PiS gra, opozycja tańczy

PiS gra, opozycja tańczy

Prawo i Sprawiedliwość nie daje odetchnąć opozycji. Wrzuca do debaty publicznej coraz to nowe projekty, które absorbują uwagę, a partie opozycyjne skazują na pogoń za wydarzeniami.

Gdy Zbigniew Ziobro, minister sprawiedliwości, ogłosił, że skieruje do Trybunału Konstytucyjnego skargę na tryb wyboru trzech sędziów w 2010 r., Jarosław Kaczyński tego samego dnia odciął się od tego pomysłu. Pojawiły się spekulacje, że Ziobro wyszedł przed szereg i popadł z tego powodu w niełaskę. – Nic takiego nie miało miejsca – śmieje się polityk z obozu rządzącego. – To była klasyczna ustawka. Zły policjant, czyli Ziobro, podjął kontrowersyjną decyzję, a dobry, czyli Kaczyński, się od tego odciął, sprawiając wrażenie, że nie chce kolejnej awantury. A tak naprawdę chodzi o zmuszenie Trybunału, żeby uznał wybór PiS-owskich sędziów, aby raz na zawsze można było zamknąć problem kwestionowanego przez opozycję wyboru sędziów w 2015 r. I żeby ewentualne złe emocje z tym związane obciążyły Ziobrę. Jeżeli to prawda, to znak, że Kaczyński nieustannie prowadzi grę z opozycję i opinią publiczną, której ważnym elementem jest kreowanie rzeczywistości i narzucanie własnej narracji.

O noworodkach i nie tylko

Snucie atrakcyjnych opowieści to podstawa sukcesu w polityce. Jeżeli partia tego nie potrafi, tkwi w opozycji lub wypada ze sceny politycznej. Gdy ma tę umiejętność, zdobywa władzę. W ciągu 27 lat mieliśmy na to wiele przykładów. W zamierzchłych czasach rządów AWS – UW pragnący przejąć władzę SLD mniej skupiał się na krytykowaniu reform przeprowadzanych przez tę ekipę, za to opowiadał, że ludziom żyje się źle, skoro na śmietnikach znajdowane są noworodki, a ludzie szukają na nich jedzenia. I że pod rządami SLD tak nie będzie. Za rządów SLD Platforma Obywatelska i PiS sprzedały Polakom swoją opowieść o konieczności odnowy moralnej w życiu publicznym i przekonały wyborców, że wspólnie ją zaprowadzą. PO potrafiła zresztą nieraz narzucać opowieść o Polsce. Na początku jej istnienia była to opowieść o Polsce niskich podatków dla wszystkich. W tamtej opowieści stawki PIT, CIT i VAT miał wynosić 15 proc. Wszyscy mieli więc skorzystać – przedsiębiorcy, pracownicy i konsumenci. Z kolei za czasów burzliwych rządów PiS, LPR i Samoobrony partia Donalda Tuska potrafiła zręcznie zepchnąć na boczny tor takie fakty, jak: świetna koniunktura gospodarcza, obniżenie podatków dla pracowników, otworzenie zawodów prawniczych dla ludzi wchodzących na rynek pracy i skuteczną, choć prowadzoną kontrowersyjnymi metodami, walkę z korupcją. Za to wybiła na pierwszy plan polityczne wstrząsy i wmówiła Polakom, że to, czego najbardziej potrzebują, to polityczny spokój oraz mała stabilizacja. A później, rządząc, przez pierwsze cztery lata opowiadała, że wcale nie uprawia polityki, tylko buduje mosty, szpitale i żłobki, co Polacy łykali równie gładko jak gęsi kluski. I dopóki PiS nie potrafił narzucić własnej opowieści o Polsce, w której dobrze się mają elity III RP, a zwykłym obywatelom odbiera się nawet prawo do decydowania, czy jego sześcioletnie dziecko ma pójść do szkoły, dopóty nie było w stanie wygrać wyborów.

Sielanka kontra pucz

PiS od wygrania wyborów parlamentarnych w 2015 r. narzuca opinii publicznej swoją narrację. Opowiada Polakom o sprawiedliwej Polsce, w której rodziny mają wsparcie państwa, najmniej zarabiający dostają podwyżki, młode rodziny mogą liczyć na program „Mieszkanie plus” (choć do końca nie wiadomo, jak on ma wyglądać) i program „Maluch plus”, w której nikt nie pracuje do 67. roku życia. Brzmi to sielankowo, ale jest skuteczne. Dotychczas ta opowieść była snuta bez większego udziału prezesa PiS. To premier Beata Szydło i jej ministrowie wypowiadali kwestie pasującej do tej opowieści. Jeżeli chodzi o prezesa, można było odnieść wrażenie, że zamknął się w siedzibie partii przy ul. Nowogrodzkiej i tylko pociąga za sznurki. Ale w ostatnich tygodniach ta samoizolacja się skończyła. Jarosław Kaczyński ogłosił, że będzie jeździł po kraju, i rzeczywiście zaczął to robić. Wszędzie, gdzie zawita, udziela wywiadów lokalnym mediom. Rzadziej mówi o dotychczasowych osiągnięciach rządu, a częściej o planach na przyszłość. I tak pierwsze dni nowego roku przyniosły sensacyjną informację o planach zmiany ordynacji wyborczej do samorządów, czyli wprowadzenia ograniczenia liczby kadencji wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Opinię publiczną zelektryzowała informacja, że wieloletni włodarze miast i gmin być może nie dostaną szansy na kolejną kadencję, bo Jarosław Kaczyński chce, by nowe przepisy obowiązywały natychmiast, a więc z mocą wsteczną. Takie postawienie sprawy gwarantuje długotrwałe spory o to, czy przepis jest, czy nie jest sprzeczny z konstytucją. 

