Z ziemi polskiej do angielskiej

Z ziemi polskiej do angielskiej

14 marca rozpoczynają się londyńskie targi książki, jedne z największych na świecie. Gościem honorowym jest Polska, którą reprezentować będzie m.in. Jacek Dehnel – prozaik, poeta i tłumacz.

Rozmawiała Natalia Malek

Czuje się pan ambasadorem polskiej literatury?

Czuję się pisarzem polskiej literatury, to już sporo; ambasador to za blisko ministerstwa, dziękuję, postoję. Natomiast każde spotkanie autorskie – poza nieudanymi – coś promuje. Konkretną książkę, autora, wreszcie literaturę, z której się on wywodzi, w moim przypadku: polską. Spotkań, jakie odbędę w Wielkiej Brytanii, jest całkiem sporo: z Marzanną Kielar rozmawiam o poezji, z Olgą Tokarczuk i Zygmuntem Miłoszewskimo pisaniu kryminałów, z Olgą i Jackiem Dukajem o powieści historycznej, do tego dochodzą rozmowy z pisarzami z innych krajów. W zasadzie tylko raz będę sam na sam z moderatorką, przez pół godziny. A po targach jadę jeszcze z Piotrem Tarczyńskim, moim chłopakiem i zarazem drugą połową Maryli Szymiczkowej [pod tym pseudonimem Dehnel i Tarczyński wydają wspólne powieści – red.] do Harlow, żeby mówić o naszych kryminałach. Pięć spotkań w tydzień, żadne wczasy.

Przy okazji londyńskich targów wiele mówi się o marketingowym podejściu do literatury. Odpowiada panu taki sposób promocji książek?

To jest ruletka, świetni pisarze w obcym języku czasem zupełnie przepadają, kiepscy – nagle rosną i zyskują rzesze czytelników. Możemy próbować jakichś prognoz, ale można się na nich srogo przejechać. Rozmawiałem kiedyś z amerykańską wydawczynią, która w latach 80. promowała książkę debiutanta z Europy. Facet był wykładowcą akademickim, powieść wydawała się trudna, osadzona w średniowieczu, usiana aluzjami kulturowymi i łacińskimi zwrotami. Był środek lata, studenci kierunków humanistycznych, czyli tzw. target, wyjechali do domów. Dział promocji coś tam robił, ale bez większego zaangażowania. I nagle książka okazuje się sensacją i bestsellerem. Było to oczywiście „Imię róży”, facet nazywał się Umberto Eco. Dlatego kluczowa jest nie „moda” czy „gorące nazwiska”, tylko tekst. Dobre książki (choć to, co w oczach polskiego czytelnika jest dobre, niekoniecznie wyda się dobre Brytyjczykowi czy Amerykaninowi) w dobrym przekładzie. Dopiero na tym można budować strategie promocyjne – i faktycznie Instytut Książki przez ostatnie lata bardzo przykładał się do uderzenia szerokim frontem translatorskim, za co mu chwała.

W dziedzinie książki dziecięcej reprezentować nas będą Aleksandra i Daniel Mizielińscy, twórcy „Map” (największego polskiego bestsellera ostatniego ćwierćwiecza, sprzedanego w 3 mln egzemplarzy na całym świecie) oraz utytułowana graficzka Marta Ignerska. Polski kryminał wypromuje Zygmunt Miłoszewski – nasz najpopularniejszy autor tego gatunku z milionem sprzedanych książek na koncie. W polskiej reprezentacji na targi, przygotowanej przez Instytut Książki, znalazło się też miejsce dla twórcy SF Jacka Dukaja, poetki Marzanny Bogumiły Kielar, eseistów Dariusza Karłowicza i Andrzeja Nowaka oraz reportażystów Ewy Winnickiej i Artura Domosławskiego. Na gości targów czeka ponad 40 wystawców z Polski i tyle samo spotkań autorskich oraz branżowych z udziałem Polaków (bilety na spotkanie autorskie z Olgą Tokarczuk sprzedano natychmiast po ogłoszeniu programu). Jednak te targi to dopiero początek całego Roku Polskiego w Wielkiej Brytanii.

Jesienią zeszłego roku, po spotkaniu Market Focus Poland, polscy wydawcy oraz dziennikarze wysuwali wobec instytutu oskarżenia o nieprofesjonalizm. Czy to wpłynęło na pana przygotowania do targów?

Na mnie to nie wpłynęło, bo i jak? Pisarz zresztą, w przeciwieństwie do wydawców czy pracowników instytucji kulturalnych, nie bardzo ma się jak przygotować do targów – my tam niczego nie organizujemy, nie szykujemy. Nie douczę się przecież szybko angielskiego z tej okazji – co umiem, to umiem. Nie dokonam głębokiego przemyślenia tego, co dotychczas napisałem, by móc wreszcie coś powiedzieć o własnych książkach. Jeśli mam 50 czy 60 spotkań autorskich rocznie, to raczej już wiem, co mówić publiczności. Ekipa pisarzy jadących na targi to są doświadczeni, sprawdzeni ludzie, tu niczego nie da się zrobić na akord.

