Przestałem się przejmować

Przestałem się przejmować

Przestałem się przejmować
Przestałem się przejmować / Źródło: Krzysztof Wiktor
Nie jest tak, że cały świat obserwuje Polskę i obgryza paznokcie – mówi Tomasz Kot, który dzięki swojej pierwszej produkcji za granicą nie tylko nauczył się angielskiego, ale i zyskał do wielu spraw dystans.

ROZMAWIAŁ Artur Zaborski

Podobno byłeś dobrą duszą „Bikini Blue”. Co cię w tym projekcie uwiodło?

To nie do końca tak, ten film poradziłby sobie równie dobrze beze mnie. Byłem w ogniu decyzji, dyskusji, propozycji, z którego nagle wyrwał mnie telefon od Juliusza Machulskiego [producent filmu – red.]. Od razu powiedział, że miałbym grać po angielsku, co na tamten moment wydało mi się kiepskim pomysłem, bo językowo byłem raczej średni, o czym od razu go poinformowałem. „No to przecież pan się nauczy, bo pan nie takie rzeczy robił” – usłyszałem w odpowiedzi. Spotkanie z reżyserem Jarosławem Marszewskim wyglądało podobnie – emanował z niego spokój, który mnie uwiódł.

Brakuje ci spokoju?

Spokój to jest dla aktora komfort. Świat, który w filmie powołuje reżyser, jest znany na wskroś tylko jemu, łatwo mu się po nim poruszać. Aktorowi już nie, bo musi w niego wejść, powoli, na spokojnie. Jeśli reżyser nie zagwarantuje mu spokoju, to na start ma utrudnione zadanie w zrozumieniu tego świata.

Dobierasz reżyserów charakterologicznie – bierzesz opanowanych, odrzucasz furiatów?

Absolutnie nie dobieram reżyserów, cieszę się bardziej z propozycji, jakie przychodzą, oraz z tego, że w ogóle przychodzą. Przypuszczam, że zanim ktoś do mnie zadzwoni, wcześniej pyta innych, jak się pracuje ze mną, jaki jestem na planie. „Czy ten Kot ma jakieś odchyły? Czy mocno gwiazdorzy?” – założę się, że padają takie pytania. To normalna sprawa.

Wróćmy do filmu. Wyzwanie językowe nie wystraszyło cię.

Wyzwania w ramach zawodu raczej działają mobilizująco, poza tym poczułem prywatną korzyść, bo wiedziałem, że przez adrenalinę i specyficzną sytuację, jaką jest w ogóle film, ten język doszlifuję.

Tak działają na ciebie zalecenia do roli?

Kiedy ludzie pytają mnie, jak to jest, gdy aktor chudnie albo tyje do roli, zawsze odpowiadam porównaniem do kobiety, która zastanawia się, czy wejdzie w tę konkretną sukienkę przed sylwestrem. Wyobraź sobie, co się stanie, kiedy będzie miała świadomość, że bal zostanie uwieczniony na taśmie, którą potem obejrzy ileś tam osób w kinie, a następnie nagranie trafi na nośniki typu DVD i pewnie prędzej czy później wyląduje na YouTubie, gdzie zobaczy je dziesięć razy więcej ludzi. Kiedy do naszej bohaterki dotrą te potencjalne liczby, wtedy pojawi się w niej niezwykła mobilizacja. Miałem tę samą świadomość w kwestii mojego angielskiego. Wiedziałem, że jeśli przyjmę rolę, to w ciągu pół roku doszlifuję język, bo będę zmobilizowany.

Sam się nie potrafisz zmobilizować?

Wielokrotnie sobie obiecywałem, że „teraz” właśnie biorę się za angielski i raczej to nie wychodziło. Zwyczajne życie codzienne, praca, dzieci sprawiają, że mobilizowanie dzieje się jakby przy okazji. Po prostu znam ten rodzaj adrenaliny towarzyszącej przygotowaniom, gdzie panuje zasada „wszystkie ręce na pokład” i gdzie nic nie odbywa się przy okazji, tylko staje się twoją główną pracą.

A co z wyrażaniem się w innym języku? Mówi się, że zmiana języka powoduje zmianę zachowania. Zauważyłeś coś takiego u siebie?

Zdecydowanie. Podobno Javier Bardem swoją pierwszą rolę po angielsku zagrał bez znajomości języka, fonetycznie. I to wystarczyło, żeby czuł się kimś zupełnie innym: miał inną barwę głosu, inaczej gestykulował. Mogę potwierdzić, że tak jest. Moje usta działały zupełnie inaczej niż do tej pory. Miałem dziwne uczucie, jakbym dopiero debiutował w kinie.

Ten sam stres?

Podobny. Kiedy kręciliśmy scenę w barze, w której rozbijam o blat butelkę i wygłaszam monolog, pomyliłem się kilka razy. Te pomyłki były bardzo zabawne, ekipa śmiała się, a ja w tym zdenerwowaniu debiutanta nie potrafiłem nawet za bardzo stwierdzić, w czym i kiedy się pomyliłem.

