Sto żywotów Stokłosy

Sto żywotów Stokłosy

Sto żywotów Stokłosy
Sto żywotów Stokłosy / Źródło: Rafał Siderski
W celi nie jest aż tak źle, ale nie chciałbym tam wracać – osiem lat po wyjściu z aresztu Henryk Stokłosa, jeden z najbogatszych Polaków, zgodził się na wywiad. W jego historii jest wszystko: wielkie pieniądze, międzynarodowy spisek i brudna polityka.

Tutaj plastikowy talerz i sztućce, którymi jadłem w areszcie na Rakowieckiej. Karty do gry w celi. Pasta do zębów, krem do golenia, mydło, grzałka do wody. Miałem też czajnik, ale współwięźniowie prosili, żebym im zostawił. No to im zostawiłem – Henryk Stokłosa puka palcem w szklaną witrynę i pokazuje pamiątki po swoim pobycie za kratkami. W areszcie przesiedział równo 15 miesięcy. Wyszedł na wolność w grudniu 2008 r., po tym jak wpłacił 3 mln zł poręczenia majątkowego. Wtedy prokuratura postawiła mu 21 zarzutów. Oszustwa podatkowe, wyłudzanie dotacji unijnych, korupcja, zanieczyszczanie środowiska. – Pan się nie wstydzi tego okresu w swoim życiu? Przecież ktoś inny raczej wolałby nie pokazywać takich rzeczy. Zapomnieć. A pan chowa je do szklanej gabloty i prezentuje dziennikarzom? – pytam. – A czego mam się wstydzić? Czy ja komuś coś złego zrobiłem? Ja niczego nie ukradłem, nikogo nie oszukałem, nie okłamałem. Podatki płaciłem i płacę. Trafił się prokurator, który chciał zrobić karierę na mojej osobie, zresztą później odsunięty od sprawy i skompromitowany. Jak chcieli zrobić ze mnie męczennika, to niech męczennik też ma tutaj taką gablotę – odpowiada i przechodzi do następnej witryny. W jednej z sal konferencyjnych swojej posiadłości w szklanych gablotach pozamykał całe swoje życie. Są odznaczenia od kolejnych prezydentów, zdjęcia z politykami z czasów, kiedy był senatorem. Łuski po nabojach z polowań. Szaliki klubów sportowych, które sponsorował. Jest nawet mundur niemieckiego policjanta, który zatrzymał Stokłosę na terytorium Niemiec, kiedy ten był poszukiwany listem gończym. – Okazało się, że ten sam niemiecki policjant polował w okolicznych lasach. Odwiedził mnie w domu i podarował mi ten mundur. Też włożyłem do gablotki – mówi. Dzisiaj na Stokłosie ciąży już tylko sześć zarzutów. Jest przekonany, że wybroni się również i z tych, bo nigdy nie skazano go prawomocnym wyrokiem. Od czasu wyjścia z aresztu nie pokazywał się w mediach. Po dwóch latach starań w końcu zdecydował się udzielić wywiadu. Opowiedzieć, co myśli o obecnej władzy. O tym, komu najbardziej zależało, żeby trafił do więzienia. Jak padł ofiarą biznesowego spisku i czy kiedykolwiek wróci do wielkiej polityki. Dwa tygodnie temu pojechaliśmy do Śmiłowa, małej wioski w powiecie pilskim. To tam w 1982 r. Henryk Stokłosa rozkręcał swój pierwszy biznes, zakład utylizacji odpadów poubojowych Farmutil. Dzisiaj prowadzi już cały konglomerat spółek, które przynoszą ponad 2 mld zł przychodów rocznie.

