Długie skutki krótkiej wojny

Długie skutki krótkiej wojny

Długie skutki krótkiej wojny
Długie skutki krótkiej wojny / Źródło: East News
PiS w dwa tygodnie zamknął sprawę zaostrzenia ustawy aborcyjnej. Ale spór o przerywanie ciąży wcale na tym się nie kończy, a skutki tej batalii będą długotrwałe.

Czarne marsze, przepychanki na posiedzeniu sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, salwowanie się ucieczką przewodniczącego tejże komisji, niespodziewane zwroty akcji i emocjonalne wypowiedzi – tak wyglądał miniony tydzień aborcyjnej wojny, zakończony odrzuceniem projektu ustawy całkowicie zakazującej przerywania ciąży. Operacja przyniosła PiS mimo wszystko więcej strat niż zysków. Partia rządząca, popierając w pierwszym czytaniu projekt „Stop aborcji”, a odrzucając projekt wprowadzający aborcję na życzenie, straciła w oczach środowisk umiarkowanych. Późniejsze odrzucenie projektu całkowitego zakazu przerywania ciąży podważyło jej wiarygodność wśród wyborców prawicy. Jarosław Kaczyński złamał co prawda sumienia swoich posłów, ale nie zatrzyma kolejnych projektów zaostrzających prawo aborcyjne, a to wywoła kolejne czarne marsze w obronie kobiet. Środowiska feministyczne otwarcie twierdzą, że w aborcyjnej awanturze nie chodzi o ochronę życia, tylko o próbę pozbawienia żeńskiej części społeczeństwa prawa do decydowania o własnej płodności. PiS, który ma już otwartych kilka frontów walki, znalazł się w bardzo trudnej sytuacji.

Pięcioro dzieci, mama siedzi

Karalność kobiet od początku była słabym, bo zbyt kontrowersyjnym elementem projektu obywatelskiego „Stop aborcji”. Gdyby jego autorzy zechcieli prześledzić przebieg batalii o aborcję, która toczy się od 1989 r., to przypomnieliby sobie, że 25 lat temu, gdy rozpoczął się gorący spór w tej sprawie, właśnie postulat karalności kobiet wywołał największe wzburzenie społeczne. A pojawił się tylko w jednym spośród kilku projektów, które wówczas były rozpatrywane, i przewidywał do pięciu lat więzienia dla kobiety, która przerwała ciążę. Wywołał jednak wielkie demonstracje kobiet pod hasłami typu „Pięcioro dzieci, mama siedzi”. Ad hoc tworzyły się komitety na rzecz referendum w sprawie karalności aborcji, które zebrały 2 mln podpisów pod wnioskiem w tej sprawie. Referendum nigdy nie zostało rozpisane, ale na tej akcji wyrosła Unia Pracy i ogromnie wzmocnił się SLD. W styczniu 1993 r. został uchwalony projekt zakazujący przerywania ciąży z trzema wyjątkami – gdy ciąża zagraża życiu lub zdrowiu kobiet, jest wynikiem przestępstwa albo gdy płód jest ciężko, nieodwracalnie uszkodzony. O karaniu kobiet nie było mowy. A mimo to odbywająca się jesienią tego samego roku kampania wyborcza przebiegła pod hasłem zniesienia zakazu aborcji. Postkomunistyczna lewica wygrała wybory i przejęła władzę w Polsce. Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, największy zwolennik prawnego zakazu aborcji, w ogóle nie weszło do Sejmu. Później jeszcze błąkało się na obrzeżach sceny politycznej, ale w rzeczywistości był to koniec tej partii jako samodzielnego bytu na scenie politycznej. 

