Uzależniony od walki

Uzależniony od walki

„Gwiazdy” - kobiety mają głos
„Gwiazdy” - kobiety mają głos / Źródło: KinoŚwiat
Sebastian Fabijański został obwołany przez kolorową prasę najseksowniejszym polskim aktorem. W filmie „Gwiazdy”, który właśnie wchodzi na ekrany, gra jednego z głównych bohaterów. Nam opowiada o pracy nad rolą i miłości do piłki.

Rozmawiała Agnieszka Michalak

Jesteś kibicem?

Tak. Miłość do piłki zaszczepił mi ojciec. Jest kibicem, odkąd pamięta.

Ojciec opowiadał ci o Orłach Górskiego, rywalizacji Polonii Bytom i Górnika Zabrze w latach 70.?

Ma 51 lat, więc o Orłach Górskiego przekazywał mi to, co jemu przekazywano. Opowiadał mi natomiast o mistrzostwach świata w Hiszpanii i wyczynach Bońka, Smolarka, Szarmacha pod wodzą Piechniczka i o srebrnym medalu polskiej reprezentacji na igrzyskach w Barcelonie w 1992 r. Jeżeli mówimy zaś o piłce klubowej, to ojciec urodził się, tak jak ja, w Warszawie i kibicował Legii Warszawa. Zabierał mnie na mecze od małego, przesiąkałem tym.

A dziś?

Dziś nic się nie zmieniło. Mogę się niektórym narazić, ale Legia to mój ukochany klub. A cytując klasyka: „Ja nie mówię szeptem, gdy mówię, skąd jestem”. A urodziłem się w Warszawie, ojciec kibicował Legii, więc i do mnie to naturalnie przyszło.

Chodzisz na mecze?

Staram się być na każdym. Ale siłą rzeczy kibicuję też reprezentacji. Dzisiejsza kadra – z Robertem Lewandowskim, Kubą Błaszczykowskim, Łukaszem Piszczkiem czy Grzegorzem Krychowiakiem – to paka, o której ja, mam nadzieję, będę opowiadał swoim synom. Ci piłkarze pokazują, że dziś w tej dyscyplinie, która bardzo różni się od tej z przeszłości, mając predyspozycje zarówno psychiczne, jak i fizyczne, można zajść bardzo daleko. Taki jest mój filmowy Ginter – bo pewnie do niego zmierzasz: miał predyspozycje, ale okoliczności okazały się niesprzyjające i udało się nie jemu, ale jego najlepszemu kumplowi z podwórka. Zresztą polska reprezentacja widziała „Gwiazdy”.

I jak ocenili waszą pracę? Nie byli zdziwieni, że w filmie prawie nie ma scen na boisku?

Poszli za tą historią, więc chyba udało nam się stworzyć wiarygodny obraz. Nie byli zdziwieni, bo „Gwiazdy” to uniwersalna opowieść o ludziach. Piłka jest symbolem marzeń, a boisko miejscem, gdzie główni bohaterowie je ulokowali. Osią opowieści są losy Jana Banasia, ale historia opowiada o rywalizacji, przegranej, bólu, miłości. Ginter i Janek to są przyjaciele, ale jednocześnie najwięksi wrogowie. Czyli tak jak w życiu. Znam temat z autopsji.

W twojej branży to chyba dość powszechne?

Dlatego nie trzymam się kurczowo tego środowiska, nie lokuję w nim nadziei, trudno mi komukolwiek zaufać, nie wierzę w uśmiech, kiedy mijamy się z „kolegami” na ulicy czy premierze. Odciąłem się od życia towarzyskiego tzw. branży. Wolę patrzeć na to z boku. Obserwować, a nie uczestniczyć. Z szacunku do siebie i innych.

Zobaczymy, jak długo uda ci się być osobno…

Skoro do tej pory mi się udawało, dlaczego miałoby się to zmienić? Wiem, co teraz powiesz – że jestem na początku drogi itd. Ale tak samo mówiłem osiem lat temu, kiedy zaczynałem. Może byłem trochę głupszy, ale serce miałem to samo. Ubiegły rok był dla mnie pewnym sprawdzianem – „Pitbulla” w kinie obejrzało prawie 3 mln osób, „Belfra” w Canal+ może nie aż tyle, ale też był sukcesem.