Jeszcze nie opadł kurz po tej informacji, gdy pojawiła się następna – o włączeniu do Warszawy ponad 30 okolicznych gmin. Sprawiłoby to, że miasto stołeczne trzykrotnie zwiększyłoby swoją powierzchnię, a politycznie znacznie przybliżyłoby kandydata PiS do zwycięstwa w wyborach na prezydenta Warszawy. Obecnie mimo znużenia rządami Hanny Gronkiewicz-Waltz i afery reprywatyzacyjnej Platforma ciągle utrzymuje w stolicy na tyle wysokie poparcie, że jej kandydat mógłby w przyszłym roku z sukcesem powalczyć o stanowisko prezydenta Warszawy. Pojawiły się zapowiedzi ograniczenia zagranicznego kapitału w polskich mediach, prezentowane jako reforma mediów, „tak aby dążyły do prawdy, a nie opowiadały się po jednej stronie”. Doszła do tego szykowana przez Ministerstwo Sprawiedliwości reforma sądownictwa reklamowana hasłem naprawy wymiaru sprawiedliwości, aby zaczął działać w interesie obywateli. A to nie koniec. Na marzec szykowany jest kongres programowy PiS, podczas którego zapewne poznamy kolejne pomysły partii rządzącej. Tylko raz od wyborów opozycja przebiła się przez narrację obozu rządzącego i narzuciła własną opowieść, a PiS musiał na nią reagować. Stało się to przy okazji protestu posłów w Sejmie, kiedy opozycja ogłosiła walkę o wolne media i okupowała mównicę sejmową, a PiS nie znajdował na to dobrej odpowiedzi. Dlatego Jarosław Kaczyński zabiegał o zakończenie tego protestu, do czego zresztą doprowadził, zręcznie rozgrywając opozycję przeciwko sobie. I dlatego postawił na opowieść o próbie puczu, żeby zneutralizować opowieść opozycji.

Kontrolowanie rzeczywistości

Dlaczego Jarosław Kaczyński akurat teraz postanowił ruszyć na objazd kraju, choć do najbliższych wyborów jest półtora roku? Przede wszystkim skupienie się na partii i rozgrywanie opozycji dają Jarosławowi Kaczyńskiemu poczucie panowania nad wycinkiem rzeczywistości. Bo informacje, jakoby prezes trzymał rękę na pulsie wydarzeń, panował nad wszystkim, co się dzieje w rządzie, partii i parlamencie, są mocno przesadzone. Jeden z moich rozmówców opowiada, że przykładowo członkowie rządu do perfekcji opanowali technikę przyjmowania poleceń od prezesa partii: stają na baczność przed Jarosławem Kaczyńskim, strzelają obcasami, mówią „tak jest, panie prezesie”, a później puszczają jego sugestię w niepamięć. Gdy po kilku miesiącach prezes przypomni sobie o sprawie i docieka, dlaczego nie została załatwiona, indagowany wyraża zdziwienie, że tak się nie stało, mimo iż stosowne polecenia zostały wydane, staje na baczność, strzela obcasami i oddala się do swoich zajęć, zapominając o wszystkim. I tak to może się ciągnąć miesiącami. A spotkania z wyborcami, kreowanie narracji i rozgrywanie opozycji to jest coś, co przynosi natychmiastowe, widoczne efekty. W obozie rządzącym można usłyszeć, że Jarosław Kaczyński chce zmobilizować partię przed wyborami samorządowymi, które traktuje wyjątkowo poważnie. Wygrana w samorządach ma zapewnić partii zwycięstwo w wyborach parlamentarnych w 2019 r. – Jarosław Kaczyński porzucił nadzieję, że w tej kadencji stanie na czele rządu – przekonuje polityk obozu rządzącego. – Dlatego skupił się na partii, a jeżeli po raz drugi wygra wybory, to dopiero wtedy zostanie premierem. 

Do wyborów parlamentarnych jest jeszcze na tyle daleko, że przesądzanie o ich wyniku i snucie scenariuszy, kto stanie na czele następnego rządu, przypomina dzielenie skóry na niedźwiedziu. Ale faktem jest, że jeżeli chce się wygrać wybory, to im wcześniej rozpocznie się starania, tym lepiej. Taki natłok wydarzeń prowokowanych przez partię rządzącą ma swoje plusy i minusy. Z jednej strony, angażując uwagę opinii publicznej, nie pozostawia przestrzeni dla narracji opozycji. Jednak z drugiej strony, zmieniając rzeczywistość, powiększa się grono osób niezadowolonych ze zmian. To dlatego Donald Tusk w pierwszej kadencji swoich rządów starał się nie zmienić niczego – w ten sposób nie produkował sobie przeciwników, a opozycji bardzo trudno było go atakować. Poza tym nadmierną aktywnością można do tego stopnia zmęczyć wyborców, że znowu zapragną odrobiny spokoju u boku partii, która postanowi im to obiecać. Co prawda dzisiejsza opozycja zdaje się tego nie rozumieć, skoro zapowiada, że po przejęciu władzy będzie odkręcała wszystkie poczynania PiS. A więc jako receptę na wstrząsy proponuje więcej wstrząsów. Ale w końcu i ona odkryje starą prawdę, że dobra narracja nie powinna mieć związku z działaniami obozu rządzącego. Bo im bardziej będzie od nich oderwana, tym silniej będzie przyciągać uwagę wyborców. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 6/2017
Więcej możesz przeczytać w 6/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także