Awangarda sięga do źródła

Awangarda sięga do źródła

Awangarda sięga do źródła
Awangarda sięga do źródła / Źródło: Jacek Poremba
7 marca ukazuje się nowa płyta Voo Voo – „7”. Nam Wojciech Waglewski opowiada o tym, czemu nie słucha radia i dlaczego nastał czas na bunt estetyczny.

ROZMAWIAŁ Marcin Cichoński

To ty podjąłeś decyzję o wyborze nagrania „Środa” do radia? Brzmi bardzo nieradiowo…

Single to nie moja bajka, ale jeśli dojdę do wniosku, że czegoś bardzo chcę, to mogę podjąć taką decyzję. Najchętniej bym chciał „Sobotę”, która radiowo jest masakrą, ale w sumie – czemu nie?

Uporządkujmy – w jaki sposób „Magiel Wagli” (audycja Wojciecha Waglewskiego i Fisza w Programie Trzecim PR) kształtuje ciebie jako muzyka? Jesteś w radiu, wybierasz muzykę i jej słuchasz. Wiesz, co się sprawdza, a co nie – czy to coś daje Wojciechowi Waglewskiem muzykowi? Pytam też dlatego, że Bob Dylan po wspólnych audycjach z Jackiem White’em wpadł na pomysł, by zacząć nagrywać na nowo klasykę.

To jest trochę sprzężenie zwrotne, bo audycje „Magiel Wagli” rozpoczynaliśmy, przynosząc do radia te płyty, które mamy w domu. Wydawało nam się, że gusta mamy sprecyzowane. Rzadko wcześniej rozmawiałem z synami o tym, czego słuchamy, choć mniej więcej wiedziałem, w jakich rejonach się poruszają. To była idealna okazja, by wymienić się doświadczeniami. I tak od audycji do audycji tych doświadczeń zaczynamy mieć coraz więcej, aż chcieliśmy się zaskakiwać. Przynosiłem płyty nie tylko pod kontem syna – żeby przypomnieć mu rzeczy, których być może nie pamięta, bo prezentowałem je dość dawno temu, ale wtedy on nie był zainteresowany. Pokazywałem mu też rzeczy pod kątem tego, co mnie w muzyce współczesnej interesuje. I razem przeszliśmy bardzo długą drogę. Bo kiedy zaczynaliśmy, to w Stanach, za sprawą Jacka White’a, był powrót do archetypu rockowego. Wtedy chłopcy założyli Kim Nowak – dzięki temu dostałem wiatru w plecy, żeby nagrywać muzykę riffową, bo to umiałem i to mnie cieszyło. Ale po trzech-czterech latach to opadło i gdzieś osiadło. Do tego stopnia, że przestało mi się chcieć grać solówki gitarowe, a im nie za bardzo chce się nagrywać trzeciego Kima Nowaka, ale kiedyś będą musieli. Natomiast nasza audycja jest kompletnie nieradiowa w sensie muzyki popowej, popularnej czy rockowej. W radiu funkcjonuje cezura 3’40’’ czasu nagrania i kompresja musi być. A nasze rzeczy są zupełnie inne.

Ja wychowałem się na radiu, gdzie były nagrania 15-minutowe.

Ja byłem wychowany na takim radiu, w którym nie było reklam. I przyznam się szczerze, że teraz w ogóle radia nie słucham, a jeśli już, to rzadko, np. informacyjnie. Poza tym nie jestem w stanie znieść łączenia rzeczy bardzo złych ze średnimi, a bardzo dobrych jest bardzo niewiele. Pojmuję radio tak, jak my je robimy. Podoba mi się też to, co robi Wojtek Mann – nie mówię o muzyce, ale o formie, prowadzeniu itd. Mam problem z zaakceptowaniem ogólnej formuły radia – w sumie nie jest mi ona do niczego potrzeba, aczkolwiek wierzę w to, że na tym bezrybiu radia typu Trójka czy Dwójka pełnią jakąś tam misyjną rolę. Mam w sumie plan minimum, chciałbym opowiadać o swoich gustach, ale też o instrumentach, instrumentacji, dynamice, produkcji – rzeczach, które znają tylko wtajemniczeni, a których znajomość pozwala nieco inaczej spojrzeć na pracę muzyka. Gdybym był etatowym pracownikiem radia i musiałbym się podporządkować filozofii playlist itd., to nie byłaby moja bajka.