Twoje role zostały dobrze przyjęte przez widzów.

Dlatego jeśli miałbym być podatny na wpływ show-biznesu, to bym się właśnie topił. A ja, jak widzisz, ciągle wolę stać na brzegu. Flesze i ścianki nie dają mi frajdy, wręcz przeciwnie, powodują duży dyskomfort.

Trzeźwe myślenie masz z domu?

Nie wiem, ale pewnie w jakimś stopniu tak. Duża w tym zasługa mojej mamy. Wiele też mi dał… ból, którego w pewnym momencie było aż nadto. Teraz uważam, że był niezbędny. Otworzył oczy.

Coś się wydarzyło?

Nic się nie wydarzyło. Po prostu przyszedł. Przed tym „zakrętem” tkwiłem w iluzorycznym poczuciu samego siebie. A tu jeb! Prawda mi spadła na plecy. Prawda, czyli smutek, lęk, śmierć – to wszystko, z czego jesteśmy skonstruowani, a przed czym uciekamy. Zaakceptowałem to i wydaje mi się, że dopiero teraz naprawdę patrzę na świat.

Brzmisz trochę jak twój filmowy Ginter, czyli chłopak ze Śląska, który u progu kariery jest zmuszony z niej zrezygnować. Chyba nietrudno było wejść w jego skórę?

Kiedy czytałem scenariusz – który wpadł mi w ręce całkiem przypadkiem – od razu wiedziałem, że zagram Gintera. Poczułem ból tego chłopaka, wiedziałem, gdzie on jest, może właśnie dlatego, że go znam. W filmie Ginter zostaje brutalnie sfaulowany przez Janka. To mu kończy karierę. Zaczyna się staczać, pojawia się alkohol i autodestrukcja.

I między nimi staje dziewczyna, w której obaj się kochają.

No właśnie, a Ginter traktuje ją jak puchar, którego już nie może zdobyć na boisku. Próbuje walczyć. Nie wiem, czy ją kocha, wiem, że chce wygrać i się zemścić. Skoro Janek zabrał mu piłkę, to Ginter chce zabrać mu kobietę. I pomimo że czułem ból tego chłopaka, to jednak jest między nami spora różnica. Ja inaczej dysponuję bólem, inaczej sobie z nim radzę – biorę go na klatę, akceptuję i uruchamiam autorefleksję. Porażka jest dla mnie największą inspiracją. Nie mszczę się. Zostawiam to życiu.

Nie wyglądasz na takiego, który odpuszcza…

Nie sądź książki po okładce (śmiech). Mam świadomość tego, jak można mnie ocenić na pierwszy rzut oka. Ale przestałem chcieć udowadniać, że jest inaczej. Jeżeli ktoś tak mnie odbiera – bardzo proszę. Może frytki do tego?

Jan Kidawa-Błoński historią Gintera i Banasia wraca na ukochany Śląsk. To reżyser, który lubi badać swoich bohaterów, stawiając ich w nieoczywistych, trudnych sytuacjach. Jak się z nim pracuje?

Przede wszystkim mieliśmy świetny fundament, jakim był scenariusz. Chociaż zanim wejdę na plan i tak zawsze siedzę nad tekstem i rozbieram go na części pierwsze. Analizuję każde słowo, każdy kontekst, szukam najlepszych rozwiązań dla filmu. Nie jestem łasy na fajerwerki aktorskie. Tego nauczył mnie Krzysztof Majchrzak, który w szkole teatralnej powtarzał – patrz na „sprawę” najpierw jak scenarzysta, potem reżyser, a na końcu jak aktor. Janek Kidawa-Błoński to szanował i akceptował wiele moich propozycji, nawet takich, które kompletnie zmieniały pierwotnie pomyślaną scenę. Jestem mu za to wdzięczny, bo czułem się potrzebny projektowi – nie tylko pokazywałem twarz i pajacowałem przed kamerą, ale byłem prawdziwym współtwórcą. Taka praca daje mi najwięcej satysfakcji.