To chyba jeszcze nie jest powód, żeby mówić o poczuciu ponownego debiutowania.

Doświadczenie z poprzednich planów oczywiście ze mnie nie uleciało, ale wrażenie debiutu też nie chciało mnie opuścić. Dla brytyjskiej ekipy byłem kompletnie anonimowym facetem. Kiedy na planie podszedł do mnie facet, mojego wzrostu, i powiedział basem: „Can you travel down, Sir?”, kompletnie nie wiedziałem, o co mu chodzi. Musiał mi wyjaśnić, że to w slangu filmowców oznacza: „Czy możemy pójść na plan?”. Kamera ta sama, ale dookoła wiele nowych czynników i człowiek próbuje, jak w debiucie, udowodnić swoją przydatność.

I udowodniłeś. Teraz, kiedy wiesz, że możesz grać po angielsku, masz chrapkę na podbój Zachodu?

Do tej pory w ogóle nie myślałem w tym kierunku z powodów głównie językowych, ale teraz też tak nie myślę. To, czego się nauczyłem, uświadomiło mi, jak wiele jeszcze nie umiem. Może gdybym skończył szkołę teraz, pewnie miałbym w głowie co innego. Moje pokolenie, które przyszło na świat pod koniec lat 70., miało jeszcze w podstawówce obowiązkowy rosyjski. Młodsze rodzeństwo już się łapało na niemiecki i angielski, ja nie. Moja najmłodsza siostra załapała się nawet na gimnazjum. Dla mnie i dla wielu ludzi w moim wieku to była jakaś czarna magia. Jeśli na to spojrzeć z perspektywy układu społecznego, to ma się wrażenie, że oni żyli w innym niż my kraju, a to przecież tylko kilka lat różnicy. My byliśmy pokoleniem przejściowym, doświadczaliśmy dwóch różnych rzeczywistości społecznych. Może dlatego trzecia rzeczywistość wydaje mi się misją niemożliwą.

Żałujesz, że nie urodziłeś się trochę później?

Narodziny to narodziny, nie mamy na to wpływu, mamy za to wpływ na to, co jest nam dane, więc dlaczego mam żałować? Wychodzę z założenia, że to, co mam teraz, jest najlepszym, co mogło mnie spotkać. Działam i nie żałuję.

O twoim pokoleniu mówi się, że jest ostatnim, które czuje satysfakcję, bo na wszystko musiało ciężko pracować.

Nie wiem, czy tak jest, chyba każde pokolenie musi ciężko pracować, zmieniają się tylko warunki i okoliczności. Charakterystyczne podczas moich studiów było to, że kiedy byłem na drugim roku, masowo zaczynały wchodzić w życie komórki. Kiedy z kolei kończyłem studia, przychodzili na nie ludzie od dawna już w telefony zaopatrzeni. Oni byli już innymi ludźmi, zupełnie inaczej ukształtowanymi. Jeżeli spotykam ciut starszą osobę od siebie, to słyszę – z takim często pokpiwaniem – że ja to nawet stanu wojennego nie pamiętam. No OK, ale pamiętam komunę nie tylko z kartek, ale przede wszystkim jako taką dziwną figurę, w której musieliśmy żyć. Pamiętam też przemiany, które nas dopadły akurat w okresie dojrzewania. Bardzo trudno jest to opisać, że przez pierwsze, powiedzmy, 13 lat żyłem w przeświadczeniu, że już na zawsze będę żył w komunistycznym kraju. A chwilę później okazuje się, że już to „na zawsze” jest nieaktualne i bardzo łatwo możesz pojechać na studia do Wielkiej Brytanii. Rzeczywistość nieustannie się zmienia.

Po doświadczeniu pracy w Wielkiej Brytanii możesz powiedzieć, że jesteś zadowolony z rzeczywistości twojego kraju dziś?

Po „Bikini Blue” jeszcze bardziej doceniam fakt, że mieszkam w Polsce i poruszam się w języku polskim. Mój zawód jest z nim nierozerwalnie związany. A obecna rzeczywistość? Każdy kraj ma jakieś swoje problemy. Nie jest przecież tak, że tylko my z nimi musimy sobie radzić, tutaj nad Wisłą. Jak ktoś próbował opowiedzieć o naszej sytuacji brytyjskim kolegom, to napotykał zazwyczaj na kwitowanie tekstem: „Macie polityków i oni się kłócą? Aha, OK”. Oni żyli brexitem. Naprawdę, nie jest tak, jak czytam niekiedy w relacjach, że cały świat obserwuje Polskę i obgryza paznokcie. Moje spostrzeżenie jest takie, że Brytyjczycy są w ogóle mniej zaangażowani w sprawy polityczne niż my. Tam mniej się o nich dyskutuje.

A u nas chętnie angażują się w nie także aktorzy.