A wracając do tego przełożenia waszej audycji na nową płytę Voo Voo?

Oczywiście nasze audycje to przełożenie miały. Mamy tam tzw. higienę ucha, która od pewnego czasu mnie najbardziej inspiruje, a pokazuje całe spektrum muzyki nieco poważniejszej (a przynajmniej tak postrzeganej): od klasycznej poprzez kameralistów po minimalizm.

I echa minimalizmu słyszymy w nagraniu „Sobota”. Od dawna korciło cię, by nagrać takie dźwięki?

Tak, i to nie jest przypadek. Glass, Reich i początki grania pasaży są mi bardzo bliskie. W swoim czasie na tym też wzorował się Robert Fripp. Oni znaleźli to wszystko w Afryce, po to tam pojechali. Muzyki źródłowej słuchałem dużo od zawsze. Kiedyś usłyszałem, że im bardziej nowoczesna, awangardowa muzyka, tym bardziej sięga do źródła. Takie dźwięki zawsze miałem z tyłu głowy, jeszcze grając w Osjanie. To jest figurka, która w niektórych momentach mojego życia się pojawia. I to jest własnie taki moment, w którym potrzebuję porządku i spokoju.

„Sobota” też zaskakuje, bo czegoś takiego w twoim życiu muzycznym z Voo Voo nie było. Już wiesz, jak to zabrzmi na koncertach?

Jeszcze nie wiem, ale muszę sobie zacząć wyobrażać, bo parę koncertów przed nami. Będą dwie odsłony – z jedną nie będzie problemu, kiedy będziemy mieli pieśniarkę, sopranistkę. A do tych pasażyków będziemy używać najprostszych urządzeń – zwykłego loopera. Zobaczymy jednak, jak to będzie brzmiało w wersji kameralnej. Albo wsamplujemy, albo… Mateo (Mateusz Pospieszalski – red.) mówi, że on to zaśpiewa falsetem. Nie będzie imitował sopranistki, bo musiałby założyć kabaretki i buty na szpilkach – nie wiem, co jego żona na to. Partia sopranu jest króciutka, ale bardzo ważna, więc jakieś rozwiązanie musimy znaleźć. Myślę, że ta płyta inaczej będzie brzmiała koncertowo. Oczywiście chciałbym, by „Sobota” była w prawie nienaruszonej formie, ale parę rzeczy będzie grane pewnie dynamiczniej. Tu prawie wcale nie ma werbla, ogólnie bębny są bardziej eksperymentalnie traktowane, a na koncertach one wrócą, więc ze dwa numery zabrzmiąmocniej.

Na płycie „Chaos pełen idei” Wojtka Mazolewskiego wspominasz, że nowa wersja „Gdybym” to efekt „weselny”…

U Pospieszalskich wszystkie wesela i święta związane są z zapraszaniem muzyków i muzykowaniem. Tam też się tak zrobiło. Poza fantastycznym zespołem Tęgie Chłopy pojawiła się chęć zagrania z różnymi muzykami. Dokładnie nie pamiętam, jaki się pojawił skład, ale Wojtek zaczął grać. Ja nie znałem tej piosenki, a oni zaczęli pitolić jakiś taki reggae’owaty podział. Wyszedłem i coś tam zacząłem do tego mruczeć. Oczywiście nie pamiętam tej wersji, bo to w końcu wesele było. A potem Wojtek do mnie zadzwonił, byśmy to powtórzyli na płycie, bo to świetnie wyszło. Zagrałem to na płycie, ale nawet nie wiem, czy my na tym weselu graliśmy dokładnie to.

