Dobra zmiana Świetlickiego

Dobra zmiana Świetlickiego

Marcin Świetlicki „Drobna zmiana”

Marcin Świetlicki to nie tylko autor świetnych wierszy. To, co w przypadku tego artysty budzi wielki szacunek, to jego autentyczna niezależność. W świecie polskiej literatury, gdzie każdy z kimś trzyma, nagrody przyznają koterie (zawsze „swoim”), a dobre recenzje i wyróżnienia dostaje się za „słuszne” poglądy, to postawa niespotykana. Świetlicki publicznie wycofał swoją książkę z finału Nike (zresztą wbrew regulaminowi), bronił Rymkiewicza przed procesami wytaczanymi przez „Gazetę Wyborczą”, kpił z Adama Michnika i lewicowej „Krytyki Politycznej”, a kiedy zgodnie z logiką naszej debaty publicznej przypisano go wtedy do przeciwnego obozu, twardo odciął się od niego. Robi to zresztą również w nowej książce. Swoją drogą aż trudno pojąć, dlaczego w mediach tak zaciekle atakujących PiS nikt nie zauważył, że tytuł „Drobna zmiana” to ironiczna trawestacja „dobrej zmiany”. Zresztą nawiązań do polityki jest tu więcej. Świetlicki obśmiewa ministrów kultury i nauki („Gowin sam w domu”), nabija się z kultu prezydenta w konserwatywnych mediach („Z nabożnych lektur”), a o Jarosławie Kaczyńskim pisze „człowiek o ego wielkości Syberii”. Ale nie mniej dostaje się drugiej stronie („małe złośliwe człowieczki. Kąsają, piszczą, lamentują”). Kolejny raz mówi światu polityki i tym, którzy chcą „mieć swojego poetę”, twarde „nie”. I skupia się na tym, co jest solą poezji. Na przemijaniu, na metafizyce, pokazując znowu, że w najgłębszym sensie jest poetą religijnym. W tym się nie zmienia, co czytelnika, uważającego go za „swojego poetę”, może tylko cieszyć. Drobną zmianę przeszła tylko forma jego tekstów. Tu rozpisuje je na małe prozy, choć są równie rytmiczne jak wiersze. Taka decyzja zapewne wzięła się stąd, że to rodzaj codziennych zapisków prozy życia z konkretnymi datami. Ale czyż codzienność nie bywa metafizyczna?

Z krainy dreszczowców

Na czym polega przewaga thrillerów anglosaskich nad polskimi? Może i nasze są lepiej napisane pod względem językowym, ale to Anglosasi potrafią prowadzić intrygę. Zaskakują, nawet jeśli podobne historie już czytaliśmy. Punkty zwrotne są tam, gdzie trzeba, a suspens dozowany umiejętnie. Choćby w wydanej właśnie u nas „Parze zza ściany”. Oto pewne małżeństwo z klasy średniej udaje się na kolację do sąsiadów, zostawiając w łóżeczku maleńką córkę. Gdy wracają, okazuje się, że dziecko zostało porwane. Można by na podstawie tej bestsellerowej książki nakręcić świetny film, bo co najmniej trzykrotnie autorka skutecznie sugeruje nam fałszywe tropy. A rozwiązania zagadki naprawdę się nie spodziewamy. Podobnie jest zresztą w thrillerze Mariusza Czubaja, drugim z cyklu o byłym policjancie Marcinie Hłasce. Tyle że jest tu pewien problem. Owszem historia jest ciekawa, do tego rozgrywa się w swojskich mazurskich plenerach, jednak wątków nie udało się tu autorowi spleść przekonująco. Może dlatego, że jest ich tu za dużo? Mamy główną sprawę – kwestię zaginięcia siostrzenicy znanej prawniczki, zabójstwo ojca głównego bohatera, do tego sektę i biznesmena bandytę. W zasadzie każda z tych opowieści nadaje się na książkę, ale ściśnięcie ich w jednym niezbyt obszernym tomie udało się średnio.

Shari Lapena „Para zza ściany”

Zysk

Mariusz Czubaj „R.I.P.”

Albatros

Okładka tygodnika WPROST: 44/2016
Więcej możesz przeczytać w 44/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także