Słuchajcie, liderem jest on

Słuchajcie, liderem jest on

Poseł Joanna Augustynowska
Poseł Joanna Augustynowska / Źródło: Newspix.pl / PIOTR TWARDYSKO
W Nowoczesnej nikogo nie interesowało moje zdanie i sprawy, którymi się zajmowałam. Ciągle słyszałam, że są zbędne. A w Platformie są potrzebne – mówi Joanna Augustynowska, była posłanka Nowoczesnej, obecnie w PO.

Dlaczego pani odeszła z Nowoczesnej? Co się skończyło?

W Nowoczesnej moje wyobrażenia o polityce zasadniczo rozminęły się z rzeczywistością. Chciałam naprawiać Polskę, ale tematy, którymi się w partii zajmowałam – polityka społeczna i senioralna– nikogo tam nie obchodziły. Sądziłam, że nasza partia będzie grupą ludzi, którzy chcą coś zmienić. Zmienić na lepsze. Tak funkcjonowała na początku, gdy tworzyliśmy struktury i robiliśmy kampanię, nie mając pieniędzy. Tymczasem w Sejmie okazało się, że arogancja, nietraktowanie posłów po partnersku w klubie Nowoczesnej jest na porządku dziennym. Najlepszym przykładem jest sposób, w jaki pozbyto się mnie z partii: dostałam SMS z pytaniem, czy prawdziwe są medialne spekulacje o moim odejściu z Nowoczesnej. Nie odpowiedziałam na niego, bo miałam wyjątkowo dynamiczny dzień. To wystarczyło, żeby zawiesić mnie w prawach członka.

Nikogo nie zawiesza się w partii z powodu nieodbierania telefonu. Coś musiało się zdarzyć wcześniej. Spekulacje o możliwym odejściu z partii pani i trójki kolejnych posłów też nie wzięły się znikąd.

Tak naprawdę to nie wiem, za co zostałam zawieszona, bo nikt ze mną na ten temat nie miał czasu porozmawiać. Ale faktycznie, głośno wyrażałam swoje wątpliwości co do skuteczności działania łania naszej partii. Nieustannie namawiałam do aktywności, bo byłam przekonana, że jeżeli czegoś nie zrobimy, to rozsypią się nam struktury. We Wrocławiu wielu ludzi, z którymi zakładałam Nowoczesną, już odeszło. Dostrzegli wcześniej, że w partii źle się dzieje. Próbowałam to zmienić, dlatego wyraźnie, może zbytmocno, zabierałam głos.

Dlaczego źle się działo?

Nowoczesna nie ma struktur ani szerszej wizji działania. Skupia się tylko na bieżącej, codziennej polityce. A to zdecydowanie za mało. Na ostatniej radzie krajowej dużo rozmawialiśmy o tym, że jesteśmy coraz bardziej pogubieni na scenie politycznej. Że trzeba zmienić statut partii, by usprawnić jej działanie i iść do przodu, aby odsunąć PiS od władzy.

Stosunkowo niedawno mieliście kongres, a na nim przyjęliście podobno fantastyczny program. Więc o co chodzi? To była tylko fasada?

Przygotowywałam część dotyczącą polityki społecznej i senioralnej. Miałam żal, że nie pozwolono mi jej zaprezentować na kongresie, bo – jak mówił Ryszard Petru – polityka społeczna jest nieważna. A potem z mediów dowiedziałam się, że cały program przygotowali Katarzyna Lubnauer i Paweł Rabiej. Taką informację wysłali do dziennikarzy…

Czy ktoś wyjaśnił, dlaczego nie została pani podpisana jako współautorka programu?

Tak. Kasia Lubnauer powiedziała: „Wiesz, tak mi się chlapnęło. Potem porozmawiamy, bo jestem w biegu”. Do tego „potem” nigdy nie doszło. Takich drobnych spraw było mnóstwo. Gdy marszałek Sejmu Marek Kuchciński odwołał parlament seniorów, byłam wzburzona. Poszłam do klubu i mówię: „Słuchajcie, trzeba zorganizować konferencję prasową. Powiedzmy, że się nie godzimy na to, żeby wyrzucać seniorów z Sejmu”. Usłyszałam: „Nie, to się nie przebije”. Gdy dostałam SMS o zawieszeniu w partii, całą noc nie spałam i zastanawiałam się, co takiego zrobiłam tym ludziom, że mnie tak potraktowali.

Jeżeli polityka społeczna nie interesowała Ryszarda Petru, to co go interesowało? Sprawy ustrojowe, gospodarcze?