Ale takie zabawy, łączenie składów, eksperymentowanie jest chyba tym, co cię najbardziej pociąga, esencją twojego grania?

Tak, pociąga bardzo, i to od samego początku. Począwszy od tego, że byłem muzykiem sesyjnym po to, żeby zdobyć warsztat (i parę złotych oczywiście), a to pozwoliło mi improwizować. I terminowałem też u różnych mistrzów – od Stańki począwszy, na Hołdysie skończywszy. By zorientować się, w którym miejscu człowiek stoi. Dobra jest taka próba sił. Samotne granie to ciężki chleb i niewdzięczny, a człowiek może się w tym zatracić. Musi się gdzieś pojawić kolega, z którym nastąpi wymiana energii, albo powinien pojawić się ktoś spoza zespołu, by się w nim nie zakisić. U nas mamy taką formułę, że każdy tworzy też własne projekty, co daje nam później wspólną energię.

A dalej masz tak, że nie lubisz wracać do starszychnagrań?

Najwięcej mogę mieć pretensji, że coś źle brzmi. Najbardziej próbę czasu przetrwały rzeczy, które robiliśmy ze świętej pamięci Wojtkiem Przybylskim. A z kompozycji połowa to są raczej śmieci.

Strasznie krytycznie to określasz…

Dużo nagrywałem. Może i za dużo. Było sporo rzeczy, których na pewno bym nie zrobił, gdybym miał trochę czasu. Ale albo go nie miałem, albo myślałem, że to jest fajne. Ale jest parę, które świadczą o jakimś tam talencie.

A lubisz koncertowe projekty specjalne, takie jak odtwarzanie po latach jednej płyty w całości?

To zależy od tego, czy ktoś szanuje tę płytę, czy nie. Namówił mnie Artur Rojek na występ na Off Festivalu, żebym zrobił „Sno-powiązałkę”, po czym graliśmy ją o godzinie 17 ze słońcem, które prażyło prosto w oczy na jakiejś obskurnej dość scenie. I to było słabe. Poczułem się lekko zdradzony, ale już mi przeszło. Gdybym mógł postawić pewne warunki, zaplanować porę, światła, całą oprawę, to kto wie. Myślę, że „Sno-powiązałkę” fajnie by się zagrało, bo poza paroma naiwnościami to album, który przetrwał próbę czasu. Wymagałoby to klimatu, którego tam nie zapewniono. Ale wiem, że powstają też inne projekty – na przykład „Tribute to Voo Voo”.

Takie rzeczy już powstawały, choćby sprowokowane przez was „Najlepsi śpiewają Voo Voo”. Boisz się trochę tego, jak zabrzmią wasze nagrania w innym wykonaniu?

Byłem na koncercie poświęconym pamięci Grzegorza Ciechowskiego jakieś dwa lata temu i pomyślałem sobie, że sporządzę listę osób, którym zabronię wykonywania moich utworów po mojej śmierci. Nie powiem którym, ale są wykonawcy, których wersji się obawiam...

A obserwujesz młodych artystów? To, czego się słucha i co się sprzedaje w Polsce?

Boję się obserwować, ale np. jazz radzi sobie bardzo dobrze, tylko chyba z jego sprzedażą jest średnio.

Raport sprzedaży za ostatni rok pokazuje, że jest wielu artystów, którzy sprzedają płyty, mimo że nie są grani przez rozgłośnie komercyjne. Część osób twierdzi, że czuć już falę nadciągających zmian. Ty też to czujesz, grając na koncertach czy na festiwalach?

