Szymborska i jej mężczyzna

Szymborska i jej mężczyzna

Szymborska i jej mężczyzna
Szymborska i jej mężczyzna / Źródło: East News
„Nie wszystko się da zamienić na słowa i nie wszystko się powinno” – pisała Wisława Szymborska do Kornela Filipowicza. W trwającej ponad dwadzieścia lat korespondencji oboje – poetka, późniejsza noblistka, i wybitny prozaik – byli wierni tej zasadzie. Dlatego ich miłosne listy podszyte są żartami.

Znali jak mało kto wartość słów i umieli nimi operować z mistrzowską precyzją. Listy i widokówki, jakie wymieniali, z rzadka tylko służyły przekazywaniu konkretnych informacji, najczęściej były opowieściami o ich nastrojach i uczuciach, ale opowieściami pisanymi w sposób zawoalowany i dyskretny. Zresztą najczęściej kiedy zdaje się, że już, już dojść musi do wyznań o najbardziej intymnym i zasadniczym charakterze, uciekali w żart, stosowali niedopowiedzenie, by „nie wszystko zamienić w słowa”, ale i tak wyrazić to, co wyrazić chcieli. Te listy to swego rodzaju literacka gra prowadzona przez dwoje dorosłych i rozmaicie doświadczonych przez życie pisarzy w trudnych czasach. Gra, którą obserwować i docenić mogli tylko oni dwoje. Do czasu. Bo teraz, kiedy od śmierci Filipowicza minęło już ponad ćwierć wieku, a od śmierci Szymborskiej blisko pięć lat, ich listy ukazują się jako książka. Możliwe, że to już ostatnie takie wydawnictwo z korespondencją znanych osób, bo raczej bezpowrotnie skończyła się epoka pisania listów bezinteresownych, takich, które są formą zabawy. Nic nie wskazuje na to, że pisząc do siebie, Szymborska i Filipowicz mieli na względzie to, że w przyszłości ktoś będzie te listy czytał.

Nie ma w nich najmniejszego śladu, często pojawiającego się w listach innych pisarzy, zadęcia wynikającego z przeświadczenia, że ich twórczość jest wybitna i będzie czytana do końca świata. Unikają więc podniosłego tonu, unikają drętwego języka – to listy wymieniane przez dwoje kpiarzy, których wysiłek kieruje się na to, by stworzyć swój własny intymny świat, urządzony według ich upodobań i im tylko służący. A służący temu przede wszystkim, by zamknąć się w nim tak szczelnie, jak to tylko w PRL-owskiej rzeczywistości było możliwe. To akurat im się z oczywistych względów nie udaje, ale taki wysiłek podjęli i jest on widoczny prawie w każdym zapisku. Budulcem tamy, która ma ich osłonić przed naporem PRL, są dystans, ironia, żart…

Introwertyczka i społecznik

W przypadku Szymborskiej taka postawa nie była niczym zaskakującym. Po tym, jak uległa na początku lat 50. „nastrojowi chwili”, co jej zresztą pamiętliwi skrupulatnie wypominają do dzisiaj, starała się nie angażować w politykę i żyć po swojemu. Była zresztą osobą z natury introwertyczną, wprawdzie przyjaźnie nastawioną do świata i jego mieszkańców, ale trzymającą ten świat na dystans. Nawet w jednym z listów do Filipowicza pisanym z sanatorium, w którym dokuczało jej, że skazana jest na stałe towarzystwo innych osób, znajdujemy charakterystyczne zdania: „Zdumiewają mnie ludzie, którzy nie tylko muszą ze sobą zbiorowo jeść, spać i chorować, ale jeszcze chcą się razem bawić i nie czują potrzeby chwilowej izolacji. Do tej pory myślałam, że jestem bardzo normalna, teraz dopiero widzę, że się różnię, i to prawie we wszystkim”. Przy tym dodajmy, że była osobą wesołą, co było widać już nawet w jej oczach, jeszcze zanim zamieniło się z nią choćby jedno zdanie. Filipowicz, jak go pamiętam, był zwykle poważny, a przy tym o wiele chętniej niż ona angażował się w działalność – jak to się mawiało – społeczną, co doprowadziło go do związków z opozycją i podziemną działalnością literacką. Starszy o dziesięć lat od Szymborskiej miał za sobą o wiele bardziej dramatyczne przeżycia: kampania wrześniowa, ucieczka z niewoli, uwięzienie w hitlerowskich obozach koncentracyjnych. Zresztą społecznikostwem zaraził się jeszcze przed wojną. Pisał też w sposób poważny, oszczędnie posługując się językiem, tak że w każdym z jego utworów widać było namysł i koncentrację. 