Zaglądam świniom do pyska

Stokłosa zatacza kolejne kółka helikopterem nad głowami swoich pracowników. Trwają zbiory jabłek w jego sadach. Pracownicy mają akurat przerwę. Siedzą na skrzynkach, piją herbatę z termosu i machają do swojego pracodawcy spod jabłonek. – Teraz pokażę panu moją nową zabawkę – mówi do mikrofonu. Stokłosa robi zwrot i obiera kierunek na Piłę. – Proszę się trzymać. Mogą być turbulencje, bo polecimy nad lasem. Unosi się gorące powietrze i tworzą się prądy – tłumaczy. Jego nową zabawkę widać już z kilku kilometrów. W pilskiej strefie ekonomicznej otworzył kilka tygodni temu wytwórnię pasz Polskie Zakłady Zbożowe Wałcz. Budowa za 118 mln zł trwała półtora roku.

Stokłosa może tam produkować 1,6 tys. t pasz dziennie. Tak wielkich wytwórców jest w Polsce zaledwie kilku. – W środku jest technologia, której w Polsce do tej pory nie było, bo produkujemy tutaj pasze ekstrudowane. – Co takiego? – Widzi pan, jak urodzi się prosię, to na początku ssie mleko matki. W 14. albo 18. dniu po porodzie takie prosię się od matki zabiera i zaczyna ono jeść suchą paszę. To dla zwierzęcia szok. A żeby ten szok był mniejszy, podaje mu się paszę ze zboża z ekstruzji. To tak jak z twardych ziaren kukurydzy robi się miękki i puszysty popcorn, który je pan w kinie. Podobnie robi się ze zbożem, które zamienia się na paszę ekstrudowaną. Po prostu lepiej przyswajalną dla małych zwierząt – tłumaczy Stokłosa i peroruje dalej, trzymając się narracji konsumpcyjnej. – Miłość klientów nie jest dozgonna. Jak nie jest pan innowacyjny, to zje pana konkurencja. Nie pomogą handlowcy, dobre relacje z klientami, promocje, reklamy. Wolny rynek nie znosi próżni, ale i nie wybacza błędów. Jest bezwzględny i bezduszny – opowiada, trzymając drążek sterowy helikoptera.

Obok zakładu w Pile w powiecie wałeckim Stokłosa uruchomił w tym roku Investa-Chem, produkujący na masową skalę środki czyszczące i dezynfekcyjne. Niedaleko, za 70 mln zł, rozbudował też zakład produkcji karmy dla psów i kotów. – Kiedy przyjechali do nas bankowcy, żeby zobaczyć, czy opłaca im się dać kredyt pod rozbudowę takiej inwestycji, zapytałem mojego syna, czy ma ich czym ugościć. Przyniósł karmę, otworzył i posmakował na ich oczach. Poczęstował bankowców, a ci zaczęli jeść z nim. Bo dzisiaj żyjemy w takich czasach, że karma dla psa musi być lepsza od żywności dla ludzi. W niektórych rodzinach pies jest bardziej szanowany niż człowiek. Świat oszalał – mówi Stokłosa. Lecimy dalej, a senator opowiada o dzisiejszych kobietach. – Szczupłe, długie nogi, elegancki biuścik. Dlaczego? Bo jeśli chodzi o mięso, to jedzą tylko piersi z kurczaka. Nie żadne nóżki czy skrzydełka, które przez lata były u nas uznawane za rarytas. Teraz tylko filety, więc trzeba je produkować – opowiada. W Koziegłowach pod Poznaniem Stokłosa ubija 250 tys. brojlerów i 7 tys. indyków. Wychodzi ponad 750 t drobiowego mięsa dzień w dzień. Do tego dochodzą potężne zakłady mięsne Łmeat-Łuków na Podlasiu, w których zatrudnia 2,8 tys. ludzi. Trafia tam trzoda chlewna, której hodowli dogląda sam senator. Pod domem postawił sobie małe laboratorium, gdzie trzyma kilka świń. Karmi je różnymi odmianami pasz, żeby sprawdzić, która daje największe przyrosty. – Chodzę codziennie do tych świń, zaglądam im do pyska i zastanawiam się, co by tu zrobić, żeby więcej jadły i szybciej rosły – mówi. Przy jednym ze swoich zakładów postawił też stację inseminacji, gdzie trzyma 300 wyselekcjonowanych knurów. To tam sprawdza skuteczność samców w zapładnianiu. – Mężczyzna nie powinien jeść soi. Wykreśliłem ją jakiś czas temu ze składników paszy dla moich knurów. Wszyscy się za głowę łapali: co ty robisz, przecież naukowcy mówią, że soja w paszy to podstawa. A ja im odpowiadam, że profesorowie są tylko profesorami, a my musimy robić biznes. Jak soję usunęliśmy, to skuteczność w zapładnianiu podskoczyła z 84 na 92 proc. Panowie powinni więc trzymać się od niej z daleka – opowiada Stokłosa.

