Gra o tron

Gra o tron

Donald Tusk
Donald Tusk / Źródło: Newspix.pl / EXPA/ Sportida/ Vid Ponikvar
Współpracownicy Donalda Tuska twierdzą, że w 2020 r. były szef PO gotów jest stanąć do wyścigu prezydenckiego. Ten plan mogą jednak pogrzebać Andrzej Duda i… Grzegorz Schetyna.

3MAJ-my się Konstytucji!« – napisał na swoim Twitterze Donald Tusk w dniu narodowego święta. Dokładnie w dniu, w którym prezydent Andrzej Duda zapowiedział rozpisanie referendum w sprawie zmian w ustawie zasadniczej. Kilka dni wcześniej sondaże pokazały, że w hipotetycznych wyborach prezydenckich Tusk wygrywa z obecną głową państwa. Zdaniem dużej części komentatorów pomysł prezydenta w sprawie zmiany konstytucji to próba przejęcia inicjatywy i wzmocnienia swojej pozycji w kontekście ubiegania się o kolejną kadencję. – Zaproponowane przez prezydenta referendum to kosztowna próba sprawdzenia swojego poparcia wśród obywateli. I próba odwrócenia uwagi od spadającego poparcia – ocenia Kamila Gasiuk-Pihowicz, posłanka Nowoczesnej. Czy ma to związek z obawą przed rosnącą pozycją Tuska? Bliski współpracownik byłego lidera PO: – Od dnia, w którym były lider Platformy wyjechał do Brukseli, codziennie przegląda polską prasę. Nie przestał interesować się polską polityką nawet na chwilę. Teraz dodatkowo został przez PiS zmuszony, by mimo sprawowanej przez siebie europejskiej funkcji angażować się w sprawy polskie – opowiada nasz rozmówca. Kontakt z krajem utrzymuje także dosłownie. Stara się na przykład co weekend odwiedzać Sopot. – Pamiętam, jak w któryś piątek leciał Wizz Airem do Polski i grupa młodych chłopaków, która siedziała za nim, zaczęła na niego spoglądać ze zdziwieniem, że jak zwykły człowiek leci z nimi tanimi liniami. Potem pasażerowie na tej trasie byli już przyzwyczajeni, że im towarzyszy – opowiada brukselski polityk. Czy to już prezydencka kampania wyborcza? – Tusk jeszcze na sto procent nie wie, czy będzie kandydował na prezydenta, choć się ku temu rozwiązaniu wyraźnie skłania. Czeka, aż tłum i część elit go o to poproszą – mówi nieco ironicznie jeden ze współpracowników Tuska.

Triumfalizm na wyrost

Ale to ironia nie bez pokrycia. Wystarczy przypomnieć, jak 19 kwietnia, przed niedawnym przesłuchaniem w warszawskiej prokuraturze, na peronie Dworca Centralnego witała go manifestacja zorganizowana pod hasłem: „Okażmy wsparcie Donaldowi Tuskowi”. Podobno szef Rady Europejskiej był bardzo zadowolony z tego wydarzenia. Potem zresztą komentował na Twitterze: „Drzewo zetną, bażanta zastrzelą, ale Was nie zmogą. Dzięki za Wasze »Sto lat«. Najpiękniejsze, jakie w życiu słyszałem”. Jeśli do tego dodać rosnące sondaże Platformy, to trudno się dziwić, że w PO zapanowały ostatnio nastroje triumfalistyczne. Sęk w tym, że partia zaczęła zyskiwać w sondażach nie dzięki Schetynie czy Tuskowi, ale wskutek błędów PiS i Nowoczesnej. Przyczyny obecnej popularności są więc w dużej mierze niezależne od strategii Grzegorza Schetyny. A to oznacza, że ewentualnie na utrzymanie tych notowań też Platforma nie będzie miała wielkiego wpływu. Jeżeli Schetyna jest dobrym strategiem, to da sobie z tym radę. Jednak plotka głosi, że stanowisko przewodniczącego powoli zmienia jego charakter. Kilkanaście dni temu wyprosił dziennikarzy ze spotkania polityków PO z mieszkańcami Rzeszowa, co w przypadku partii opozycyjnej jest posunięciem zaskakującym. Poza tym – jak twierdzą nasi informatorzy – pozbył się ze swojego otoczenia wiernych współpracowników: Andrzeja Halickiego i Rafała Grupińskiego. Podobno byli zbyt szczerzy, a więc krytyczni – sugeruje nasz rozmówca z PO.