Oczywiście wiersze Szymborskiej też miały te cechy, ale była w nich trudna do określenia miękkość. Odwołując się do stereotypów i upraszczając to do granic narażenia się feministkom, można chyba powiedzieć, że twórczość Filipowicza była po męsku twarda, mądra i oszczędna, a twórczość Szymborskiej kobieca i mądra, lecz łagodna i wyrozumiała. Ci dwoje znali się od końca lat 40. – w końcu pisarskie środowisko Krakowa nie było liczne w sposób niemożliwy do ogarnięcia, krążyli więc w zbliżonych kręgach towarzyskich, musieli się przez lata obserwować i dużo o sobie wiedzieć. Ale oboje byli w związkach, nawet jeśli te ich związki się rozpadały i powstawały nowe. Aż wreszcie w drugiej połowie lat 60. sytuacja się wyjaśniła i uczucie wybuchło. Tak się pisze, ale czy ono wybuchło, czy może po prostu zapłonęło coś, co się tliło przez lata – tego nie wiem, bo o tym nasi bohaterowie nie mówili. Ale w ich listach czy raczej kartkach pisanych przez dorosłe osoby, doskonale zdające sobie sprawę z kosztów, jakimi może skutkować oddanie się żywiołowi uczuć, są ślady tego, że długo podchodzili do siebie ostrożnie i z właściwym sobie dystansem.

Miłosne Podchody

Zgodnie ze staroświeckimi zasadami miłosnej gry stroną „atakującą” był Filipowicz. Zakładając, że zbiór korespondencji składający się na tę książkę jest kompletny, to właśnie on wiosną 1966 r. przysłał Szymborskiej pierwszą kartkę żart. Żart, bo oczywiście w razie odrzucenia czy obojętności miałby gotowe wytłumaczenie: to były tylko niewinne żarciki. Ale już zimą tego roku Szymborska tytułowana jest w korespondencji „Drogą Panią Wisławą”, a po upływie kolejnego półrocza „Drogą Wisławą”. I tak to trwało przez cały rok 1967. I nie ma najmniejszego śladu, by poetka reagowała na niewinne kartki od Filipowicza. Ale tuż przed sylwestrem tego roku pisarz zrobił następny krok – wysłał kartkę z naklejonym rysunkiem z czasopisma, na którym naga para leży w łóżku i mężczyzna pyta: „Czy przyjdzie pani dziś na wieczorek zapoznawczy?”. To już nie było byle co. Szymborska przekaz zrozumiała, ale jeszcze zrobiła unik. W styczniu 1968 r. wysłała liścik niby to od anonimowego przyjaciela i tak podpisany, jak przystało na klasyczny anonim z błędami ortograficznymi. Treść też jest żartobliwa: „Panie Filipowicz! Osoba z którą Pan zadajesz to nawet nie wie gdzie ryba ma głowe a gdzie ogon. Zastanóf się Pan czy taka znajomość nie kąpromituje uczciwego rybaka”.