Tym razem efekty mogą być podobne. Lewica może świętować sukces, bo zmusiła PiS do odsłonięcia miękkiego podbrzusza. Już wiadomo, że każda próba poszerzenia ochrony życia poczętego – a z nieoficjalnych informacji wynika, że PiS jeszcze w tym roku będzie chciał przedstawić własny projekt ustawy zakazujący przerywania ciąży z tzw. względów eugenicznych – spotka się z reakcją środowisk lewicowych. Czarne marsze ponownie wyjdą więc na ulice polskich miast. Lewica będzie się wzmacniać, a prawica – tracić. Szczególnie wśród młodego pokolenia, które co prawda kocha Żołnierzy Wyklętych, ale to nie idzie w parze z karalnością kobiet za aborcję. Szumnie ogłoszony skręt młodego pokolenia na prawo może się okazać zjawiskiem nadspodziewanie krótkotrwałym. Dlaczego obrońcy życia nie wyciągnęli nauki z przeszłych wydarzeń? Zapewne z tego powodu, że wyszli z fałszywej przesłanki, iż na początku lat 90. społeczeństwo, zdemoralizowane PRL-owskim prawem zezwalającym na aborcję na życzenie, nie było gotowe na radykalne zmiany. Ale po 23 latach można już podnieść poprzeczkę. Zresztą mówił o tym otwarcie poseł Prawicy RP Jan Klawiter w debacie o aborcji. Tymczasem okazało się, że albo społeczeństwo ciągle nie dorosło do wysokich standardów moralnych, albo poprzeczka ponownie została ustawiona zbyt wysoko.

Przetrącone kręgosłupy

Dla samego PiS oprócz tendencji zewnętrznych ważny jest też efekt wewnętrznego sporu, do którego doszło, nie po raz pierwszy zresztą, na tle aborcji. Gdy kilka tygodni temu PiS odrzucił projekt aborcji na życzenie, a przesłał do dalszych prac w komisjach projekt „Stop aborcji”, w kierownictwie partii zapanowała konsternacja. W klubie, co prawda, nie odbyła się dyskusja, jak zachować się wobec obu projektów, ale kierownictwo wyraźnie zaznaczyło, że jest za przesłaniem do dalszych prac obu inicjatyw obywatelskich. Tymczasem za tym delikatnym wskazaniem poszło zaledwie 43 posłów z liczącego 243 osoby klubu poselskiego (łącznie z samym Jarosławem Kaczyńskim). Reszta zagłosowała zgodnie ze swoimi poglądami, odrzucając projekt środowisk liberalnych lub wstrzymując się od głosu, a kilka osób udawało nawet nieobecnych, żeby uniknąć opowiedzenia się w tej sprawie. Gdy później kierownictwo partii dało wyraz swojemu niezadowoleniu, posłanka Arciszewska-Mielewczyk tłumaczyła, że doszło do nieporozumienia, bo instrukcje w sprawie tego głosowania nie były jednoznaczne.

 Jednak jej wywody zostały przyjęte przez klub chłodno. Większość posłów doskonale bowiem wiedziała, jak chce zagłosować. Część nawet modliła się w intencji, żeby projekt środowisk pro-life został pomyślnie uchwalony. O żadnym nieporozumieniu nie mogło być mowy. – Moi koledzy byli jak w amoku – opowiada członek klubu PiS. – Nie przyjmowali do wiadomości żadnych argumentów. Nie mówię o tym, że uchwalenie więzienia dla kobiet za aborcję doprowadziłoby do naszej przegranej w kolejnych wyborach. Nie ruszał ich nawet fakt, że uchwalając projekt z karami więzienia dla kobiet, aktywizujemy najbardziej zajadłe środowiska feministyczne. I że może to w przyszłości doprowadzić do pełnej liberalizacji prawa aborcyjnego. Dla nich liczyło się tylko zdanie proboszcza. Strach przed Jarosławem Kaczyńskim okazał się, co prawda, silniejszy od strachu przed proboszczem i pytaniami wyborców: „Dlaczego pan/pani jest przeciwko życiu?”. Lider PiS rzucił na szalę swój autorytet, przekonując z mównicy sejmowej autorów projektu, że ich propozycja przyniosłaby skutek odwrotny od zamierzonego, że za trzy lata wahadło zbyt mocno wychylone w prawo odbije się równie mocno w drugą stronę. A posłowie PiS go oklaskiwali. Jednak trudno się oprzeć wrażeniu, że był to aplauz wymuszony. Część posłów poczuła się zmuszona do głosowania wbrew własnemu sumieniu, a takie zdarzenia na długo pozostawiają rany. Gdy w 2007 r. grupa polityków PiS skupionych wokół Marka Jurka wystąpiła z postulatem wpisania do konstytucji ochrony życia od poczęcia i nie przekonała do tego reszty PiS, dla partii skończyło się to rozłamem. Co prawda z PiS odeszło wówczas jedynie pięciu posłów, ale dezintegracja społecznego zaplecza była dużo większa.