Strategia Schetyny

W styczniu, po niezbyt udanym proteście opozycji w parlamencie, wydawało się, że główna partia opozycyjna długo się nie otrząśnie z prestiżowej porażki. A jednak wystarczyło kilka potknięć PiS i Nowoczesnej, by poparcie PO wystrzeliło do góry. Teraz Grzegorz Schetyna zamierza ciągle atakować PiS, żeby odbierać mu centrowych wyborców i spychać tę partię do narożnika żelaznego elektoratu, liczącego – według ekspertów PO – najwyżej jakieś 23 proc. W ramach tej strategii lider PO napadł ostatnio na polityków PiS za głosowanie w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy przeciwko rezolucji dotyczącej monitorowania instytucji w Turcji. Nie tylko oburzał się na samą decyzję (co akurat jest słuszne), ale też wytoczył najcięższe działa, przypisując działaczom PiS złe intencje. Twierdził, że tak naprawdę nie chodziło im bynajmniej o to, by nie zadrażniać stosunków z Turcją, lecz o to, że Polsce też grozi monitorowanie instytucji demokratycznych.

A więc PiS broni Turcji po to, żeby Turcja w przyszłości broniła Polski. Strategia ataku na partię rządzącą musi być jednak realizowana ostrożnie. Wystarczy sięgnąć do niedawnej przeszłości, gdy to PiS był w opozycji i bezpardonowo atakował PO. Taka taktyka właściwie nic partii Jarosława Kaczyńskiego nie dawała, a jedynie jednoczyła elektorat Platformy i mobilizowała go do uczestnictwa w wyborach.

Błędy Nowoczesnej

Politycy PO dobrze wiedzą, że obecną hossę sondażową zawdzięczają w ogromnym stopniu błędom Nowoczesnej. To do tej partii w 2015 r. przeszła część wyborców, która uznała, iż głosowanie na Platformę jest obciachem. A teraz, gdy Ryszard Petru okazał się jeszcze większym obciachem, powrócili do PO. – Kosztem Nowoczesnej zyskaliśmy nawet 10 pkt proc. w sondażach – mówi polityk PO. Ale Nowoczesna nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa i na pewno nie odda swojego elektoratu bez walki. Dlatego bardzo ważne jest, jak Platforma będzie się zachowywała wobec konkurencyjnej partii. – W jednej z ostatnich rozmów Janusz Lewandowski stwierdził, że nie możemy do końca dorzynać watahy w Nowoczesnej – mówi nasz rozmówca. – Najkorzystniejsze byłoby, gdyby partia Petru utrzymała ok. 5 proc. poparcia. Nie będzie miała wtedy pewności samodzielnego wejścia do parlamentu, dzięki czemu my będziemy mogli powtórzyć wariant PiS, czyli zawiązać z nimi koalicję przedwyborczą i łaskawie wpuścić na nasze listy. Zgarniemy ich elektorat i premię za jedność. PiS taka zagrywka dała bezwzględną większość głosów, a więc jest to pomysł wart rozważenia. W PO przekonanie o końcu Nowoczesnej jest bardzo popularne. – Oni nie budowali struktur, więc są nieprzygotowani na wybory – mówi Stanisław Gawłowski, sekretarz generalny partii.

Złość „Gazety Wyborczej”

Nie ma wątpliwości, że dzięki dobrym sondażom, pokonaniu wewnętrznych przeciwników i słabości innych partii Schetyna przestał być jedynie politykiem aspirującym do roli lidera opozycji, tylko się nim naprawdę stał. – Historia powie mu jednak „sprawdzam” – mówi jeden z naszych rozmówców. – Żeby wygrać przyszłoroczne wybory, będzie musiał zbudować szeroki obóz polityczny, zagospodarowując m.in. lewicę. Ale tu na przeszkodzie staną mu sprawy światopoglądowe. I to faktycznie może być problem, bo lewica obchodzi Platformę szerokim łukiem. Młode ruchy lewicowe – Razem i Inicjatywa Polska – nie wyobrażają sobie współpracy z PO. Z kolei o tym, że wielu politykom PO nie po drodze z lewicą, świadczy niedawne głosowanie w Sejmie kontrowersyjnej uchwały na 100-lecie objawień fatimskich. PO nie wzięła w nim udziału. Poseł Wojciech Król z PO twierdził co prawda, że to z szacunku dla osób wierzących i niewierzących, ale zostało to odebrane jako zwykłe tchórzostwo. Z powodów światopoglądowych PO bywa krytykowana przez „Gazetę Wyborczą”, która jest tym samym dla Platformy co media ojca Rydzyka dla PiS – może zachęcić albo zniechęcić lewicowo-liberalnych wyborców do głosowania na PO. Nie tak dawno na łamach „GW” Platformę ostro skrytykował Jacek Żakowski. Poszło o wybranie Andrzeja Rzońcy, ucznia Leszka Balcerowicza, na gospodarczego eksperta partii. „Gdybym musiał wybierać tylko między dzisiejszym PiS a programem Rzońcy, jakiego znamy od lat, to wybrałbym PiS” – stwierdził publicysta „GW”. I dodał: „Aby prześcignąć PiS, Schetyna chce teraz połknąć Nowoczesną. To jest racjonalne. Ale nie za cenę [...] powrotu do neoliberalnego populizmu skompromitowanego przez kryzys i łamiącego konstytucyjne zasady społecznej gospodarki rynkowej”. Dla Schetyny to musiało być jak kubeł zimnej wody. – Bez poparcia „Gazety Wyborczej” PO nie wygra wyborów w 2019 r. – mówi jeden z naszych rozmówców.

