Jestem zmęczony biznesem

Jestem zmęczony biznesem

Pytają, czy to prawda, że o. Rydzyk prześcignął mnie na liście najbogatszych. Akurat w tej sytuacji coś jest nie po kolei. Ale mamy czasy, że wszystko jest trochę nie po kolei. Duchowni zajmują się biznesem, a biznesmeni sprawami duchowymi – mówi Michał Kiciński, współtwórca gry ,,Wiedźmin”, jeden z najbogatszych Polaków.

Otwierasz wegańską restaurację obok knajpy z burgerami.

Przeciwieństwa się przyciągają.

Kiedy ostatnio jadłeś hamburgera?

Chodziłem do Burger Kinga. Ale to było jakieś 20 lat temu. Jeszcze w czasach liceum. Dzisiaj to odpada. W zeszłym roku może ze trzy razy jadłem mięso.

To ze względów zdrowotnych czy ideologia?

Po mięsie czuję się ociężale. Po nabiale też źle się czuję. Cieknie mi z nosa, mam katar. Poza tym słabo trawię laktozę. Nie jestem znowu jakimś fanatykiem, ale jak czytam, że zawartość glutenu w zbożu wzrosła w ostatnich latach prawie czterdziestokrotnie, a wiadomo, że ciężko się go trawi, to problem jest. To samo z cukrem.

A za twoimi plecami opakowanie żurawiny z dopiskiem: „Słodzona cukrem”.

Widzę właśnie, że ktoś to kupił. Zaraz to stąd wyleci.

Snickersa zjesz? Colę wypijesz?

Nie rób ze mnie jakiegoś dziwaka. Nie jem niektórych rzeczy, bo mi po prostu nie służą. Colę piłem jakoś latem, ale nie przepadam. Działa na mnie zbyt pobudzająco. Jak już mam zjeść coś słodkiego, to biorę sezamki. To mniejsze zło: sam sezam i cukier przynajmniej. Nabiał, mięso, gluten, cukier. Za dużo tego w codziennej kuchni Polaków, więc chciałem zaproponować kuchnię, w której tego po prostu nie ma.

Co w takiej kuchni można zjeść?

Będziemy serwować kuchnię azjatycką. Kambodżańskie curry, azjatycki stir fry (potrawy szybko smażone na dużym ogniu), różne pad thai (makaron smażony po tajsku), spring rolls (popularne sajgonki).

Sałatka ą la „Wiedźmin”?

Sałatki „Wiedźmin” nie będzie, ale będzie sałatka „Zdrowe ziele”. Ma być zdrowo i pożywnie. Jak zjesz zupę, to ma cię rozgrzać. Jak zjesz drugie danie, to ma być ci lekko na żołądku. W Polsce mamy knajpy wegańskie, ale co z tego, że nie ma w nich mięsa, skoro smaży się na głębokim tłuszczu, coś zamraża, a coś odgrzewa. To bez sensu. Albo do potraw leje się gotowe sosy z dziwnymi dodatkami. Tu ma być tak, że jak mamy potrawę z sosem curry, to robimy sos sami w moździerzu, a nie lejemy taki z glutaminianem sodu i innymi konserwantami z butelki. Jedzenie ma być czyste.

A do czystego jedzenia czysta woda. Również twojej produkcji.

Jesienią wprowadziliśmy na rynek wodę ID’EAU. Ma być zbliżona do wody, którą pili nasi przodkowie tysiące lat temu. Taka, jaka wylatuje prosto ze źródełka. Cząsteczki wody lubią się ze sobą sklejać i łączą się w klastry. Woda ma naturalnie od 8 do 12 cząsteczek w klastrze. Ludzka krew między 5 a 8. A zwykła woda z butelki ponad 20 cząsteczek. I taka woda jest gorzej wchłaniana przez organizm. Woda z mniejszymi klastrami lepiej nas nawadnia. A jak lepiej nawadnia, to lepiej wypłukuje toksyny. Nasza ma też więcej tlenu. I mamy na to badania.

Macie też badania na temat telefonów komórkowych.

Lepsze od naszych zrobili i tak Amerykanie, ale opublikują je dopiero w połowie tego roku. Trwały wiele lat, kosztowały prawie 30 mln dolarów i były niezależne, a nie zlecone przez jakąś firmę telekomunikacyjną. Narażali szczury przez pół godziny dziennie na promieniowanie telefonów komórkowych. Okazało się, że po jakimś czasie zaczęły się u nich rozwijać dwa rodzaje nowotworów, m.in. glejaki. Dzisiaj tyle się mówi o internecie rzeczy. Inteligentne pralki, kuchenki, lodówki, które łączą się z internetem. To wszystko hula bezprzewodowo, ale promieniowanie przenika też przez nasze ciało.

I wpadłeś na pomysł, żeby produkować telefony o niskim promieniowaniu.

