Francuska dżuma albo cholera

Francuska dżuma albo cholera

Kandydaci w II turze wyborów prezydenckich we Francji: Marine Le Pen i Emmanuel Macron
Kandydaci w II turze wyborów prezydenckich we Francji: Marine Le Pen i Emmanuel Macron / Źródło: Newspix.pl / ABACA
Z punktu widzenia Warszawy rywale we francuskich wyborach prezydenckich to fatalni kandydaci. Marine Le Pen za bardzo kocha Władimira Putina, a Emmanuel Macron najchętniej wyrzuciłby Polskę z UE.

Podobno papier zniesie wszystko. Z coraz szybszym tempem wydarzeń politycznych słowo drukowane radzi sobie jednak nie najlepiej. Komplikuje to nieco pisanie o wynikach wyborów, które odbywają się między wysłaniem „Wprost” do drukarni a pojawieniem się nowego wydania w kioskach. Na szczęście w przypadku francuskich wyborów prezydenckich nie jest to jednak aż tak wielki problem. Szczególnie jeśli historycznej rywalizacji Marine Le Pen z Emmanuelem Macronem przyjrzymy się z polskiej perspektywy. Okazuje się bowiem, że ich wynik dla polskiego rządu może mieć jednakowo fatalne skutki. Oto kilka najważniejszych powodów, dla których powyborcza Francja stanie się dla Polski wielkim problemem.

Macron, sojusznik Tuska

Zbawca Europy niekoniecznie musi być także zbawcą Polski, mimo że nasze żywotne interesy polityczne i gospodarcze są ściśle związane z powodzeniem kulejącego projektu europejskiego. Wszystko zależy od tego, jakie plany ma zbawca i jak wyobraża sobie samo zbawienie. Najnowszym zbawicielem Europy stał się Emmanuel Macron, ratujący Francję, a więc w domyśle i całą Unię, przed populistyczną zarazą reprezentowaną przez Marine Le Pen. W przeciwieństwie do liderki Frontu Narodowego Macron chce wzmacniać, a nie osłabiać UE, co powinno nas w Polsce cieszyć. Nawet umiarkowanie entuzjastyczni wobec Unii politycy partii rządzącej przyznają, że bez silnej Unii Polska sobie nie poradzi. Tyle że w planach Macrona w tej silnej Unii dla Polski w obecnym kształcie nie ma miejsca. I nie chodzi tu tylko o wrzucanie obecnego rządu w Warszawie do jednego worka z Marine Le Pen i Władimirem Putinem, które tak zirytowało polityków w Warszawie.

Macrona wcale nie interesuje także zagrożona rzekomo polska demokracja. Prawdziwa gra toczy się nie o więcej, ale o mniej wolności, i to nie w polityce, tylko w gospodarce. Francja od dawna narzeka na nieuczciwą konkurencję ze strony tańszych firm z Polski i innych krajów środkowej Europy, które szturmem wchodzą na przeregulowany francuski rynek. Dławią go rozdęte programy socjalne zadekretowane m.in. przez ten sam socjalistyczny rząd, którego członkiem był Macron, zanim ogłosił się kandydatem niezależnym. To podstawowy powód, dla którego namaszczany na zbawcę Europy młody polityk szuka teraz winnych wśród państw wschodniej flanki UE. Odpływ miejsc pracy z Francji do tańszej Polski bardzo nad Sekwaną boli. Zwłaszcza gdy chętnie, i na ogół bez zastrzeżeń, pozwalająca dotąd zarabiać francuskim firmom Polska ostentacyjnie wyrzuciła do kosza kontrakt zbrojeniowy za ponad 3 mld euro na helikoptery, które miały być budowane we francuskich fabrykach.

Przedstawianie Polaków i Węgrów jako dzikich Hunów, ignorujących demokrację, a jednocześnie stosujących w Unii dumping socjalny, finansowy a nawet, o zgrozo, ekologiczny to zapowiedź ostrej wojny gospodarczej. To, że w kampanii Macron bez wahania pomieszał typowy dla francuskich socjalistów protekcjonizm ze szczytnymi hasłami poszanowania europejskich wartości i demokracji pokazuje, że gotów jest prowadzić tę wojnę wszelkimi sposobami. Groźba nałożenia na Polskę sankcji to świetna wiadomość dla Komisji Europejskiej, coraz bardziej poirytowanej tym, że Warszawa ignoruje naciski w sprawie sporu o Trybunał Konstytucyjny. Swoimi połajankami wobec Polski faworyzowany przed wyborami przez sondaże Macron dostarczył Brukseli nowego paliwa. W ubiegłym tygodniu portal Politico podał, że temat stanu demokracji w Polsce, zajmujący dotąd tylko wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej Fransa Timmermansa, ma zostać przeniesiony na poziom Rady Europejskiej. To znacząca zmiana.