Wspomniałeś o Krzysztofie Majchrzaku. Zanim się spotkaliście, przeszedłeś długą drogę. Zdawałeś do szkoły aktorskiej aż cztery razy – byłeś nieźle zdeterminowany.

Kiedy zdawałem po raz pierwszy, byłem głośnym, bezczelnym, warszawskim chłopaczkiem, który żuł gumę i nucąc hip-hopowe teksty, wpadł na egzamin właściwie przypadkiem i… był pewien, że wezmą go z pocałowaniem ręki. Przeszedł nawet do ostatniego etapu, ale w pewnym momencie jego agresywna bezczelność stała się przeszkodą. Skąd ta determinacja? Chyba stąd, że chciałem udowodnić sobie i tym, którzy mnie nie przyjęli, że – jak to mówił mój kumpel – „nie to, że będzie, co ma być, bo będzie po mojemu”.

Urażona duma?

I poczucie odrzucenia. Ale dziś jestem naprawdę wdzięczny losowi za to, że nie dostałem się od razu. Zadławiłbym się tą gumą… Finalnie dostałem się do krakowskiej PWST, ale po kilku semestrach mnie wyrzucili i wylądowałem w warszawskiej Akademii Teatralnej.

Dlaczego cię wyrzucili?

Do tej pory nikt mi nie uargumentował tej decyzji. Pewnie przez to, kim jestem. A raczej przez to, jaki ludzie myślą, że jestem. Do tych uprzedzeń i iluzji na mój temat trzeba dorzucić jeszcze próby dialogowania z pedagogami.

Wykłócałeś się?

Nie, chciałem rozmawiać. A w szkole teatralnej wykonuje się polecenia. Nie wiedziałem o tym. Liczyłem na wyrozumiałość i dialog, a nie na rozkazy i nadskakiwanie. Mam alergię na „musisz”, więc pytałem: „Dlaczego?”. A to się nie podobało. Mnie nie podobało się dopasowywanie do tych schematów i foremek. Całe szczęście, bo nie wiem, kogo by ze mnie ulepili. Bałwana pewnie. (śmiech)

Brak pokory w tym zawodzie bywa niebezpieczny…

Pokora to nadużywany termin, szczególnie w szkole teatralnej. Wiesz, czym dla wykładowców jest pokora? Podległością. A pokorę od podległości dzielą lata świetlne. W szkole musisz na każdym kroku udowodniać, że potrafisz, że się nadajesz. Uważałem i dalej uważam, że skoro ktoś się podejmuje kształcenia jednostek, to powinien uruchamiać w tych jednostkach autorefleksję, dawać im siłę, odwagę, wolność. Duża część studentów przyjeżdża do szkół z małych miejscowości i nagle widzą warszawskie wieżowce, monumentalny gmach szkoły teatralnej. W ich oczach ten gmach jest jeszcze bardziej monumentalny, a na zajęciach pedagodzy im mówią, co mają robić. I oni to robią, bo są zapatrzeni, owładnięci iluzją wielkości i nieomylności ludzi, którzy tam pracują. A fakty są takie, że w szkołach nie ma spójności edukacji, nie ma kształcenia w zgodzie z jakąś określoną metodą, nie ma żadnej opieki, nie ma odpowiedzialności. Nie dba się o indywidualności. Wszystkich wrzuca się do jednego wora. Przez cztery lata masz wrażenie, że się czegoś uczysz, jednocześnie żyjąc w ciągłym strachu, że cię wyrzucą. Potem wychodzisz ze szkoły, nie wiesz, kim jesteś, a na drogę dostajesz głębokie przekonanie, że nic nie umiesz. Szkoły powinny być świątynią rozwoju człowieka i budowania swojej tożsamości artystycznej. A testem na koniec edukacji powinien być test na odwagę.

Brzmi jak apel.

Chciałbym, żeby ci, którzy zdają do szkoły albo planują zdawać, mieli tego świadomość. Ja nie miałem. Może byłoby mi łatwiej.

Zdawałabyś po raz kolejny?

