Operacja – ratowanie twarzy

Operacja – ratowanie twarzy

Operacja – ratowanie twarzy
Operacja – ratowanie twarzy / Źródło: PAP
Cały ubiegły tydzień PiS prowadził akcję niwelowania strat po szczycie w Brukseli. Jak na skalę poniesionej porażki partii rządzącej wyszło to nadspodziewanie dobrze.

Szok polityków PiS spowodowany klęską szczytu w Brukseli minął wraz z sondażami, które pokazały, że partia rządząca ma ciągle wysokie notowania. W Prawie i Sprawiedliwości dominuje dziś przekonanie, że w gruncie rzeczy nic się nie stało. Najnowszy sondaż preferencji partyjnych zrealizowany przez Kantar Public, w którym partia rządząca ma 35 proc. poparcia, a następna w kolejce Platforma Obywatelska – zaledwie 21 proc. a nawet notuje nieznaczny spadek, został przeprowadzony jeszcze przed brukselską porażką naszej dyplomacji. Ale opublikowano go po szczycie i to wystarczyło, żeby uspokoić polityków partii rządzącej, że prezes ma wszystko pod kontrolą. W PiS nie ma dziś rozmowy o tym, że akcja „utrącanie Tuska” przebiegła nie tak, jak się spodziewano, tylko wszyscy czekają, co wymyśli prezes.

Przekuwanie porażki w sukces

Ubiegły tydzień w PiS przebiegał pod hasłem osłabienia brukselskiego kryzysu na krajowym podwórku i był dobrze zaplanowaną i przeprowadzoną operacją. Jarosław Kaczyński powitał z kwiatami premier Beatę Szydło powracającą z Brukseli. Może dla stołecznych komentatorów wyglądało to śmiesznie, ale w Polskę poszedł przekaz, że premier mimo wszystko dobrze się spisała. Gdy opozycja zaczęła krzyczeć o polexicie, czyli możliwości wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej, prezes PiS zwołał konferencję prasową, podczas której zdecydowanie zaprzeczył takiemu scenariuszowi i odpowiadał na wszystkie pytania dziennikarzy: od przebiegu szczytu, po ciąganie Tuska po prokuraturach. Wieczorem w TVP Info pojawiła się Krystyna Pawłowicz, która kiedyś otwarcie powiedziała, że modli się o upadek Unii, a unijną flagę nazwała szmatą.

Tym razem jej przekaz był zupełnie inny. Mówiła, że Polska nie może sobie pozwolić na wyjście z Unii Europejskiej, że na coś takiego stać tylko bogate kraje. Przekonywała, że nasz kraj, wstępując do Unii, zgodził się na bardzo niekorzystne warunki. – Ale jesteśmy tam i powinniśmy zostać – mówiła Pawłowicz. Według naszych rozmówców z PiS, Pawłowicz została celowo wysłana do życzliwej telewizji po to, by pokazać, że nawet osoba tak demonstracyjnie niechętna Wspólnocie nie opowiada się za wyprowadzeniem Polski z Unii, a więc krzyki opozycji nie przystają do rzeczywistych planów PiS. Ukoronowaniem akcji był rajd prezesa PiS po mediach, również tych, które nazywa niemieckimi. Wiadomo, że duże wywiady nie mogą ograniczyć się tylko do szczytu brukselskiego, a więc siłą rzeczy pojawią się inne tematy, które przykryją brukselską porażkę. I tak właśnie się stało. W jednym miejscu prezes rzucił o kłamliwych informacjach na temat katastrofy smoleńskiej, w drugim o tym, że Bartłomiej Misiewicz musi zniknąć z życia publicznego, w trzecim – że Saryusz-Wolski nie powalczył o dobry

Dyskredytowanie opozycji

Drugi element minimalizowania strat po szczycie w Brukseli to uzasadnienie krytycznej oceny Tuska przez polski rząd. Media sprzyjające PiS przypominały przez cały tydzień, że przewodniczący Rady Europejskiej nie odezwał się ani słowem, gdy we Wspólnocie pojawił się uderzający w Polskę pomysł wprowadzenia kar finansowych za nieprzyjmowanie uchodźców, a także wspierał opozycję, gdy ta słała skargi na rząd PiS do instytucji unijnych. W ten sposób akcja rządu, choć nieudana, była przedstawiona jako zasadna.

