Wojna na słowa

Wojna na słowa

Powiedzieć, że dziennikarstwo w Polsce przeżywa swój słaby okres, to nic nie powiedzieć. Odwołam się do własnego doświadczenia. Dużo czasu i wysiłku włożyłem w to, żeby sprawą afery reprywatyzacyjnej zainteresować mainstreamowe media. Ciągle słyszałem w odpowiedzi, że to sprawa lokalna albo że dotyka tylko marginesu. W końcu, na początku zeszłego roku, poszedłem na wywiad do jednej z dużych liberalnych redakcji. Po wysłuchaniu opowieści o ludziach wyrzucanych z mieszkań przez czyścicieli kamienic i nieprawidłowościach w warszawskim ratuszu usłyszałem: „Powiem panu, jak czekista czekiście. To, co pan mówi, to wszystko prawda, ale to g... prawda. Nie możemy atakować Hanny Gronkiewicz-Waltz w obecnej sytuacji politycznej”. Ile podobnych afer i prawdziwych problemów społecznych zostało w taki sposób przemilczanych? Dziennikarstwo w Polsce stało się ofiarą spadających nakładów, konkurencji z internetem, tabloidyzacji i zmieniających się nawyków czytelniczych. Największe straty przyniosło jednak mediom zaangażowanie w trwającą od prawie dekady wojnę polsko-polską. 

Dewastuje to polską demokrację i pogłębia rów, jaki między Polakami wykopali politycy. Logika moralnego wzmożenia sprawia, że chociaż obie strony konfliktu są od siebie w warstwie deklaracji diametralnie różne, w praktyce stają się coraz bardziej do siebie podobne. Czasem przynosi to groteskowe efekty. Doskonale było to widać podczas ostatniej odsłony politycznego konfliktu. Temperatura sporu (i tak już dość wysoka) w ostatnich tygodniach za sprawą blokady Sejmu osiągnęła stan wrzenia. Na pierwszym froncie walki stanęli tym razem nie politycy, ale dziennikarze. To oni zadają najbardziej brutalne ciosy i ustawiają narrację, zwołują demonstracje i zagrzewają do walki. Blokada mównicy sejmowej, chociaż jest to broń mocna, mieści się w granicach zasad parlamentaryzmu. Wystarczy przypomnieć podobną sytuację sprzed kilku miesięcy w USA, gdy demokraci po kolejnej zabójczej strzelaninie zamknęli się w sali Kongresu, próbując zmusić republikanów do głosowania nad zaostrzeniem regulacji dotyczących dostępu do broni. Tym bardziej musiała budzić zdumienie reakcja dziennikarzy z obozu „dobrej zmiany”. Szef „Gazety Polskiej” Tomasz Sakiewicz na Twitterze obwieścił: „To, co się dzieje, to początek ataku zielonych ludzików. Zaatakowano krytyczną infrastrukturę i Sejm”.

Dziennikarz „śledczy” Witold Gadowski, ostatnio związany z Radiem Maryja, przekonywał, że opozycjoniści „szykują dywersje i prowokacje. Ich instrukcja: atakować sieci przesyłu prądu i ogrzewania, aby zapełnić ulice”. W „Super Expressie” Jerzy Jachowicz (niegdyś „Gazeta Wyborcza”, dziś „wSieci”) ogłosił, że „Jarosław Kaczyński uratował Polskę”, bo mieliśmy do czynienia z zamachem stanu. To zdanie podzielił również lider obozu mediów opozycyjnych, naczelny „Newsweeka”, który tweetował w formie odezwy do narodu: „Polacy, trwa zamach stanu. Teraz!”. Następnie nawoływał do udziału w demonstracji pod Sejmem, gdyż – jak wynikało z jego kolejnego wpisu – „19 grudnia skończyła się w Polsce demokracja. Chciałbym, żeby to była histeria, ale nie jest”. Owszem, jest. Zagubiony odbiorca mógł mieć wrażenie, że równolegle w kraju trwają dwa zamachy stanu. Na łamach tego samego tygodnika ukazał się wywiad z Magdaleną Cielecką, która wracając z demonstracji KOD-u, czuła się jak żydowska dziewczynka po aryjskiej stronie w czasie II wojny światowej. Nie spotkało się to z reakcją przeprowadzającego rozmowę, wręcz przeciwnie – absurdalne zdanie zostało podkreślone i wrzucone w ramki. Widać, że tak zradykalizowane media, które mienią się obrońcami umiarkowania i zasad liberalnej demokracji, są Jarosławowi Kaczyńskiemu na rękę. Tomasz Lis et consortes tworzą dla niego wygodne alibi. Dzięki nim potrafi on każdą wątpliwość i obawę wobec sytuacji w Polsce przekuć w karykaturę i wystawić na pośmiewisko. Co będą mówić, gdy faktycznie rząd zacznie ograniczać podstawowe prawa obywatelskie? Zmieni ordynację tak, by nigdy nie stracić władzy? Słowa przestają cokolwiek znaczyć. Dziennikarze powinni zawsze patrzeć władzy na ręce. Władza, która przestaje być kontrolowana, degeneruje się. W sytuacji, w której media stają się stroną w politycznej wojnie, kontrola staje się niemożliwa, a każda, nawet zasłużona krytyka, może być sprowadzona do kolejnej wymiany ciosów. Im bardziej dziennikarstwo będzie upartyjnione, tym większe będzie zapotrzebowanie na media, które słuchają ludzi i są blisko ich problemów. Wymykają się podziałom partyjnym i próbują zakopać rów, który nas dzieli. Prawdziwy świat znajduje się poza wojną polsko-polską. Wiarygodność buduje się jednak latami, a można ją stracić w jednym tweecie. g

JAN ŚPIEWAK – SOCJOLOG, WARSZAWSKI RADNY, AKTYWISTA MIEJSKI, TWÓRCA STOWARZYSZENIA MIASTO JEST NASZE

Okładka tygodnika WPROST: 2/2017
Więcej możesz przeczytać w 2/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także