Tak, bo ze szkoły można wiele wynieść, tylko trzeba znać mechanizmy i ich źródło, żeby nie uwierzyć za bardzo w aurę bycia wybrańcem i pozostać czujnym. Ja miałem szczęście, spotkałem Krzysztofa Majchrzaka. To człowiek, dla którego, mam wrażenie, nie ma miejsca w dzisiejszym metroseksualnym, korporacyjnym świecie. Majchrzak to wrażliwy facet, idealista, słuchający sercem, który idzie pod prąd, bo inaczej nie da rady. Bardzo dużo mu zawdzięczam.

Pamiętam wasz dyplom „Ecce homo” – mocny, wzruszający seans. Grałeś główną rolę, psychoterapeuty.

To było piękne zdarzenie, bo nie chcę tego nazywać spektaklem. Bardzo mnie dużo kosztowało, ale było warto. Ludzie momentami reagowali wręcz histerycznym płaczem, spazmami czy nawet agresją, a to znaczy, że docieraliśmy bardzo głęboko. Były nawet plany przeniesienia tego na duży ekran, ale się nie udało, może kiedyś. To było moje pierwsze tak poważne zadanie aktorskie, drugim takim wymagającym podobnego poświęcenia była rola Cukra w „Pitbullu”.

…gdzie też cytujesz niemieckiego filozofa Schopenhauera.

To prawda. Skorzystałem ze znajomości jego filozofii i zaproponowałem Patrykowi Vedze, żeby Cukier podpierał się słowami Schopenhauera. Fajnie, że za tym poszedł. Ten bohater to chodząca skrajność. Posługuje się filozofią, ma cukrzycę, o którą nie dba, i jest emocjonalnie zaburzonym, bezwzględnym „gangusem”. Rollercoaster. Fascynująca robota.

Poza Schopenhauerem i Majchrzakiem masz innych mistrzów?

Janusz Gajos. Mam zaszczyt grać z nim w „Kamerdynerze” Filipa Bajona, jesteśmy w trakcie zdjęć. Wspaniały człowiek, wielki aktor, a przede wszystkim partner. Obserwuję to, co robi od lat i jak jest w tym wszystkim cwany – w dobrym znaczeniu, tzn. doskonale wie, co należy dać filmowi. Nie sili się na efekciarstwo.

W „Kamerdynerze” grasz tytułową rolę…

Tak, kaszubskiego ubogiego chłopaka, któremu podczas porodu umiera matka, a on zostaje przygarnięty przez majętną pruską rodzinę. Wkrótce też zakochuje się w swojej przyszywanej siostrze. Opowiadamy losy tragicznej miłości z historią naszego kraju początków XX w. w tle. Epickie kostiumowe kino z rozmachem. To będzie wspaniały film. Nie boję się tej deklaracji.

Fabijański mówiący po kaszubsku i grający na fortepianie?

Kaszubski to język, którego nie sposób zrozumieć, bo ma niewiele wspólnego z polskim. Na blachę trzeba po prostu wykuć całe zdania. Teraz najwięcej czasu poświęcam grze na fortepianie. Mam kilka utworów do zagrania w filmie, m.in Chopina, Schumanna. Siedzę po nocach i stukam w klawisze. Pozdrawiam sąsiadów! Zwariowałem dla tego instrumentu. Gdyby nie ból pleców i rąk, który staje się nie do zniesienia, nie wstawałbym ze stołka.

Raz bandzior, raz wrażliwiec. Dla aktora, którego tyle kosztuje przygotowanie do roli, to musi być emocjonalna huśtawka.

Majchrzak by powiedział: kto nie ryzykuje, ten w kozie nie siedzi. Ten zawód to ryzyko na każdym polu. To, co czasem robię dla roli, to schizofrenia kontrolowana. Chodzę z moimi bohaterami po ulicach, testuję na bliskich jakieś zachowania, kombinuję, gadam do siebie, zapisuję tony notatek, które za chwilę drę, bo ciągle coś mi nie pasuje, czegoś nie mam, coś jest niekompletne. Kiedy budowałem Cukra i kończyłem zdjęcia, nie szedłem na imprezę, tylko jechałem do domu i czytałem Schopenhauera. I nie dlatego, że miałem przerost ambicji, tylko potrzebowałem pożywki, pokarmu.