Nie mam wrażenia, że zbiera się na zmiany tylko dlatego, że media całkowicie rozmijają się z gustami publiczności. Bo playlisty tworzy się na podstawie algorytmów. Kiedyś grałem z Maleńczukiem na TOPtrendach. Byłem zdziwiony, bo to układano na podstawie dziesięciu najlepiej sprzedawanych płyt, i byłem zaskoczony, bo tam byli i Hey, i Tomek Stańko. Pięć płyt było naprawdę super, a pięć było super inaczej, mówiąc delikatnie. I mam takie wrażenie, że ludzie nie oczekują od mediów tego, co mediom się wydaje, że ludzie oczekują. Myślę, że media takie jak telewizja adresowane są do ośrodków małomiasteczkowych, gdzie kultura nie dociera. A na przykład nie znam nikogo z pokolenia moich synów, kto miałby w domu telewizor. I artyści tacy jak Thom Yorke czy Nick Cave świadomie omijają masowe media, bo nie akceptują reżimu narzuconego przez media dotyczącego długości utworów, kompresji itd. Wydaje mi się, że co rusz wytwórnie albo media będą się dziwiły tym, co się dzieje – ale oni żyją w przestrzeni, którą sami tworzą na własny użytek. Często, przychodząc do telewizji, miałem wrażenie, że jestem w świecie wirtualnym, wśród ludzi, którzy przejmują się tylko tym, co ich środowisko o nich myśli. Mają oczywiście mnóstwo pracy i parę innych problemów na głowie, ale byłoby miło, gdyby pomyśleli nieco o kreatywności, bo życie jej pozbawione jest zwyczajnie nudne.

A czy widzisz szanse na to, by systemowo wesprzeć muzykę – tak jak w filmie poradzono sobie, przekazując małą część ceny biletu kinowego na Polski Instytut Sztuki Filmowej?

Nie chciałbym być wspierany przez kogokolwiek (oprócz mojej żony). Jeśli w zamian za to miałbym grać Chopina pod piramidami albo tworzyć akademie ku czci, poczułbym się ubezwłasnowolniony, czyli nieco zidiociały. Myślę tu o wsparciu państwowym, które zawsze ma wymiar na samym końcu propagandowy. Prywatnych inwestorów chętnie zaś zapraszam, zwłaszcza jeśli mniej więcej wiedzą, czego się po mnie można spodziewać. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Muzyka na każdy dzień tygodnia

POZYCJA VOO VOO NA NASZYM RYNKU POZWALA ZESPOŁOWI NA SWOBODĘ ARTYSTYCZNĄ, która zahacza o ryzyko porzucenia przez fanów przyzwyczajonych do brzmienia wcześniejszych płyt. Poprzedni album, „Dobry wieczór”, udowodnił, że radio może zagrać prawie siedmiominutową pieśń, a Voo Voo potrafi przekuć niekomercyjną z pozoru propozycję w sukces – i płyty, i przedłużanej z uwagi na powodzenie trasy koncertowej. Wojciech Waglewski mówił wtedy, że po raz pierwszy nie ma pomysłu na następny krążek.

Pomysł się jednak znalazł i okazał się genialny w swej prostocie – ta płyta to opowieść o siedmiu dniach tygodnia, w różny sposób porządkujących przecież życie każdego z nas. Na albumie jest tyle brzmieniowych niuansów, że przy kolejnych przesłuchaniach odkrywamy go na nowo. Ciekawe, jak Voo Voo poradzi sobie z tym materiałem na koncertach!

Piotr Metz

Voo Voo

„7”

ART2 / Agora Premiera: 7 marca

Wojciech Waglewski

Gitarzysta, kompozytor, aranżer, autor tekstów i producent muzyczny. Na początku lat 80. dołączył do zespołu z pogranicza muzyki improwizowanej, folku i world music – Osjan. Lider działającej od 1985 r. grupy Voo Voo (nazwa utworzona od inicjałów Waglewskiego), która nagrała kilka albumów koncertowych oraz 26 płyt studyjnych, w tym tak znane, jak: „Dobry wieczór”, „21”, „Płyta z muzyką”, „Kalejdoskop”, „Flota zjednoczonych sił”, „Małe Wu Wu”, „Sno-powiązałka”. Ojciec dwóch synów, również muzyków – Fisza i Emadego – z którymi nagrał album „Matka, Syn, Bóg”.

Okładka tygodnika WPROST: 10/2017
Więcej możesz przeczytać w 10/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także