W tej konkurencji opozycja całkowicie dała się pokonać PiS. Szumnie zapowiadany wniosek o odwołanie rządu z powodu klęski na szczycie z dnia na dzień stawał się coraz mniej atrakcyjny. PiS – zgodnie z założonym planem – wykpiwał akcję, mówiąc, że PO splagiatowała jej własny pomysł, a Grzegorz Schetyna został premierem technicznym, co pasowało Piotrowi Glińskiemu, gdy nawet nie był politykiem, ale już prezesowi największej partii opozycyjnej – niekoniecznie. A gdy wreszcie w piątek wniosek o konstruktywne wotum nieufności został złożony, wywołał dużo mniejsze zainteresowanie niż – z punktu widzenia opozycji – powinien. Wszystko to razem sprawiło, że opozycja, która po sukcesie Donalda Tuska nabrała wiatru w żagle, po tygodniu wyraźnie oklapła. Za to PiS mógł uznać akcję niwelowania strat za udaną.

Prezes wie, co robi

Myliłby się ten, kto by sądził, że nastroje w partii rządzącej po spektakularnej porażce polskiej dyplomacji w Brukseli są minorowe. Politycy PiS są w dosyć komfortowej sytuacji, jeżeli chodzi o brukselską porażkę, bo nie muszą się z niej tłumaczyć swojemu elektoratowi. – Statystyczny poseł PiS jest z małej miejscowości i, tak samo jak jego wyborcy, nienawidzi Donalda Tuska i ślepo wierzy Kaczyńskiemu – opowiada jeden z polityków partii rządzącej. Dlatego relacje z Unią Europejską nie są tematem pierwszoplanowym na spotkaniach z wyborcami, a więc nie spędzają snu z powiek samym parlamentarzystom. A gdyby nawet posłom przeszło przez głowę, że coś jednak poszło w tej Brukseli nie tak, to prędko porzuciliby taką myśl. – Ślepo słuchają prezesa, bo to dzięki niemu są w parlamencie, a dla wielu z nich sprawowanie mandatu posła to awans społeczny. Dlatego tłumaczą sobie, że „prezes wie, co robi”, że ma dalekosiężną strategię. Inaczej sprawy się mają z politykami Polski Razem Jarosława Gowina.

Wicepremier ma podobno żal do Jarosława Kaczyńskiego o złe rozegranie partii z Saryuszem-Wolskim, a szczególnie o to, że Witold Waszczykowski nie został z tego powodu zdymisjonowany. – Gowin najwyraźniej inaczej wyobrażał sobie promowanie Saryusza-Wolskiego przez PiS – mówi nasz rozmówca z kręgów rządowych. – Myślał, że będzie ono obliczone na kilka miesięcy, a nie na kilka dni przed szczytem. Dlatego podczas pamiętnego wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego na sali sejmowej, kiedy opozycja skandowała „Donald Tusk”, a politycy PiS wstali z miejsc i klaskali, skandując „Jarosław”, Gowin nie wstał, a jego brawa były słabe. Ta maleńka demonstracja i tak zadziwiła posłów PiS. Uznano, że wicepremier odcina się od strategii prezesa w sytuacji, gdy wszyscy pracują na uratowanie twarzy partii rządzącej. Poza tym Saryusz-Wolski jako ekspert od polityki unijnej tak czy inaczej jest cennym nabytkiem dla PiS, dlatego nie ma co demonstrować niezadowolenia. Wiadomo, że Polska Razem jest skazana na PiS, niezależnie od tego jak bardzo nie podoba jej się polityka prezesa Kaczyńskiego. Jarosław Gowin nie uczyni więc zapewne nic, co mogłoby zagrozić stabilności rządu Beaty Szydło. Dlatego drobne gesty to dzisiaj wszystko na co może się zdobyć.