zus wyliczył mi 3 tys. zł emerytury

Jest znany ze swoich kontrowersyjnych decyzji biznesowych, ale to dzięki nim odnosi w interesach takie sukcesy. Kilka lat temu zapowiadał, że zamierza „troszkę się zająć sadownictwem”. Zobaczyliśmy na własne oczy, jak to „troszkę” wygląda. Stokłosa prowadzi wokół swojej posiadłości 80-hektarowy sad z gruszami i jabłoniami. Każde drzewko podpiera się na metalowej konstrukcji, żeby udźwignęło jak najwięcej owoców. Dzięki temu z jednej jabłonki można zerwać nawet 30 kg owoców. W sumie 120 t z hektara. Taka wydajność jest rzadko spotykana. Cały sad jest automatycznie nawadniany i nawożony jednym kliknięciem na pilocie. Prawie kilometr kwadratowy powierzchni można szybko przykryć folią, żeby owoców nie zniszczył grad. – Świat się zmienia, to i my musimy się zmieniać. Inaczej Chińczycy zaleją nas tanią żywnością – mówi. Pytam, dlaczego on akurat otworzył sad, kiedy sadownicy narzekają na rosyjskie embargo i swoje sady likwidują. – Embargo nie będzie trwać wiecznie. Oni sady zamykają, a ja otwieram i będę na tym zarabiał – mówi. Skąd ta pewność? – W biznesie najważniejsze jest wyczucie. Nie można się bać. Trzeba inwestować w to, co przyniesie zysk za jakiś czas, a nie natychmiast, jak wielu by chciało. Pewności nie ma się nigdy. Można coś tam wydedukować, przypuszczać, poczytać o trendach z Zachodu. Trzeba by mieć jeszcze swojego anioła stróża, który by do ucha podpowiadał, na czym będzie się zarabiać – śmieje się. Mówi, że z sadami wyszło trochę przypadkiem. Że zabawił się w nie jako emeryt.

Pytam się go, na ile on jeszcze jest zaangażowany w biznes. Ma przecież trzech synów, którzy mogliby przejąć po nim schedę, a on sam mógłby opalać się gdzieś pod palmą. – Jestem przewodniczącym rad nadzorczych w moich spółkach. Kierują nimi albo synowie, albo wynajęci menedżerowie – odpowiada. Najważniejszy jest 10 każdego miesiąca. Wtedy na biurko Stokłosy spływają bilanse ze wszystkich spółek. – Jak mi się coś nie podoba w wynikach finansowych, to zapraszam prezesa i pytam, ile potrzebujeczasu, żeby rozwiązać ten problem. W biznesie trzeba krótko – tłumaczy. Mówi, że co roku dokłada synom obowiązków, przekazując kawałek po kawałeczku swoje imperium na ich plecy. Ale zaraz potem dodaje, że i tak im człowiek starszy, tym więcej musi pracować. – Może bym i chciał przejść na emeryturę, ale ZUS wyliczył mi 3 tys. zł. Muszę więc pracować, żeby się utrzymać – śmieje się.