Urządzasz sobie psychodramy?

Nie. Nie idę tą drogą. Nie bazuję na wspomnieniach, nie ryję sobie bani, przypominając traumatyczne stany emocjonalne z mojego życia. Raczej czerpię z chwili, ze spotkania. Fascynującego spotkania. Bo nie skupiam się tylko na swojej roli, ale właśnie na relacji, więc może jest mi łatwiej. Ale są momenty, że bywam na skraju.

Nic dziwnego – dla Cukra byłeś na specjalnej diecie bez węglowodanów, teraz grasz na fortepianie, jeździsz konno i znowu trenujesz na siłowni do następnych filmów. Ile jesteś w stanie zrobić dla roli?

Okazuje się, że chyba wszystko. Jestem w stanie odłożyć życie prywatne, zaburzyć relacje z najbliższymi, odciąć się kompletnie od mojego świata i wejść w ten wyimaginowany – filmowy. A na tej diecie byłem dlatego, żeby podtrzymać niski poziom cukru, który powoduje pewien rodzaj niepokoju i rozdygotania. A ja uwielbiam takie ryzyko, kiedy testuję granice swojej wytrzymałości. Chyba największy stres miałem w „Pitbullu” przed sceną z pytonem. To było porypane. Ale dużo zyskałem – jako człowiek. Przekroczyłem kolejny raz jakąś granicę. Uwielbiam takie wyzwania. Szukam ich w każdym projekcie. Nawet jak ich nie ma w scenariuszu, to sam je dodaję. To mnie napędza i czuję wtedy wysiłek. Kocham być zmęczony, bo to oznacza, że stoczyłem jakąś walkę. A od walki jestem uzależniony.

Lubisz swoich bohaterów.

Nie zagrałbym w filmie postaci, której nie lubię i która mnie nie fascynuje. Raz bohater, którego grałem, mnie nie zachwycił i szybko znienawidziłem ten rodzaj dyskomfortu, który mi wtedy towarzyszył. Cukier urzekł mnie od razu, podobnie jak Adrian z „Belfra”, Ginter z „Gwiazd” czy Mateusz z „Kamerdynera”. Musi mnie rwać na plan, muszę czuć, że chcę być w skórze tego bohatera. Serce o tym decyduje. A moje jest zero-jedynkowe.

Po roli w „Ecce homo” myślałam, że zobaczę cię w teatrze.

Może kiedyś zobaczysz. Jak dotąd się nie złożyło. Może też dlatego, że o to nie zabiegam. Mam kłopot z ekspozycją aktora w teatrze – tu szeroki gest, tam głos postawiony na przeponie. Ten rodzaj aktorstwa nie jest mi jakoś specjalnie bliski. Zresztą w teatrach głównie panuje tryb etatowy i w spektaklach grają głównie ci, którzy są zatrudnieni na stałe, a ja na taki tryb bym się nie zdecydował. Nie moja grupa krwi. Muszę być wolny. Ale oczywiście nie wykluczam, że przyjdzie dzień, kiedy zakocham się w jakimś projekcie teatralnym i zrezygnuję z każdego filmu, żeby tylko móc zagrać np. Hamleta. (śmiech)

Polska to dobry kraj, by spełniać aktorskie marzenia?

Nie jestem jakoś specjalnie zafiksowany na konkretny kraj. Moje marzenia nie mają ograniczeń terytorialnych. Oczywiście chciałbym dotrzeć do jak największego grona odbiorców, ale nie mam napinki, że to musi być już, za chwilę. Wierzę, że moja droga prowadzi gdzieś dalej. Chcę zostawić kawałek siebie i coś dać. Tak jak mi dali ci, których podziwiam i którzy zmienili moje życie. Jak mówił Herbert: „Ocalałeś nie po to, aby żyć. Masz mało czasu, trzeba dać świadectwo!”. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 19/2017
Więcej możesz przeczytać w 19/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0