Praca w Sejmie raczej go nie interesuje. Myślę, że nawet nie przeczytał regulaminu Sejmu. Jeżeli pojawiał się na jakichś debatach, to tylko po to, żeby się pokazać mediom. W styczniu tego roku organizowałam konsultacje na temat spraw emerytalnych. Zaprosiłam wielu znanych gości. Ryszard do mnie zadzwonił i mówi: „Joanna, będą wszyscy, to może wpadnę!”. Właściwie to nie wiem, dlaczego on zajmuje się polityką. Tym bardziej że kompletnie nie potrafi rozmawiać ze współpracownikami i budować kompromisów.

Jak to?

Trudno mu było nawiązać z nami kontakt. Ryszard często siadał, rozpoczynał rozmowę, ale cały czas zerkał na zegarek, nie słuchając, co się do niego mówi. Kiedyś zaczęłam do niego mówić o sprawach partyjnych, a potem… zorientowałam się, że on po prostu od dłuższego czasu już mnie nie słuchał. Na spotkaniach partyjnych w terenie oczekiwał od nas tylko poklasku. Gdy chcieliśmy z nim porozmawiać o ważnych sprawach, kierunkach rozwoju Nowoczesnej, mówił, że jest zmęczony i że musi mieć trochę przestrzeni dla siebie.

Jak w takim razie podejmowaliście decyzje?

Nie podejmowaliśmy decyzji. Ryszard komunikował nam, że będzie tak i tak. Wybory na przewodniczącego partii i klubu wyglądały tak, że Ryszard powiedział: „Słuchajcie, liderem będę ja, OK?”. Ta jego arogancja była do pewnego momentu zabawna. Zresztą na początku byliśmy nim naprawdę zafascynowani, dlatego nie oponowaliśmy. Dużo mówił o ekonomii, zarażał nas swoją energią. Ale czasu dla nas nie miał.

W jaki sposób to się przejawiało?

Pamiętam, jak w Sejmie rozgrywała się sprawa zmian w Trybunale Konstytucyjnym. My wszyscy byliśmy świeżo upieczonymi posłami, nie znaliśmy Sejmu, wyszliśmy do kuluarów i zastanawialiśmy się, co robić. Kamila Gasiuk-Pihowicz wymyśliła, że skontaktuje się z ekspertami, żeby się dowiedzieć o konsekwencje zmian w trybunale, ale potrzebowała na to czasu, a debata była w toku. Wpadliśmy więc na pomysł, że po kolei będziemy się zgłaszać do zadawania pytań. Dzięki temu ona zyskała 28 minut na konsultacje z konstytucjonalistami. Ryszard był nieobecny, w ogóle nie brał w tym udziału.

To jaka jest jego strategia?

(śmiech) Dobre pytanie. Ja jej nie znam. Nigdy nie rozmawialiśmy o planach, terminach, o realizacji. Wszyscy wiedzą, że Ryszard czasami coś chlapnie, gdy np. przyciśnie go dziennikarz. I te chlapnięcia wyznaczały nasze działania. Przykładowo „powiedziało mu się” w mediach, że kandydata na prezydenta Wrocławia wyłonimy w prawyborach. A potem to my dostaliśmy zadanie, aby te prawybory zorganizować i to tak, żeby wygrała określona osoba. Po prostu ręce opadają.

Przecież wzięliście udział w grudniowym proteście okupacyjnym w Sejmie. Musieliście to przedyskutować, ustalić strategię.

Wszystko odbyło się spontanicznie! Powiedzieliśmy Ryszardowi, że powinien stanąć przy mównicy, żeby bronić swoich posłów. On w ogóle nie czuje takich wydarzeń. Przed świętami odbyliśmy burzliwą naradę. Część ludzi przekonywała, że musimy koniecznie zostać w Sejmie. Druga grupa, w tym ja, mówiła, że jeżeli rozpoczynamy protest okupacyjny, to musimy wiedzieć, kiedy i na jakich warunkach go skończyć. Zostaliśmy zakrzyczani, że „coś się wymyśli”.

Wiedziała pani o wyprawie lidera na Maderę podczas protestu w Sejmie?

Dowiedziałam się z gazet i byłam wściekła. Sama zostawiłam małe dzieci w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia i zaraz po Nowym Roku, żeby jechać do Sejmu na dyżur, a w tym czasie lider wyskoczył sobie na Maderę. Poprosiłam wtedy, żeby mnie wykreślono z kolejnych dyżurów i żeby do mnie nie dzwoniono.