Dźwigałem ważący 30 kg ogon słonia

Stokłosa mówi, że osiągnął sukces w biznesie, bo każdą złotówkę zainwestował w rzeczy potrzebne do biznesu. Tak jest z helikopterem, którym przewiózł nas nad swoimi włościami. – Ze Śmiłowa do Warszawy jest ok. 350 km. Samochodem jedzie się ponad cztery godziny. A śmigłowcem lecę niewiele ponad godzinę. Spalę wtedy 80 l nafty. Nafta kosztuje 2,5 zł za litr. Wychodzi taniej i szybciej niż własnym autem – opowiada. Ale Stokłosa nie ma jednego helikoptera, tylko cztery. Do tego pięć samolotów. Własny hangar i pas startowy pod domem. Dom ogromny. 1,5 tys. mkw. powierzchni. Rodzinne portrety na ścianach. Kolekcja 30 luksusowych zegarków, każdy wart minimum 10 tys. zł. Sześć motocykli, w tym legendarny harley davidson z limitowanej serii na 100-lecie marki. To urodzinowy prezent od żony. W piwnicy sala bilardowa i minibar. Na parterze salon wielkości sali gimnastycznej. Palmy, skórzane meble, perskie dywany, marmurowy kominek, którego strzegą posągi psów. Nad tym wszystkim wielki kryształowy żyrandol, który rozmiarami pasowałby do bizantyjskiego pałacu. Inny żyrandol wisiał przed pawilonem myśliwskim Henryka Stokłosy. – Zbudowany z poroży. Waży 280 kg. Kazałem go wstawić do środka, bo kiedy wisiał przed wejściem, ptaki zakładały sobie w nim gniazda – tłumaczy były senator. W pawilonie niesamowita kolekcja wypchanych zwierząt. Niedźwiedzie brunatne z Kamczatki. Niedźwiedź polarny z Alaski. Kojot śnieżny z Syberii. Koziorożce z Kirgizji. Hipopotamy z Tanzanii.Krokodyle z Kamerunu. Eland, czyli największa antylopa na świecie. Jelenie, sarny, dziki, małpy. Jest nawet żubr, którego Stokłosa ustrzelił w Polsce po zezwoleniu Jana Szyszki, kiedy ten pod koniec lat 90. sprawował funkcję ministra ochrony środowiska. Jest też gigantyczny wypchany słoń. Trąby, kości i czaszki pozostałych czterech zabitych przez Stokłosę słoni. Tego wypchanego ustrzelił w Zimbabwe. Ważył 7 t. Z Afryki do Polski przyleciała tylko jego skóra. Tak jak skóry dziesiątek innych wypchanych zwierząt, na które były senator polował na wszystkich kontynentach. Martwym, wypchanym zdobyczom postawił muzeum, w którym okoliczne szkoły organizują lekcje przyrody. – Wyprawa na słonia kosztuje 700-800 dolarów za dzień. Jedzie się na minimum dziesięć dni. W cenie nocleg, jedzenie, transport. Na podorędziu służba, która pierze, gotuje, wozi. Przyjeżdża się ze swoją bronią. Na miejscu dostaje się samochód i swoich traperów, którzy znają okolice – opowiada. Słonia najlepiej strzelić w samą komorę albo tuż za uchem. Strzela się ze specjalnej kuli, a kiedy słoń już nie żyje, następuje cały egzotyczny rytuał. Słoniowi w pierwszej kolejności obcina się ogon i zakłada na plecy temu, kto go zastrzelił. Musi go nieść aż do wioski. – Taki ogon waży ze 30 kilo. Kiedy założyli mi go na plecy, powiedziałem, że nie dam rady z tym iść. A wtedy ktoś powiedział, że inaczej nikt mi nie uwierzy, że zabiłem słonia. Musiałem ten ogon dźwigać – mówi Stokłosa. Trudno było go namówić, żeby zrobił sobie zdjęcie ze swoją zdobyczą.