Timmermans jest biurokratą bez demokratycznego mandatu. Za to w Radzie Europejskiej zasiadają szefowie rządów krajów członkowskich. Stoją za nimi ich wyborcy i całe instrumentarium państwa narodowego, zdolnego wywierać bardzo skuteczną presję. Co ciekawe, wedle Politico decyzję o tym, żeby w spór o polski Trybunał Konstytucyjny zaangażować wszystkie kraje Unii, Komisja Europejska podjęła już w lutym. Czekano tylko z jej wprowadzeniem do czasu przedłużenia kadencji Donalda Tuska, który jako przewodniczący Rady będzie mógł zadbać o niekorzystny dla rządu polskiego rozwój debaty w tej sprawie. Łatwo sobie wyobrazić, w jakim kierunku będzie się ona rozwijać z Tuskiem w roli moderatora dyskusji, w której ważny, francuski głos będzie głosem prezydenta obiecującego chwilę wcześniej swoim wyborcom sankcje wobec Polski.

Marine na smyczy Putina

Oburzenie, z jakim politycy PiS zareagowali na stworzony na potrzeby francuskiej kampanii wyborczej sojusz z Marine Le Pen, Viktorem Orbánem i Władimirem Putinem, było szczere. Dotyczyło jednak raczej umieszczenia w tym towarzystwie Putina niż zdecydowanego sprzeciwu wobec liderki Frontu Narodowego. W jej programie można znaleźć elementy, które polskiemu rządowi mogłyby się podobać, jak krytyczne nastawienie do polityki imigracyjnej UE, wspólnej waluty czy unijnej biurokracji. Nie należy też zapominać o oporze wobec oddawania Brukseli kompetencji państw narodowych czy o tradycjonalistycznym, konserwatywnym programie społecznym. W tych punktach stycznych jest sporo pola do współpracy. Co oczywiście nie musi oznaczać wsparcia dla wyjścia Francji z UE, które zapowiadała Marine, a które zadałoby ostateczny cios Unii Europejskiej. Polska odczułaby to boleśnie, nie tylko dlatego, że częścią programu Le Pen jest ten sam wymierzony w polskie interesy gospodarcze protekcjonizm, którym grzeszy Macron. Główny powód, dla którego Marine Le Pen na czele Francji jest dla Polski groźna, to jej zażyłość z Putinem. Nie ogranicza się ona do spotkań i wspólnych fotografii, publicznego poparcia dla aneksji Krymu i ciągłego nawoływania do zniesienia europejskich sankcji wobec Rosji. Marine Le Pen ma w Moskwie długi, i to najgorszego rodzaju.

Już sam fakt, że na potrzeby kampanii wyborczej jej Front Narodowy zaciągnął w powiązanym z Kremlem, szemranym First Czech-Russian Bank kredyt w wysokości ponad 9 mln euro, musi ją dyskwalifikować jako ewentualnego partnera Polski. Co gorsza, Marine Le Pen może być przez to umoczona w finansowy przekręt, którym już zajęła się posłuszna wobec Kremla rosyjska prokuratura. Bank, który za rekomendacją Kremla udzielił Le Pen kredytu, został zamknięty przez rosyjski nadzór finansowy z powodu fałszowania ksiąg rachunkowych i defraudacji 463 mln dolarów depozytów. Szefostwo banku objęte jest prokuratorskim dochodzeniem za wyprowadzanie pieniędzy przez udzielanie lewych kredytów. Nie wiadomo, czy kredyt zaciągnięty przez Marine Le Pen był częścią tego procederu. Jak ujawnił „Financial Times”, przed zamknięciem First Czech-Russian Bank jej dług został sprzedany stojącej na skraju bankructwa wypożyczalni samochodów Konti, której siedziba mieści się w mieszkaniu na jednym z blokowisk na peryferiach Moskwy. Pod tym samym adresem zarejestrowano 977 innych biznesów. A to oznacza, że ktoś w Moskwie trzyma Marine Le Pen na bardzo krótkiej smyczy. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 19/2017
Więcej możesz przeczytać w 19/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także