Mamy już prototyp. Nazywa się YogiFone. Można z niego dzwonić, wysyłać SMS-y.

Ale smartfon to nie jest.

To będzie klasyczny guziczkowaty telefon starego typu. Bez transmisji danych, która zawyża dawkę promieniowania. W tym roku chcemy udostępnić taki pokazowy egzemplarz do testów.

Po co ty to wszystko robisz? Dla pieniędzy, dla idei?

Wszystkie te pomysły oprócz tego, że mają przynosić zysk, to mają też robić coś dobrego. To nie jest biznes, który ma w pierwszej kolejności dawać gotówkę. Jak otwieraliśmy w 1994 r. CD Projekt, to naszą główną motywacją było zrobienie zarąbiście dobrej gry. Nie chodziło tylko o kasę. Dzisiaj wiele firm z tej branży jest krytykowanych za to, że chcą jak najszybciej wydoić gracza. CD Projekt działa inaczej.

Ale powiedziałeś, że założyłeś tę firmę, bo chciałeś szybko zarobić pieniądze, żeby później się o nie już nie martwić.

Powiedziałem, bo wychowałem się w skromnej rodzinie. Moja mama pracowała w kuratorium, ojciec był nauczycielem akademickim. W latach 80., czyli czasach mojej młodości, ich zarobki były kosmicznie małe. Na swój pierwszy komputer musiałem odkładać 7 lat. Już jako dziecko widziałem te szalone ograniczenia, kiedy brakuje pieniędzy.

Wkurzałeś się?

No wkurzałem się, że tak długo trzeba odkładać, żeby po prostu mieć komputer. I wtedy powiedziałem sobie, że będę robić wszystko, żeby w przyszłości nic mnie nie ograniczało. Buddyści mówią o pierwotnej woli, która rodzi się w umyśle małego dziecka i ma duży wpływ na dorosłe życie. Ta wola sprawiła, że chciałem zarobić większe pieniądze.

Co Budda mówi o pieniądzach?

Budda mówi, że dobra jest droga, kiedy porzucasz wszystko i zostajesz mnichem. Ale mówi też o drodze gospodarzy, czyli ludzi, którzy pracują. Są potrzebni między innymi po to, żeby nakarmić mnichów.

Ty jesteś gospodarzem.

Od samego początku pieniądze były dla mnie środkiem, żeby się uwolnić od ograniczeń. Miałem w głowie kwotę 200 mln zł, którą chciałem zarobić. Uznałem, że to taki majątek, który pozwala robić fajne rzeczy.

Nawet z jednym milionem można fajne rzeczy robić.

No można. Na moje prywatne potrzeby pojedyncze miliony by wystarczyły. Żeby kupić mieszkanie, jakiś lokal na wynajem i żyć za parę tysięcy miesięcznie. Ale mam za dużo pomysłów. Kupiliśmy ostatnio zabytkowy Fort Traugutta w centrum Warszawy. Kosztował niewiele, bo półtora miliona złotych, ale jego odrestaurowanie pochłonie dziesiątki milionów.

I co tam będzie?

Chcemy tam prowadzić różne rozwojowe zajęcia. Na przykład psychoterapię przez ciało. Jogę, czikung [forma chińskiej gimnastyki – red.], taniec, śpiew, zajęcia artystyczne.

Coachingu nie będzie?

Oj nie. Jeśli już, to zen coaching. Osadzony w duchowości, pogłębiony, a nie jakaś manipulacja w stylu: odnieś sukces w biznesie w weekend.

Podobne zajęcia obywają się w twoim ośrodku w Urlach pod Warszawą.

Tam zapraszamy nauczycieli, którzy prowadzą warsztaty rozwojowe. Związane z pracą z ciałem, własną psychiką, głosem. Na przykład ćwiczenia oddechowe. Prowadzimy tak stresujący tryb życia, że bardzo spłycamy oddech. Traumy powodują, że blokujemy klatkę piersiową, a są specjalne ćwiczenia, które pomagają ją odblokować.

Ty miałeś traumę związaną z „Wiedźminem”. Przyznałeś, że prowadzenie biznesu cię przygniotło. Za bardzo się nakręcałeś i musiałeś wyjechać, żeby się wyciszyć. Teraz prowadzisz kilka biznesów i się nie nakręcasz?

Teraz też jestem nakręcony, dotyka mnie to. Ale w CD Projekt byłem na stanowiskach kierowniczych, teraz staram się oddawać zarządzanie innym. Jestem już trochę zmęczony biznesem. Chcę złapać do niego jakiś zdrowy dystans. Pomaga w tym medytacja.

Jak się medytuje?