– Zdjęcia z trofeami są często niewłaściwie odbierane. Ludzie tego nie zrozumieją. Pomyślą, że jestem jakimś barbarzyńcą, który jeździł za granicę, żeby się wyżyć na bezbronnych zwierzętach. Ale to nie jest tępe strzelanie do zwierząt. To selekcja naturalna. Zabija się chore osobniki albo te, które swoje negatywne geny mogłyby przekazać innym pokoleniom. W pawilonie urządziłem pomieszczenie dydaktyczne. Przychodzi tu młodzież szkolna, żeby się uczyć – tłumaczy Stokłosa. Jest miłośnikiem łowiectwa. Należy do naczelnej rady łowieckiej. Szefuje lokalnemu kołu łowieckiemu Knieja. – Mamy dziki, sarny, jelenie, daniele. Pilnujemy zwierząt i dbamy o nie – mówi.

500 + ludzie wydają u mnie na parówki

Do Warszawy nie przyjeżdża już tak często. – Mam jeszcze kolegów na Wiejskiej z czasów, kiedy byłem senatorem, ale mamy odmienne poglądy. Mnie zależy, żeby w Polsce łatwiej prowadziło się biznes, a oni zajmują się walką polityczną – mówi. – Polscy sadownicy narzekają, że przez program 500 plus nikomu nie chce się już owoców zrywać. – Pan nie ma z tym kłopotów? – zagaduję. – To brednie. Gdyby nie było 500 plus, to kto by u mnie parówki kupował? Widzę, że pieniądze z tego programu idą na większe zakupy, również w moich sklepach mięsnych. A owoce ma kto zrywać – odpowiada Stokłosa i wbija się zębami w jabłko z własnych sadów. Jego zdaniem taki program powinien być w Polsce już pięć lat temu. – Wystarczy popatrzeć na przykłady Niemiec, Francji, Norwegii, Szwecji. Przecież tam takie zachęty dla młodych rodziców istnieją – tłumaczy. Opowiada o wiosce Lipiny, w której się urodził. Kiedyś można było stamtąd jechać pociągiem, ale połączenie zlikwidowali. Był przystanek autobusowy, ale jego też już nie ma. – Przecież ci ludzie nie mają nawet jak dojechać do pracy. Taka jest bieda – dodaje. Dziwi się, że premier Szydło wybrała na ministra rozwoju Mateusza Morawieckiego, bo jego zdaniem pracownik z banku nie za bardzo nadaje się do pracy w biznesie, choć jako urzędnik może się sprawdzi. – Parę lat temu w zakładach mięsnych w Łukowie chciał się u mnie zatrudnić bankowiec. Mówili, że taki porządny, wykształcony, że spraw finansowych będzie mi pilnował. I do niczego się nie nadawał. Po roku stracił pracę w naszej firmie – wspomina. Narzeka, że PiS ma zbyt mało fachowców od gospodarki. Że nie robi restrukturyzacji, tylko rewolucję.

Że do spółek Skarbu Państwa mogli wejść po cichu, a nie od razu zaczynać od czystek. – Nowy szef takiej spółki powinien powiedzieć, że nie będzie nikogo zwalniał, i pochwalić, że pracują tu sami dobrzy ludzie. Później jednego wyjąć, drugiego wyjąć, kto się nie podoba – tłumaczy. Pytam się Stokłosy, czy nie boi się powrotu Zbigniewa Ziobry na fotel ministra sprawiedliwości. Przecież uciekł z Polski w 2006 r., kiedy ten piastował to samo stanowisko za poprzednich rządów PiS. Dzisiaj mówi, że Ziobry się nie boi, bo swoje już w areszcie odsiedział.

O wszystkim się dowiedziałem z telewizji

Prokuratura oskarżała go o zanieczyszczanie środowiska przez składowanie w okolicach swoich firm odpadów zwierzęcych. Główne zarzuty w tej sprawie formułował prokurator Robert Kiełek. Okazało się jednak, że pan prokurator miał również swoje alter ego. Pod pseudonimem Robert Kiepski kontaktował się drogą e-mejlową z głównym świadkiem w tej sprawie i ustawiał go przed procesem. Zdjęcie Kiełka Stokłosa powiesił sobie na ścianie. Kolejny przykład: zarzut, że Stokłosa bezprawnie więził swoich pracowników. W trakcie procesu okazało się, że Stokłosa nie więził, a obywatelsko zatrzymał pracowników przyłapanych na kradzieży. Zamknął ich w garażu i czekał na przyjazd policji. Na sam koniec tego domowego więzienia poczęstował ich jeszcze śniadaniem. I tutaj postępowanie zostało umorzone.