Uważam, że nie powinniśmy tego robić, tylko być poza tym wszystkim. Co jakiś czas powstają tak piękne filmy jak „Bogowie” Łukasza Palkowskiego i byłoby naprawdę fatalnie, gdyby wyborcy jednej albo drugiej opcji politycznej bojkotowali ten film z powodu politycznych sympatii aktorów czy reżysera.

„Bogów” faktycznie byłoby żal. Co twoim zdaniem zadecydowało o takim sukcesie tego filmu?

Świetny tekst i sprawa, o którą walczył Zbigniew Religa, a także pewny siebie reżyser, ogarniający dosłownie wszystko producent i ekipa. Tam po prostu wszyscy byli w swoją pracę skrajnie zaangażowani, doszło do jakiejś fantastycznej fuzji.

Po tej roli twoje życie się zmieniło?

Przestałem się przejmować tym, co na swój temat mogę przeczytać w prasie i internecie.

Co ma jedno wspólnego z drugim?

Kiedy po premierze „Bogów” ktoś odpowiedzialny za promocję pokazał mi takie prasowe podsumowanie, że pojawiło się sto kilkadziesiąt artykułów na ten temat, to pomyślałem sobie: „Ja pierdzielę, nie dam rady tego nawet przejrzeć, a co dopiero przeczytać!”.

Wcześniej czytałeś wszystko?

Wszystkiego na pewno nie, ale co jakiś czas przed twoje oczy trafia artykuł albo jakiś komentarz i czasami człowiek może się naprawdę zdziwić, co wyprawiają dziennikarze.

Co jeszcze się zmieniło?

Zrozumiałem, że nie da się żyć dobrze ze wszystkimi. Po premierze filmu diametralnie zwiększyła się liczba osób, która ode mnie coś chce. Staram się zawsze na te potrzeby reagować, ale często jest tak, że ktoś wymyślasobie akcję w swojej głowie i opiera ją na mnie. Wystarczy jedno moje małe „nie”, żeby ten ktoś zaczął się obrażać.

Z odrzucaniem ról jest podobnie?

Tak, kiedy mówię „nie”, bo nie ma szans, żebym znalazł czas, pojawiają się podejrzenia, że może nie do końca o czas chodzi, bo ten przecież musiałby się znaleźć.

A jak porównujesz Tomka Kota po „Bogach” z Tomkiem Kotem debiutantem w „Skazanym na bluesa”......to okazuje się, że to są dwie zupełnie inne osoby. Przy „Skazanym…” były tysiące pytań. Wtedy nic nie wiedziałem o planie filmowym. Nie rozumiałem, dlaczego nie mogę gdzieś podejść 20 cm dalej, a w innym miejscu muszę koniecznie spojrzeć w lewo tylko trochę, ponieważ jak spojrzę trochę bardziej, to nie wyjdzie. Wielokrotnie zadawałem sobie wtedy pytanie, co ja tu robię. Jedno się nie zmieniło: dalej uważam, że każdy dzień to jest nowe, cenne doświadczenie – codziennie inna przygoda, inna rozmowa i inna trajektoria humoru, smutku albo czyjejś frustracji. W zasadzie mało to możliwe, żeby ta praca stała się nużąca. Małe rzeczy, małe doświadczenia też potrafią na ciebie wpływać?

Różne rzeczy wpływają. Grałem kilka ostatnich lat przedstawienie „Jak zostać sexguru”, pracował z nami Michał, chłopak, z którym się bardzo polubiłem. On po spektaklubrał mój kostium i pakował do samochodu. Było mi z tym jakoś głupio i pomyślałem, że sam sobie te ubrania poskładam i schowam. I to mi zostało. Teraz mam tak, że w momencie, kiedy złożę kostium i go odłożę, czuję, że zakończyłem dzień pracy i mogę już odparować – wrócić do domu i bawić się z dziećmi.

Wcześniej trudno ci było wyjść z pracy?

Nie o to chodzi, bardzo szanuję fakt, że ta praca jest. Kiedy studiowałem w Krakowie, nie zakładałem nawet, że będę grał przed kamerą.

Dlaczego?

Chyba jakoś się tak przyjęło wtedy, w latach 90., że grają w filmie i serialu ci z Warszawy, a my w Krakowie idziemy do teatru. Więc kiedy pojawiła się taka możliwość, to ja byłem tego grania spragniony. Zależało mi, żeby brać kolejne propozycje, wycisnąć jak najwięcej.

Szybko wsiąkłeś w Warszawę czy tęskniłeś za Krakowem?

Kraków na mojej drodze życiowej doszedł do swojej puenty. Nie tęskniłem i nie tęsknię, rzadko tam bywam. Zatopiony byłem w Krakowie, tak dziś na to patrzę. Bardzo sobie cenię Warszawę. Poczułem oddech. Nie ma w stolicy takiej centralizacji jak w Krakowie, gdzie jest Rynek i Kazimierz. Tutaj jest kilka Warszaw w jednej. A w nich ta moja. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 16/2017
Więcej możesz przeczytać w 16/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0