wyemigruje, jeśli w listopadowych wyborach prezydenckich zwycięży Donald Trump. Dla Amerykanów, którym, tak jak Streisand, wygrana Trumpa kojarzy się z końcem świata, powstała nawet specjalna strona internetowa Cape Breton if Donald Trumps Wins (Cape Breton, jeśli wygra Donald Trump). Zachęca ona do osiedlenia się na bajecznej kanadyjskiej wyspie Cape Breton w Nowej Szkocji.

Jeszcze kilka tygodni temu takie pomysły mogły się wydawać dobrym żartem, jednak dziś zaczynają już wyglądać na samospełniającą się przepowiednię. Zasłabnięcie Hillary Clinton w czasie obchodów rocznicy ataku terrorystycznego z września 2001 r., które potwierdziło pogłoski o jej problemach zdrowotnych, a w szczególności sposób, w jaki jej sztab próbował je zbagatelizować i przemilczeć, jest według wielu komentatorów momentem zwrotnym w tegorocznej kampanii. A w obliczu poważnych kłopotów rywalki szanse Trumpa rosną. Warto się więc zastanowić, jaką prowadziłby politykę zagraniczną jako prezydent, tym bardziej że niektórymi wypowiedziami zdążył już zrazić sojuszników USA w Europie.

Wielu dyplomatów, także tych identyfikujących się z republikanami, niepokoją dotychczasowe komentarze Donalda Trumpa na temat spraw międzynarodowych. W lipcu w wywiadzie dla dziennika „New York Times” Trump przyznał, że w obliczu rosyjskiego zagrożenia amerykańska pomoc dla europejskich sojuszników, np. dla krajów bałtyckich, nie będzie automatyczna i uzależni ją od tego, czy ci sojusznicy spełniają swoje zobowiązania wobec Ameryki. Wywołał tym burzę, tym bardziej że popierający go Newt Gingrich, były przewodniczący Izby Reprezentantów, zapytany, czy Amerykanie pomogliby zaatakowanej Estonii, odpowiedział, że nie jest pewien, czy zaryzykowałby wojnę nuklearną w obronie miejsca znajdującego się praktycznie na przedmieściach Sankt Petersburga.

List otwarty

Trudno się dziwić, że kilkunastu cenionych amerykańskich ekspertów zajmujących się bezpieczeństwem narodowym wystosowało do Trumpa list otwarty, opublikowany na łamach magazynu „American Interest”. Przestrzegają w nim, że jego dotychczasowa wizja polityki zagranicznej grozi wycofaniem USA z powojennego porządku, na którym korzystała nie tylko Europa, ale także sama Ameryka. Zarzucili też Trumpowi skłonność do brawury i lekkomyślności. Reva Goujon z amerykańskiego think tanku Stratfor podkreśla z kolei, że tegoroczne wybory prezydenckie w USA odbywają się w szczególnie trudnej sytuacji międzynarodowej. Na Pacyfiku wzrasta rola Chin. Unię Europejską osłabiają rosnąca fala eurosceptycyzmu, kryzys imigracyjny i zagrożenie kolejnymi atakami islamskich terrorystów. Poza tym na Bliskim Wschodzie trwa wojna. Tymczasem w ciągu ostatnich ośmiu lat prezydentury Baracka Obamy międzynarodowy prestiż Ameryki wyraźnie zblakł i – jak pisze na łamach „National Review” Davis Hanson z konserwatywnego think tanku Hoover Institution – na świecie mogą pojawić się wszystkie zagrożenia naraz.

Rosja już zaczęła się liczyć jak nigdy dotąd na Bliskim Wschodzie, a w dodatku otwarcie kontestuje porządek w Europie. Tymczasem Donald Trump ma, łagodnie mówiąc, nieortodoksyjne podejście do polityki zagranicznej, kojarzące się raczej z prowadzeniem biznesu niż z dyplomacją. Wyobraża sobie najwyraźniej, że z Rosją można po prostu podzielić się światem, zatrzymując wpływy na Bliskim Wschodzie w zamian za Ukrainę, na której Putinowi szczególnie zależy. Europejczyków, szczególnie tych ze wschodniej części kontynentu, przechodzą po plecach ciarki, ale wypowiedzi Trumpa na temat polityki zagranicznej, które nas w Europie tak niepokoją, podobają się Amerykanom. W dodatku kiedy Trump mówi o ograniczeniu kosztownej obecności wojskowej w Europie czy na Półwyspie Koreańskim, nie trafia w próżnię. Duża część klasy politycznej w USA, a nie tylko zwykli wyborcy, myśli podobnie. – Amerykanie dość powszechnie uważają, że Europejczycy są w sprawach obronności pasażerami na gapę – tłumaczy Marcin Zaborowski, wiceprezes amerykańskiego think tanku Center for European Policy Analysis (Centrum Analiz Polityki Europejskiej, CEPA) z siedzibą w Waszyngtonie i w Warszawie. – Europa musi takie poglądy zacząć traktować poważnie.