Inny zarzut dotyczy Romualda Gasperowicza. Siedział w więzieniu za wywożenie do lasu, bicie i okaleczanie pracowników firm Henryka Stokłosy. Kłusownikowi łowiącemu ryby w stawach Stokłosy kazał rozebrać się do naga i stać w wodzie. Inną osobę przyłapaną na kradzieży wywiózł do lasu, znowu rozebrał do naga i pobił. Z tasakiem w ręku spytał później chłopaka: – Który palec mam ci odciąć? – Żaden – odpowiedział przerażony. – Jak pójdziesz na policję, to spalę twój dom – zagroził jeszcze chłopcu po tym, jak odrąbał mu wskazujący palec prawej ręki. Stokłosa mówi, że o istnieniu Gasperowicza w ogóle nie wiedział. Ten był zatrudniony przez zewnętrzną firmę ochroniarską, która świadczyła Stokłosie tylko usługi. – Nie widziałem tego człowieka nigdy na oczy. Nie miałem pojęcia, że dopuszcza się tutaj takich okrucieństw. Ja się o tym wszystkim dowiedziałem dopiero z telewizji – tłumaczy i zapowiada, że pozwie każdego, kto będzie łączył Gasperowicza z nim samym.

Bicie we mnie było modne

Stokłosa wiąże większość zarzutów ze spiskiem konkurencji. Wspomina, że kiedy siedział w areszcie, do jego synów przychodzili przedstawiciele zachodnich firm działających w podobnej branży. – Jeden przyszedł z mapą Polski, na której zakreślił małe kółeczko wokół Piły, i powiedział, że zrobią tak, że Stokłosa będzie działał tylko na tym obszarze, jeżeli nie sprzeda biznesu – wspomina.

Pytam Stokłosy, czy w te tarapaty nie wciągnęli go przypadkiem jego byli współpracownicy. Ochroniarz, którego nie widział na oczy. Były doradca podatkowy czy księgowa, którzy obciążali go zeznaniami w sprawie o zarzuty korupcyjne. Ten odpowiada, że w tarapaty wpędzili go też jego prawnicy. – Na początku moim obrońcą był prof. Ćwiąkalski. Kiedy w 2007 r. objął fotel ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, zmienił stosunek do mojej osoby o 180 stopni – wspomina. Pytam, dlaczego tak się odwrócił? – Bo to karierowicz. Mówił to, co podobało się opinii publicznej. A że wtedy bicie w Stokłosę było modne, to słupki poparcia leciały w górę – tłumaczy Stokłosa. Czy wróci do wielkiej polityki? Przez 16 lat był przecież senatorem. – W ogóle mnie to nie interesuje – ucina krótko. Mówi, że nie wróci, bo nie ma na to czasu. Męczyły go ciągłe wyjazdy do Warszawy. Wracał z obrad Senatu w sobotę, a w poniedziałek już musiał uczestniczyć w pracach komisji. – Od kilku lat jestem na miejscu, a nie w Warszawie, i widzę, że w biznesie idzie lepiej. Mam to wszystko pod kontrolą – tłumaczy. Trudno oderwać go od interesów. W planach ma budowę przechowalni owoców i wytwórni własnych soków. Chce się zająć pszczelarstwem. Marzy mu się też jakaś spółka z branży motoryzacyjnej. Zakład, który będzie produkował zabudowy dla samochodów dostawczych. Czy nie boi się, że może wrócić do aresztu? Na koncie ma przecież jeszcze sześć zarzutów. Mówi, że w celi nie jest aż tak źle, ale nie chciałby tam wracać. Chociaż żyjemy w takich czasach, że nigdy nie wiadomo. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 42/2016
Więcej możesz przeczytać w 42/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także