Ludziom medytacja kojarzy się z jakąś magią, a to bardzo proste. Nasze umysły są na co dzień nakierowane na zewnątrz, ale jak zamykasz oczy, to kierujesz swoją uwagę do wewnątrz. Chodzi o to, żeby obserwować to, co się dzieje w tobie. Z reguły mamy za dużo bodźców dokoła, żeby poznać nasz wewnętrzny świat.

No tak, ale medytacja uczy obserwacji. Nie walisz od razu kogoś w głowę, tylko myślisz: mam uderzyć tego faceta czy po prostu mam tylko zły dzień i zrobiłbym mu przykrość, gdybym tak zareagował. Nie stajemy się niewolnikami programów, które nami rządzą.

Jesteś bardziej buddystą czy chrześcijaninem?

Nie lubię przyklejać sobie etykietek. Najbliżej mi do tego, czego nauczali Jezus i Budda. Dla mnie to bracia. Chociaż obrali dwie różne drogi, są w jednym domu.

Na co dzień żyjesz skromnie jak mnich?

Najbliżej mi do tego, czego nauczali Jezus i Budda. Dla mnie to bracia. Chociaż obrali dwie różne drogi, są w jednym domu

To trzeba się w jakimś pomieszczeniu zamknąć, żeby medytować?

Wystarczy, że zamkniesz oczy. Odsłaniają się wtedy ciekawe odkrycia na własny temat. Potrafisz lepiej siebie zrozumieć. Siadasz i obserwujesz własne myśli.

Można się przerazić.

Można się przerazić, bo nasz umysł jest strasznie rozpędzony. Nauczyciele duchowi zadają pytanie: skoro możesz obserwować własne myśli, to znaczy, że nie jesteś tymi myślami. Skoro możesz obserwować własne emocje: gniew, miłość, radość, to nimi nie jesteś. Nie jesteś tymi myślami i tymi emocjami, więc się z nimi nie identyfikujesz. Im mniej się identyfikujesz, tym spokojniej przechodzisz przez codzienność. Większość naszych emocji jest w reakcji na własne myśli.

No ale jak ktoś cię wkurzy na ulicy, to się denerwujesz.

Staram się żyć rozsądnie, nie przeginać w żadną stronę. To, co mówił Budda, który propagował drogę środka: jak chcesz trafić do celu z łuku, to cięciwa nie może być ani zbyt luźna, ani zbyt napięta. Z życia w odosobnieniu w ośrodkach medytacji przeniosłem do swojego życia minimalizm. Nie lubię mieć dużo rzeczy wokół siebie.

Ale jak masz ochotę kupić sobie nowe auto, to idziesz do salonu i kupujesz.

No, kupiłem sobie właśnie pierwszy raz od lat nowy samochód. Ale też bez żadnych luksusów. Volvo ze średniej półki.

Obecność na liście 100 najbogatszych Polaków cię nie przytłacza?

Tutaj jestem wyluzowany. W sumie nigdy się nad tym nie zastanawiałem, aż do zeszłego tygodnia. Współpracownik mnie zaczepił pytaniem: „Michał, czy to prawda, że o. Tadeusz Rydzyk prześcignął cię na liście najbogatszych?”. Wtedy po raz pierwszy zatrzymałem się jakoś mentalnie przy tym rankingu. Nie to, że miałbym coś przeciwko temu, że ktoś mnie wyprzedził, ale akurat w tej sytuacji coś jest chyba nie po kolei. Ale są takie czasy, że wszystko jest trochę nie po kolei. Duchowni zajmują się biznesem, a biznesmeni sprawami duchowymi.

Twoje udziały w CD Projekt, warte ponad 700 mln zł, nie rozpalają wyobraźni co poniektórych?

Czasem, kiedy wyczuwam, że to mogłoby wpłynąć na wyobraźnię osoby, którą poznam, to nie zawszę spieszę się z podawaniem swojego nazwiska. Żeby ktoś nie wrzucił sobie później Michał Kiciński w Google i postrzegał mnie tylko przez pryzmat pieniędzy.

Ale z takim majątkiem woda sodowa może uderzyć do głowy.

To jest takie niebezpieczne miejsce, w którym łatwo się mądrzyć. Mam taki majątek, to znaczy, że jestem taki mądry. Jest trochę takich stanowisk, w którym rośnie niebezpieczeństwo niezdrowego rozrostu ego: nauczyciele, terapeuci, biznesmeni, artyści. Im też woda sodowa może łatwo uderzyć do głowy. Mój znajomy szaman zrezygnował z tego, co robił, bo zaczął się czuć lepszy i mądrzejszy od innych, a nawet nie zauważył, kiedy to się stało. Przeraziło go, że pycha niepostrzeżenie zaczęła rozrastać się w jego duszy. O ile świat byłby piękniejszy, gdyby ludzie częściej mieli taki poziom autorefleksji jak właśnie on. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 9/2017
Więcej możesz przeczytać w 9/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także