Czy mieliście świadomość, że dla wizerunku partii ta wyprawa będzie ogromnym obciążeniem?

Oczywiście, to mocno podcięło nam skrzydła. Tylko Ryszard zachowywał się, jakby tego nie rozumiał. Nie chciał o tym rozmawiać.

Powiedziała pani, że Nowoczesna nie ma struktur terenowych.

Nie ma. We Wrocławiu są to struktury dawnej Platformy, które znalazły się pod skrzydłami Petru, ze wszystkimi ich wadami – nepotyzmem, wycinaniem przeciwników, obstawianiem urzędów. Nowoczesna przyjęła posła, który odegrał niechlubną rolę podczas kongresu wojewódzkiego PO w Karpaczu, kiedy to „handlowano” stanowiskami w zamian za głosy przeciwko Grzegorzowi Schetynie. A wraz z nim Nowoczesna dostała w pakiecie sześciu byłych radnych Platformy, koalicję z Rafałem Dutkiewiczem i stanowisko wiceprezydenta Wrocławia. Na takie wartości się absolutnie nie zgadzam.

Michał Jaros, bo – jak rozumiemy – o nim pani mówi, jest w Nowoczesnej od roku, a pani przez ten czas jakoś nie rozdzierała z tego powodu szat.

Ryszard podjął decyzję o przyjęciu Jarosa, nie pytając o zdanie struktur, tylko nam to zakomunikował. Mówiłam mu, że to nie będzie już Nowoczesna, a on tłumaczył, że musi robić transfery posłów, bo mamy ich za mało. Ale nie ukrywał też, że jego wrogiem jest Grzegorz Schetyna i że chciał mu dać prztyczka w nos.

Media rozpisywały się o konfliktach targających Nowoczesną. Kiedy to się zaczęło?

Paradoksalnie w momencie, gdy mieliśmy najwyższe notowania. Wtedy usłyszeliśmy, że sukces Nowoczesnej jest udziałem wąskiego grona: Joanny Schmidt, Joanny Scheuring-Wielgus, Kaśki Lubnauer i oczywiście Ryszarda. To oni byli gwiazdami, brylowali w mediach, a reszta miała tylko tuszować wpadki Petru. Wtedy zaczęły się pierwsze konflikty. A dobiła nas informacja, że nie mamy szans na finansowanie z budżetu. Jak długo można prosić ludzi, by w ramach przysługi zrobili nam ekspertyzy? To było dobre w kampanii, ale nie po półtora roku pracy w Sejmie. A od początku tego roku zaczęły się rozmowy o zmianie lidera partii.

Na kogo można wymienić Ryszarda Petru?

Kamila Gasiuk-Pihowicz zasłużyła sobie pracowitością na to stanowisko, ale czy byłaby dobrym liderem, tego nie wiem.

Czy pani zdaniem będą kolejne odejścia z Nowoczesnej?

Wiem, że kilka osób rozważa odejście. A wielu po tych doświadczeniach w ogóle zraziło się do polityki. Dzisiaj w szeregach Nowoczesnej często można usłyszeć, że wejście do Sejmu było błędem, że nie tak sobie to wyobrażali, to jest ich ostatnia kadencja i nigdy więcej się nie zaangażują w politykę.

Czy osobiście nie czuje pani dyskomfortu, że przeszła do PO? Przecież Nowoczesna powstała w opozycji do tej partii.

Tak tego nie postrzegam. Po pierwsze głównym politycznym przeciwnikiem Nowoczesnej powinien być nieustannie szkodzący Polsce PiS. Po drugie wszyscy, z którymi politycznie się nie zgadzałam w Platformie we Wrocławiu, są teraz w Nowoczesnej. Dzisiaj często słyszę od mieszkańców Wrocławia głosy wsparcia, że trzymają za mnie kciuki. W Nowoczesnej nikogo nie interesowało moje zdanie i sprawy, którymi się zajmowałam. Ciągle słyszałam, że są zbędne. A w Platformie są potrzebne.

U sąsiada trawa zawsze jest zieleńsza. W Nowoczesnej miała pani swobodę, a w PO każdy zna swoje miejsce w szeregu.

Mam tę świadomość, ale co miałam robić? W Nowoczesnej nie było dla mnie miejsca. Mogłam być posłanką niezrzeszoną, ale to jest kiepska perspektywa i słaba skuteczność w politycznej walce o normalność w Polsce. A spośród innych partii obecnych w Sejmie do Platformy było mi najbliżej. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 17/2017
Więcej możesz przeczytać w 17/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także