Wiceminister spraw zagranicznych Konrad Szymański jako jeden z nielicznych w PiS wie, że ułańska szarża na Tuska nie miała sensu. Ale nie zająknie się na ten temat, bo naraziłby się i prezesowi PiS, i swojemu przełożonemu, czyli Witoldowi Waszczykowskiemu. W PiS jest tajemnicą poliszynela, że szef polskiej dyplomacji i Konrad Szymański odpowiedzialny za współpracę z Unią Europejską darzą się szczerą i ostentacyjną niechęcią. Nawet podczas europejskich wydarzeń starają się nie siadać obok siebie. Według naszych informatorów Witold Waszczykowski miał zamiar zdymisjonować Szymańskiego po szczycie w Brukseli, ale ten pomysł został zduszony w zarodku. Rzecz w tym, że ani szef polskiej dyplomacji, ani Szymański nie mają dobrych notowań u Jarosława Kaczyńskiego i, chociażby z tego powodu, powinni trzymać wspólny front. Tym bardziej że w partii mnożą się spekulacje, jakoby szefostwo dyplomacji, a nawet doradcy ds. zagranicznych, nie natychmiast, ale w niedługim czasie, poniosą konsekwencje brukselskiego błędu i zostaną odsunięci od stanowisk czy ucha prezesa.

Rzymska strategia

W ubiegłym tygodniu w MSZ trwały gorączkowe narady, jak rozegrać najbliższy szczyt w Rzymie, w 60. rocznicę podpisania traktatów rzymskich ustanawiających Wspólnotę Europejską i w jaki sposób sprzedać go, żeby poprawić wizerunek PiS. Ryszard Czarnecki, europoseł PiS, zapewnia, że w Rzymie nic się nie wydarzy, bo będzie to szczyt rocznicowy, poświęcony świętowaniu. Inni politycy nie wykluczają jednak, że na szczycie w Rzymie mogą się pojawić jakieś deklaracje dotyczące przyszłości Unii Europejskiej.– Jarosław Kaczyński szykuje się na drugą batalię w UE. Podczas obchodów rocznicy podpisania traktatów rzymskich rząd PiS razem z mniejszymi krajami chce sprzeciwiać się Unii dwóch prędkości i będzie czekał na ruch Tuska – mówi nasz rozmówca. – Jeśli przewodniczący Rady Europejskiej nie poprze polskiego stanowiska, to PiS będzie miał dowód na to, że Donald Tusk reprezentuje interesy dużych państw.

Bitwa o serca i umysły

Tak czy inaczej są to zagrywki taktyczne. Dalekosiężnej strategii w nich nie widać. I chyba jej nie ma, skoro dobrze poinformowany poseł PiS mówi, że i tak bitwa o serca i umysły Polaków, a także o znaczenie Polski w Unii Europejskiej, rozegra się na płaszczyźnie gospodarczej. Wydawać by się mogło, że jeżeli nasza gospodarka przyspieszy, Polskę będzie stać na realizację zobowiązań socjalnych, bezrobocie będzie spadało, a pensje rosły, to Polacy to docenią i wybiorą PiS na następną kadencję. A i Unia Europejska będzie się musiała liczyć z krajem, który dynamicznie się rozwija. Co do Unii, to można się z tym zgodzić. Ale na krajowym podwórku te rachuby mogą się okazać się płonne, bo z doświadczeń wynika, że polityczne wybory Polaków słabo korespondują ze stanem gospodarki. PO przegrała wybory w 2015 r., mimo że Polska dobrze poradziła sobie w kryzysie i gospodarka właśnie zaczęła przyspieszać. PiS przegrał wybory w 2007 r., mimo świetnej koniunktury i gwałtownego wzrostu płac. SLD był wielkim przegranym w 2005 r., choć gospodarka ruszyła z kopyta po wejściu Polski do Unii Europejskiej w 2004 r. Jak dotąd sukcesy gospodarcze nie przysłaniały błędów politycznych. Dlatego gdy poważni politycy mówią, że stan gospodarki będzie decydował o tym, kto wygra wybory w 2019 r., to brzmi to jak wskazywanie przyszłego winnego. A wicepremier Mateusz Morawiecki pozbawiony w PiS politycznych przyjaciół, za to odpowiadający za przestawienie polskiej gospodarki na szybką ścieżkę wzrostu, co wymaga przecież lat, idealnie nadaje się do roli kozła ofiarnego, gdy swoje zadania zepsują ci, którzy prowadzą nieudane gry polityczne. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 12/2017
Więcej możesz przeczytać w 12/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 1
  • "old fool" IP
    Wedlug polskiej tradycji kleski obchodzimy jako "zwyciestwa".

    Czytaj także