Wygaszanie Misiewicza

Wygaszanie Misiewicza

Bartłomiej Misiewicz i Antoni Macierewicz
Bartłomiej Misiewicz i Antoni Macierewicz / Źródło: Newspix.pl / Karol Serewis
Bartłomiej Misiewicz stał się PiS-owską ikoną obciachu. Dlatego Jarosław Kaczyński i Antoni Macierewicz ustalili, że się go pozbędą. Operacja ma jednak zostać przeprowadzona dyskretnie.

Między Jarosławem Kaczyńskim a Antonim Macierewiczem odbyła się na temat Bartłomieja Misiewicza burzliwa rozmowa. Szef MON przekonywał, by współpracownika nie odwoływać zbyt szybko. „Wiesz, Jarku, uwzięli się na młodego. Ale tak naprawdę to atak na mnie. Jak ulegniemy, pokażemy słabość” – opowiada nasz informator. Kaczyński tę argumentację właściwie przyjął. Powiedział, że zna ten mechanizm, bo sam często broni swoich ludzi, choć ci są dla niego obciążeniem. Misiewicz właśnie dlatego tak długo utrzymuje się na stanowisku, żeby „nie ugiąć się przed systemem”. Ale w przypadku rzecznika MON czara goryczy się przelała. – Liczba problemów, które wygenerował, przekroczyła masę krytyczną. Podobnie jak liczba ludzi, którzy chodzą do prezesa, domagając się jego usunięcia. Dlatego Kaczyński z Macierewiczem ustalili, że posprzątają Misiewicza – mówi nasz informator. Operacja wygaszania rzecznika MON będzie jednak zrobiona w specyficzny sposób. – Zrobią to według swojej logiki. Kaczyński dał Macierewiczowi na to swoje przyzwolenie. Nie wyrzucą go pod presją mediów, a on nie zostanie na lodzie. Wyciszą sprawę, chłopak zniknie na jakiś czas z resortu. Potem znowu gdzieś się znajdzie, ale nie będzie pełnił eksponowanej funkcji – mówi nasz informator.

Polityka zamiast imprez

Szybki awans i silna pozycja Misiewicza nie biorą się bynajmniej z jakiejś szczególnej sympatii, jaką Macierewicz darzy młodego polityka. Raczej z przekonania, że jak się jest silnym politykiem, to trzeba bardzo mocno i skutecznie dbać o swoich ludzi. Macierewicz robi tak od zawsze. – U niego na pierwszym miejscu jest osobiste, obustronne zaufanie do współpracowników – tłumaczy jeden z polityków PiS. – Uważa, że nie może tym wszystkim swoim ludziom dać sygnału: „W razie czego nie możecie liczyć na moją siłę polityczną”. Niemal identycznie działa Kaczyński, dzięki temu zresztą zbudował silną partię – mówi nasz rozmówca. 26-letni rzecznik MON, o którym od kilku miesięcy mówi niemal cała Polska, rozpoczynał swoją polityczną karierę jako asystent społeczny posła Artura Zawiszy. W wywiadach chwalił się, że pochodzi z patriotycznej rodziny. 

– Rodzice nie są związani z polityką w ogóle. Ale temat dobra ojczyzny zawsze był obecny w domu, braliśmy też udział w wielu patriotycznych uroczystościach – chwalił się w rozmowie z „Dziennikiem Gazetą Prawną”. Przez kilkanaście lat był ministrantem. Koledzy szkolni opowiadają, że w szkole nie zaliczał się do najbardziej popularnych osób, wręcz przeciwnie. – Nie był zbyt lubiany w towarzystwie, nie zawsze umiał się odnaleźć wśród rówieśników. Podśmiewaliśmy się, że proponuje dziewczynom chodzenie przez domofon – wspomina jego kolega z gimnazjum numer 71 na warszawskich Bielanach. Być może brak sukcesów towarzyskich sprawił, że poszedł inną drogą niż większość znajomych. Kiedy inni poznawali życie imprezowe, on angażował się w politykę. Zaczynał w środowiskach LPR-owskich, głęboko prawicowych. Tam poznali się z obecnym szefem MON. W wieku 16 lat Misiewicz został jego asystentem społecznym. Cztery lata później był już szefem biura zespołu parlamentarnego ds. zbadania przyczyn katastrofy smoleńskiej. Wstąpił też do Prawa i Sprawiedliwości. W 2012 r. z nominacji Jarosława Kaczyńskiego został członkiem rady politycznej PiS. Potem powierzono mu jeszcze funkcję sekretarza zarządu okręgowego PiS w Piotrkowie Trybunalskim, gdzie szefem PiS i posłem z regionu był właśnie Macierewicz. Każdy, kto zna obecnego szefa MON, wie doskonale, że ten nie lubi zajmować się procedurami, nudzi go żmudna praca partyjna. Misiewicz robił to więc za niego. – Wszystko mu ogarniał, dawał psychiczny komfort, dzięki któremu Antoni nie musiał ciągle jeździć do okręgu, przygotowywać powiatowych zebrań, spotykać się z działaczami. Od tego był Misiewicz – wyjaśnia jeden z polityków związanych z MON. Jako człowiek Macierewicza w 2014 r. obecny rzecznik MON został wybrany do władz krajowych PiS. Mimo że Misiewicz od początku kręcił się wokół środowisk radiomaryjnych, w 2014 r. ojciec Tadeusz Rydzyk jeszcze go nie kojarzył. Zachowało się nagranie spotkania z kandydatami w wyborach samorządowych w 2014 r. ze środowiskiem Radia Maryja. Na scenie Bartłomiej Misiewicz w imieniu Antoniego Macierewicza dziękuje o. Rydzykowi za „pomoc w dążeniu do prawdy o Smoleńsku”. – A co pan studiuje? – pyta redemptorysta. 