Jest pan tłumaczem, zarówno klasyków, m.in. Philipa Larkina i F.S. Fitzgeralda, jak i autorów żyjących: Edmunda White’a i Kārlisa Vērdiņša. Co daje praca nad przekładami?

Tłumaczenie to świetna szkoła literacka, bo jeśli przekładamy jakieś wybitne dzieło, a niewybitnych staram się nie ruszać, to poznajemy je najdokładniej jak się da, od środka. Jak zegarmistrz, który rozbiera na kawałki zegar i składa go ponownie. Praca nad przekładem to też solidna lekcja oddawania swojego „gardła” innym głosom, imitowania cudzej frazy we własnym języku.

Jak czuje się pan po drugiej stronie: jako autor, którego przekłada się na inne języki? Ceni pan sobie relacje z tłumaczami?

Bardzo różnie, bo nie wszyscy tłumacze chcą nawiązać z pisarzem jakąkolwiek relację. Są tacy, którzy wysyłają mnóstwo pytań do tekstu, oczekują współpracy, rozmów, rozwiewania wątpliwości – i to uwielbiam. A są tacy, którzy nie życzą sobie żadnych kontaktów, nawet gdy autor wybierze się do ich kraju na promocję książki. Tę postawę też szanuję. Jednak zarówno jako autor, jak i jako tłumacz jestem za kontaktem. Szczególnie cenię sobie tłumaczenie pisarzy żyjących i odpowiadających na e-maile. Również dlatego, że można ich zapytać, co w tekście da się „ruszyć”. To duża wartość zwłaszcza w przypadku rymowanych, rytmizowanych wierszy, gdzie tłumacz ma niewielką swobodę ruchu. Zdarzyło mi się pisać do George’a Szirtesa, angielskiego poety węgierskiego pochodzenia, czy w jego wierszu o szpitalu istotna jest płeć chorego, jakiego widzi się w perspektywie korytarza. W oryginale była to kobieta, ale zamiana na mężczyznę rozwiązałaby mi problem rymu bez ponoszenia dotkliwszych strat. Owszem, pozwoliłna podmianę. Sam bym takiej decyzji nie podjął, ze stratą dla tłumaczenia zapewne.

Chętnie się pan angażuje we współpracę nad książkami – jako Maryla Szymiczkowa z Piotrem Tarczyńskim czy Nowy Tajny Detektyw z Barbarą Klicką. Czego od autora wymaga wspólne pisanie?

Zaufania, odpowiedniego doboru partnerów. Z Piotrem to łatwiejsze, bo jesteśmy parą od ponad 13 lat i wiemy, czego się po sobie spodziewać. Basię znam może nawet dłużej, choć oczywiście nie tak blisko, ale kiedy zwracałem się do niej z propozycją wspólnego pisania piosenek na płytę „Tajny”, to wiedziałem, że – jakkolwiek piszemy zupełnie inaczej – mamy jakoś tam podobną wrażliwość. Że w międzywojennych zbrodniach i dramatach będą nas interesowały podobne mechanizmy i procesy społeczne.

W zeszłym roku ukazał się „Krivoklat” oraz „Rozdarta zasłona”, rok wcześniej opublikował pan aż cztery książki. W 2017 r. planuje pan urlop czy już nad czymś pracuje?

Wikipedia podaje cztery, ale jak poskrobać, to znacznie mniej. „Tajemnica domu Helclów” to pół książki, bo drugą połówkę pisał Piotr. „Proteusz” był ukończony dwa lata wcześniej, jego proces wydawniczy się po prostu przeciągnął. „Nowy Tajny Detektyw” wreszcie to niewielki tekst opatrujący – przygotowany z Barbarą – obszerny wybór materiałów archiwalnych. W sumie jedyna cała książka wydana w 2015 r. to „Dziennik roku chrystusowego”. Ale, oczywiście, nad czymś pracuję zawsze. Dopiero co ukazał się mój przekład powieści „Zimowe królestwo” Philipa Larkina. Na początku kwietnia wychodzi nowe, opatrzone przypisami wydanie „Lali”, zbiór ponad 60 opowiadań tytułowej bohaterki, czyli mojej babci Heleny Karpińskiej: „Życie Lali przez nią samą opowiedziane”. W moim wyborze i redakcji. Skończyłem też właśnie pisać cztery krótkie opowiadania dla Muzeum Warszawy do książki, która wkrótce trafi do wszystkich warszawskich maturzystów. I staję w tym dziwnym momencie, pierwszym od wielu lat, kiedy nie mam niczego na warsztacie, nie gonią mnie żadne terminy. Bardzo to ciekawe, jeszcze nie wiem, jak się do tego ustosunkować. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 11/2017
Więcej możesz przeczytać w 11/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także