TUSK BEZ BIAŁEGO KONIA

PR-owcy PO skrzętnie omijają rolę Donalda Tuska w nagłym skoku poparcia. Ale w partii ma on swoich zagorzałych zwolenników. Liczą oni, że dzięki szefowi Rady Europejskiej partia znów wygra wybory parlamentarne. W tym gronie są głównie politycy, którzy ugrupowaniu jeszcze kilka miesięcy temu upatrywali lidera w Ewie Kopacz, ale z nadzieją czekają na powrót Donalda Tuska do kraju. Wśród nich, oprócz byłej premier, są Sławomir Nitras, Cezary Tomczyk, Agnieszka Pomaska i Cezary Grabarczyk. Po swojej stronie Tusk ma też europarlamentarzystów, takich jak Janusz Lewandowski, Jarosław Wałęsa, Bogdan Zdrojewski czy Tadeusz Zwiefka. I to właśnie oni są jego łącznikami z krajowymi politykami PO. I to im szef Rady Europejskiej przekazuje, co myśli na temat sytuacji politycznej w Polsce. Ale nie tylko w Platformie Obywatelskiej są politycy, którzy są sojusznikami Tuska. Europejscy Demokraci, czyli członkowie koła poselskiego złożonego z Michała Kamińskiego, Stefana Niesiołowskiego, Stanisława Huskowskiego i Jacka Protasiewicza, po tym, jak zostali wykluczeni z Platformy przez Schetynę, liczą na Tuska. Tylko w nim upatrują swe szanse na powrót do PO. Czy szef Rady Europejskiej będzie w stanie spełnić wszystkie te oczekiwania? Współpracownicy z Brukseli twierdzą, że gotów jest stanąć do wyścigu prezydenckiego. Tym bardziej, że choć Grzegorz Schetyna nie witał Donalda Tuska na dworcu w Warszawie, to wobec euforii, z jaką był przyjęty były premier, obecny lider PO nie ośmieli się wskazać kogoś innego na kandydata na prezydenta. Rzecz w tym, że taki człowiek jak Tusk, który w polityce wszedł na bardzo wysoki poziom, zdobył stanowisko, którego żaden Polak przed nim nie pełnił, zdecyduje się na start w wyborach tylko wówczas, gdy będzie miał gwarancję wygranej. No bo czy szef Rady Europejskiej, ulubieniec Angeli Merkel i pieszczoch europejskich salonów, może sobie pozwolić na przegraną w wyborachprezydenckich? I to z Andrzejem Dudą? Dodajmy, że byłaby to kolejna przegrana w tym wyścigu, po wyborach w 2005 r. Dla Tuska przegrana byłby nie tylko potężnym ciosem, ale też przekreśleniem jego osiągnięć na arenie międzynarodowej. Jak bardzo politycy tkwią w okowach takiego myślenia, widzieliśmy na przykładzie prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Po 10 latach prezydentury były lider SLD, zwany w przeszłości mesjaszem lewicy, nie był w stanie zaangażować się na poważnie w żaden lewicowy projekt polityczny w obawie przed roztrwonieniem swojego kapitału politycznego. Nie można zapominać, że wybory głowy państwa odbędą się pół roku po wyborach parlamentarnych. Jeżeli Grzegorzowi Schetynie nie uda się ich wygrać z PiS, Tusk zapewne w ogóle nie weźmie udziału w wyścigu prezydenckim. Z tego prostego powodu, że na fali wygranych wyborów parlamentarnych i bez wątpienia złożonych przez PiS kolejnych obietnic wyborczych (a partia Jarosława Kaczyńskiego udowodniła, że swoje obietnice realizuje) wzrosną gwałtownie szanse na wygraną Andrzeja Dudy, popieranego przez Prawo i Sprawiedliwość. A na hazard wyborczy szef Rady Europejskiej na pewno się nie zdecyduje. Sondaże dające Tuskowi zwycięstwo w wirtualnych wyborach nie mają na razie zatem wielkiego znaczenia. Pewne jest też, że Tusk nie uratuje PO, jeżeli ta nie uratuje się sama. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 19/2017
Więcej możesz przeczytać w 19/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także