– Prawo – odpowiada chłopak. – Jakie prawo? – dopytuje twórca Radia Maryja. – Normalne – odparowuje Misiewicz. – A jak pan się nazywa, bo też służby chcą wiedzieć – dopytuje o. Rydzyk. – Misiewicz, tak? Wygląda ładnie – żartuje zakonnik, pokazując ręką na młodego polityka. – O. Rydzyk przygarnął go później, już na etapie, kiedy zaczęło się robić o nim głośno z powodu skandali – opowiada jeden z polityków PiS. – Ojciec dyrektor uznał, że to nieuzasadniony, zmasowany atak. Uważa, że on sam tego wielokrotnie doświadczył i postanowił chłopakowi pomóc – dodaje.

Rzecznik na medal

O ile więc rzecznik MON cieszy się sympatią założyciela Radia Maryja, o tyle wśród młodych działaczy PiS skupionych wokół siedziby partii przy ul. Nowogrodzkiej dobrych notowań nie ma. – Chętnie przesadnie podkreśla własne znaczenie – opowiada o nim młody polityk PiS. – Tytułował się dyrektorem sekretariatu zespołu smoleńskiego, a przecież to żadna merytoryczna funkcja. Raczej techniczna – dodaje. Tymczasem gdy w 2014 r. z osobistym poparciem Antoniego Macierewicza i reklamą zrobioną przez o. Rydzyka kandydował do sejmiku mazowieckiego z prestiżowego, ostatniego miejsca (uchodzi ono za dobrze wyeksponowane na karcie wyborczej), do samorządu się nie dostał. W tym czasie pracował w aptece Aronia w podwarszawskich Łomiankach. Mąż właścicielki Radosław Obolewski to działający u boku Antoniego Macierewicza szef klubu „Gazety Polskiej”. Wraz z Misiewiczem zajmował się organizacją spotkań poświęconych katastrofie smoleńskiej. W swoim CV ma sprzedaż i dystrybucję przyborów szkolnych oraz plecaków i piórników. Po wyborach dostał posadę wiceprezesa w Polskiej Grupie Zbrojeniowej, ale po kilku miesiącach stracił stanowisko. Misiewiczowi nie udało się też zostać posłem w 2015 r., choć startował z wysokiego, czwartego miejsca w Piotrkowie Trybunalskim, gdzie PiS wziął sześć mandatów. Wynik okazał się spektakularną porażką, bo zdobył zaledwie 1992 głosy. Miał dopiero 14. wynik na liście. Ta porażka nie zahamowała jednak olśniewającej kariery młodego polityka. – Gdy Antoni został szefem MON, było pewne, że będzie go holował. Misiewicz jest lojalny i pracowity – ocenia polityk PiS. – Problem w tym, że niemal od razu zaczął irytować ludzi. Do Polskiej Grupy Zbrojeniowej, gdzie został członkiem rady nadzorczej, przychodził jak do siebie. Wydawał polecenia, twierdząc, że autoryzował je sam Macierewicz – dodaje.

W imieniu ministra

Ale prawdziwe problemy zaczęły się, gdy 14 sierpnia 2016 r. w mediach społecznościowych pochwalił się odznaczeniem, które przyznał mu minister obrony narodowej. To był złoty medal „Za zasługi dla obronności kraju”, który wręczany jest zwykle bardzo zasłużonym dla wojska osobom. Informację okrasił zdjęciem, na którym stał, wypinając pierś w kierunku Antoniego Macierewicza. Wywołało to spory szum, bo wielu wojskowych, nawet takich, którzy byli na misji w Afganistanie, nie zostało uhonorowanych tym odznaczeniem. Dziennikarze zaczęli się nim interesować, odkryli, ile ma lat, że nie zrobił nawet licencjatu, a mimo to dostał stanowisko w spółce Skarbu Państwa. Od tego momentu nieustannie jest na celowniku mediów. Ma to swoje dobre i złe strony. Dobra jest taka, że rzecznik MON, który zawsze lubił podkreślać, a nawet przesadnie eksponować swoje znaczenie, jest dzisiaj bardziej rozpoznawalny niż niejeden minister z rządu Beaty Szydło. Został nawet jednym z bohaterów hitowego satyrycznego serialu „Ucho Prezesa”. To niewątpliwie łechta jego ego. Ale minus sytuacji jest taki, że jako osoba znana jest nieustannie obserwowany. A to oznacza, że musi być bardzo ostrożny w postępowaniu. Jak pokazał jego wypad do Białegostoku, tej umiejętności jeszcze nie posiadł. Według „Faktu” w studenckim klubie WoW Misiewicz miał nagabywać studentki, szastać pieniędzmi i proponować pracę każdemu, kto pozna, kim jest. W dodatku do klubu przyjechał podobno służbową limuzyną.