Filipowicz ośmielony odpowiedzią Szymborskiej zaatakował mocniej: „Z Warszawy, od kogoś, kto myśli o Pani, kocha i tęskni!”. Po tygodniu otrzymuje kolejny „anonim”, ale już z błyskiem czegoś, co można uznać za światełko w tunelu: „Panie Filipowicz. Ta intrygantka obiecała pańskiemu Kotu żywą mysz chconc sobie zjednać Jego przychylność. Przezacny Kot pozostał głuchy na te oferte ale co będzie dalej nie wiem bo bardzo lóbi myszy a dawno ich nie jad”. Podpisane: „Obserwator życia”. Filipowicz musiał czuć, że coś się zmienia na lepsze, ale jeszcze ostrożnie dokonał zwrotu i pisząc

z Lanckorony, wprowadził do tych miłosnych podchodów fikcyjnego Eustachego Pobóg-Tulczyńskiego, plenipotenta „Łaskawej Pani Hrabiny” (czyli Szymborskiej). Ale od razu robi następny krok i zaczyna list od „Wisławo!*”, a gwiazdka odsyła do przypisu na końcu: „*Kochana”. Wkrótce otrzymuje liścik: „Kochany Kornelu!” zakończony zapowiedzią przyjazdu poetki do niego. No i koniec podchodów. Wszystko jasne.

262,74 m od siebie

Związek Szymborskiej i Filipowicza trwał ponad dwadzieścia lat, aż do śmierci pisarza w 1990 r. Nie zakończył się ślubem – nie był im potrzebny. Nie zakończył się też wspólnym mieszkaniem – woleli spotykać się często, prawdopodobnie codziennie, bo mieszkali, jak to skrupulatnie obliczył Filipowicz, w odległości 262,74 m od siebie. Nie wyobrażali sobie, że będą siedzieć obok siebie i pisać, każde swoje. Rozmawiali, dzwonili do siebie, ale też wysyłali sobie kartki i liściki. W takiej sytuacji to pisanie mogło być rodzajem zabawy, tworzeniem alternatywnego świata, do którego realia PRL na ogół nie przenikały. To był świat staroświeckiego żartu, który najpełniej wyrażał się w formie kartek pocztowych własnoręcznie przygotowywanych. Filipowicz rysował scenki ze swego życia i widoczki, zwłaszcza wtedy gdy wyjeżdżał na wędkarskie biwaki. Szymborska wtedy właśnie zaczęła tworzyć swoje słynne później kolaże, wycinając obrazki lub ich fragmenty z gazetowych fotografii oraz starych kartek pocztowych i dopisując zabawne komentarze. Ta jej twórczość była niewątpliwie prekursorska wobec popularnych teraz internetowych demotywatorów, memów czy „sztucznych fiołków” (czyli reprodukcji starych obrazów z dopisanymi wypowiedziami postaci). I to badacze kultury powinni pewnie przeanalizować, bo wkład noblistki w rozwój internetu powinien znaleźć sobie miejsce w historii współczesnej kultury. Filipowicz, widocznie mniej skłonny do robót ręcznych, pisywał czasami na kartkach wycinanych z ilustrowanych książek, szukając obrazków mających związek z nastrojem i treścią listu. Przykładali też wagę do papieru, na jakim pisali, do używanej papeterii. No, ale skoro niekiedy bawili się w piszących do siebie w roku 1908 Hrabinę i plenipotenta Tulczyńskiego, nie mogli pisać na byle czym! Zabawę mieli znakomitą (i my, czytając to teraz, także), ale w czasie szczególnego nasilenia ich korespondencji w 1968 r., gdy Szymborska kilka miesięcy przebywała w sanatorium, szara rzeczywistość nie pozwalała o sobie zapomnieć. Podobnie jak w 1981 r. kartkowa bieda i tzw. braki w zaopatrzeniu, które wdarły się do ich korespondencji. Ale właśnie dzięki temu jest ten zbiór tak interesujący, bo pokazuje, jak wszyscy wtedy poprzez zabawę próbowaliśmy się ratować przed tym, co za oknem. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

WISŁAWA SZYMBORSKA, KORNEL FILIPOWICZ „LISTY. NAJLEPIEJ W ŻYCIU MA TWÓJ KOT” WYDAWNICTWO ZNAK

Okładka tygodnika WPROST: 43/2016
Więcej możesz przeczytać w 43/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0