Hamulce bezpieczeństwa

Czy prezydent Trump zostawiłby słabnącą Europę bez pomocy? Marcin Zaborowski przytacza opinię Condoleezzy Rice, byłej sekretarz stanu w administracji George’a W. Busha, z którą rozmawiał niedawno na temat systemu rządzenia funkcjonującego w USA. Jej zdaniem system amerykański jest na tyle zdrowy, że ma wewnętrzne hamulce, które moderują wszelkie ekstremizmy. – Według Condoleezzy Rice każdy polityk, który wprowadza się do Białego Domu, uświadamia sobie natychmiast, że możliwości realizowania własnej, prezydenckiej koncepcji w polityce zagranicznej są niezbyt duże – mówi Zaborowski i dodaje: – W USA funkcjonuje system równowagi sił, który mocno ogranicza prezydenta. Musi się on liczyć z silną pozycją Kongresu i kiedy na przykład planuje jakieś operacje wojskowe za granicą, musi prosić go o pozwolenie, bo nie dysponuje własnym budżetem. Dlatego mimo że każdy kandydat na prezydenta przynosi całą masę obietnic i propozycji zmian w polityce zagranicznej, do ich pełnej realizacji dochodzi rzadko. George W. Bush, jak przypomina Zaborowski, w trakcie kampanii wyborczej zapowiadał zdecydowany kurs wobec Chin, ale po wyborach okazało się, że bardziej opłaca się te relacje normalizować. Chiny stały się zresztą głównym kredytodawcą Stanów Zjednoczonych, co sfinansowało amerykańskie misje wojskowe na świecie po ataku terrorystycznym z 11 września. – Wpisany w konstytucję system check and balances (czyli dosłownie równowagi) między władzą prawodawczą (Kongres), wykonawczą (administracja prezydenta) i sądowniczą sprawia, że prezydent nie może stać się zbyt silny – wyjaśnia Martin Kelly, ekspert od amerykańskiej historii politycznej. Jeśli wybory wygra Donald Trump, nie będzie mógł więc realizować wszystkich swoich pomysłów, bo amerykański system rządzenia mu na to nie pozwoli. Kongres ma na przykład możliwość odrzucenia weta prezydenta dwiema trzecimi głosów, co jest notabene testem na prawdziwą władzę prezydenta.

Demokratyczni kongresmeni użyli tej broni kilka razy wobec George’a W. Busha. Kongres zatwierdza też prezydenckie nominacje i trzyma państwową kasę, nie mówiąc o ostatecznej broni prawodawcy, jaką jest usunięcie (impeachment) prezydenta z urzędu. Wprawdzie w obecnym Kongresie republikanie mieli największą od lat 30. XX w. przewagę nad demokratami (zajmują teraz ponad 50 proc. miejsc zarówno w Izbie Reprezentantów, jak i w Senacie), ale nowe wybory odbędą się w listopadzie i nie wiadomo, jaki będzie ich wynik. Brak doświadczenia w dyplomacji też nie musi być przeszkodą, bo jeśli Trump okaże się zwycięzcą, z czasem dołączą do niego republikanie z mainstreamu, którzy na polityce zagranicznej zjedli zęby. – Na razie jednak Trump jest wśród ekspertów wyjątkowo stygmatyzowanym kandydatem na prezydenta. Jeśli nawet ktoś planuje z nim współpracę, skrzętnie to ukrywa – mówi Zaborowski. W gronie doradców Trumpa ds. polityki zagranicznej nie ma znanych osobistości ze świata Partii Republikańskiej. Brakuje tam np. Jamesa Bakera, Bushów, Condoleezzy Rice czy Collina Powella, który, jak pokazują ujawnione niedawno jego e-maile, jest wobec Trumpa bardzo krytyczny. Na razie zwycięzcę w wyścigu do Białego Domu wyczuł w Trumpie ekspert z drugiego obozu – w zeszłym tygodniu do grona jego doradców ds. bezpieczeństwa wewnętrznego dołączył James Woolsey, były dyrektor CIA w administracji Billa Clintona. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 38/2016
Więcej możesz przeczytać w 38/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także