 W rezultacie partia przegrała kolejne wybory i musiała osiem lat pracować na odzyskanie zaufania wyborców katolickich, dla których ochrona życia jest sprawą fundamentalną. Po ostatnich głosowaniach w sprawie aborcji w klubie PiS już doszło do niesnasek na tym tle. Przykładowo Anna Sobecka, związana z toruńskim redemptorystą ojcem Tadeuszem Rydzykiem, zwolenniczka pełnej ochrony życia, przestała odzywać się do Krzysztofa Czabańskiego, który był liderem listy PiS w Toruniu, a zagłosował za przesłaniem do dalszych prac projektu liberalizacji przepisów aborcyjnych. Zaś część posłów dosyć otwarcie mówi o tym, że ich sumienia zostały zgwałcone podczas odrzucania projektu „Stop aborcji”. Co prawda prezes partii prz ekonywał posłów, że w tej sprawie trzeba zrobić krok w tył, żeby później zrobić dwa kroki do przodu, ale część posłów – choć przyjęła ten argument – nie wierzy, że kroki do przodu zostaną uczynione.

Prawica nie wierzy kaczyńskiemu

„Rząd nie ciąża, da się usunąć” – głosił jeden z transparentów na czarnym marszu w Warszawie. I choć środowiska prawicowe wyszydzały czarny protest, to jednak w sprawie ewentualnego usunięcia rządu mogą myśleć podobnie jak feministki. Największym zagrożeniemdla PiS jest bowiem rozczarowanie wyborców katolickich. Gdy we wrześniu ubiegłego roku posłowie PiS zagłosowali za zakazem wykonywania aborcji ze względów eugenicznych, czyli w sytuacji, gdy płód jest ciężko i nieodwracalnie uszkodzony, wytykali politykom PO, którzy byli temu przeciwni, że są fałszywymi katolikami, skoro nie popierają ochrony życia. Wówczas projekt upadł, ale po zdobyciu przez PiS władzy wiadomo było, że jego ponowne złożenie jest kwestią czasu. Tym bardziej że PiS zobowiązał się przed obrońcami życia do zmiany obecnego prawa aborcyjnego. Dziś środowiska walczące z aborcją nie kryją złości. – Nie kupiłem tej narracji Jarosława Kaczyńskiego o wahadle i nie wierzę, że przestraszył się czarnych marszów, bo przy wielokrotnie większych marszach KOD nawet powieka mu nie drgnęła – mówi działacz antyaborcyjny Mariusz Dzierżawski, pełnomocnik prawny komitetu „Stop aborcji”. – Nie mam też złudzeń, że przepis o karalności kobiet był jedynie pretekstem, żeby nasz projekt odrzucić. Według Dzierżawskiego stało się tak dlatego, że Jarosław Kaczyński ma libertyńskie poglądy w sprawie aborcji, które narzucił swojemu klubowi.

 – PiS stracił moralny mandat do sprawowania władzy – dodaje twardo Dzierżawski. – Szli do wyborów pod hasłem dobrej zmiany, która miała też mieć wymiar moralny. Tymczasem pod względem moralności nie różnią się od poprzedników. Mimo wszystko PiS ma szansę na zminimalizowanie strat spowodowanych aborcyjną wojną. Jest nią zapowiedziany przez premier pakiet pomocy dla rodzin wychowujących niepełnosprawne dzieci. Jeżeli ta pomoc nie będzie symboliczna, tylko satysfakcjonująca i faktycznie wejdzie w życie od stycznia przyszłego roku, to uspokoi wzburzone nastroje prawej strony sceny politycznej. A lewej stronie wytrąci z ręki argument, że obrońcy życia interesują się jedynie dziećmi poczętymi, a tymi urodzonymi już nie. Na dodatek pomoc oferowana rodzinom z niepełnosprawnymi dziećmi może przynieść lepszy skutek, jeżeli chodzi o ochronę życia, niż prawny zakaz przerywania ciąży ze względów eugenicznych. Nie ma jednak szans, żeby prawica zrezygnowała z prawnej ochrony życia poczętego. – Zmiany w prawie powinny być – mówi poseł Klawiter. A Mariusz Dzierżawski dodaje, że nie zamierza godzić się na mordowanie dzieci tylko dlatego, że zwolennicy tego procederu są silniejsi niż obrońcy życia. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 41/2016
Więcej możesz przeczytać w 41/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także