Ikona obciachu

Stanowisko szefa gabinetu politycznego ministra obrony, rzecznika prasowego oraz członka rady nadzorczej w spółce Skarbu Państwa – jak na tak młodego człowieka, w dodatku bez licencjatu, to kariera naprawdę zawrotna. W PiS żartowano, że gdyby miał studia, zostałby wiceministrem. Nic dziwnego, że – jak mówi posłanka Joanna Lichocka (PiS) – woda sodowa uderzyła mu do głowy. Uważa jednak, że to mimo wszystko wartościowy człowiek. – Znam go od czasów, gdy był asystentem Antoniego Macierewicza w zespole smoleńskim. Był jego prawą ręką, załatwiał wszystkie sprawy, dokumenty, miał kontakty do wszystkich niezależnych naukowców i był dostępny 24 godziny na dobę – mówi posłanka PiS. Lichocka nie ma wątpliwości, że atak na Misiewicza to tak naprawdę atak na szefa. – Za dużo tego hejtu, prowokacji i wymyślonych rzeczy, które mają go zdyskredytować, żeby uznać, że to spontaniczne – przekonuje. Według Lichockiej atak na Misiewicza ma związek z sukcesami polityki obronnej prowadzonej przez Macierewicza. – Akurat przybywają do Polski amerykańscy żołnierze, co świadczy o skuteczności działań ministra. 

Dlatego opozycja stara się go zaatakować na innym polu – mówi posłanka. Paradoks sytuacji polega na tym, że im bardziej dziennikarze będą naciskali na dymisję Misiewicza, tym bardziej nie zostanie on zdymisjonowany. Bo żaden minister, a już na pewno nie Macierewicz, nie pozwoli sobie na to, by mu media odwoływały rzecznika. Ale to koniec dobrych wieści dla Misiewicza, bo ostatnio stał się on obiektem krytyki prezesa Kaczyńskiego. A to oznacza jedno – prędzej czy później odejdzie w cień. – To jest wizerunkowy problem. Skoro wciąż staje się bohaterem mediów, to nie ma w tym nic dobrego i wierzę, że minister Macierewicz tę sprawę załatwi, bo szkodzi rządowi PiS – powiedział Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla „Do Rzeczy”. W ślad za nim powtórzył to Stanisław Karczewski w RMF FM. – Limit przypadków się wyczerpał, one szkodzą nam wizerunkowo – mówił marszałek Senatu. W pierwszej chwili wyglądało to jak konflikt na linii Macierewicz – Kaczyński. W PiS można jednak usłyszeć, że jest to rodzaj gry, która toczy się na partyjnych szczytach. Stanisław Karczewski i Joachim Brudziński grają na osłabienie pozycji szefa MON i zarazem wiceprzewodniczącego PiS. Z kolei sam Macierewicz, ociągając się z dymisją swojego rzecznika, demonstruje im swoją siłę i to, że może sobie pozwolić na więcej niż inni. Takie przeciąganie liny. Z Misiewiczem będzie więc tak, że zniknie, ale po cichu. – Właściwie już jest „zniknięty” – niby nie został odwołany, ale przecież go nie ma – tłumaczy polityk PiS. Oficjalnie przebywa na urlopie, jego zdjęcie zniknęło nawet ze strony MON. Pytanie, jak długo powinien być urlopowany, żeby cała sprawa przycichła? – Co ten chłopak będzie robił w lecie, przecież wykorzystał już chyba cały urlop za całą kadencję – śmieje się polityk PiS. Problem w tym, że „zniknięty”, ale niezdymisjonowany Misiewicz nie przestaje być ikoną obciachu i symbolem wykorzystywania władzy do własnych celów. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 7/2017
Więcej możesz przeczytać w 7/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • mmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmm IP
    Stokłosa upublicznił nagranie sugerujące, że niezrozumiała obecność Misiewicza na eksponowanym miejscu ma swoje źródło w aferze homoseksualnej. Zeznania jednego z uczestników spotkania w białostockim klubie są porażające. Chyba nie zmyślał bo wiadomo, że zemsta PiSu jest prawdopodobna.

    Czytaj także