Polityczne gwiazdy i meteory

Polityczne gwiazdy i meteory

RYSZARD CZARNECKI

Minęło już przeszło 30 lat (O tempora, o mores!), gdy zacząłem spotykać polityków znanych na arenie międzynarodowej. Zaczęło się od Belgii. Jako bardzo młody człowiek odwiedzałem rodzinę mojej matki chrzestnej – rodowitej Belgijki z francuskojęzycznej Walonii. Mieszkała w Gembloux, a więc w miejscu, gdzie zostałem ochrzczony, ale tego dnia akurat byłem w niderlandzkojęzycznej części Królestwa Belgii. Czy to była Brugia czy Gandawa – już nie pomnę, lecz pamiętam, że spotkałem byłego belgijskiego premiera i ministra finansów, ale też spraw zagranicznych, sprawiedliwości, gospodarki, a także pomocy rozwojowej (skądinąd jego ojciec Gaston też był szefem rządu) Marka Eyskensa. Jako człek polonocentryczny zapytałem naiwnie mojego przewodnika o to, na ile Eyskensa interesuje Polska. Otrzymałem odpowiedź, którą zapamiętam do końca życia, a której zapewne można używać pod różnymi szerokościami geograficznymi, zmieniając tylko nazwisko: „Polska? Marka Eyskensa najbardziej interesuje Mark Eyskens”.

Flamandzki polityk był grzeczny, miły, uśmiechnięty, co wszak nie przeczyło stwierdzeniu, które zacytowałem wcześniej. W Brukseli poznałem wtedy w sposób świadomy kogoś, kto znał mnie, kiedy miałem parę miesięcy – ale trudno żebym, czołgając się po podłodze jako niemowlak, takie rzeczy pamiętał – Jana Kułakowskiego. Jego ojciec z moim dziadkiem Ryszardem Bielińskim chodzili w Tatry jeszcze przed II wojną. Ten powstaniec warszawski miał matkę Belgijkę, co umożliwiło mu ucieczkę z komunizmu do belgijskiej monarchii. Zrobił wielką karierę, zostając sekretarzem światowej centrali chrześcijańskich związków zawodowych. Potem wykorzystała go wolna Polska, w której został najpierw pierwszym ambasadorem przy EWG-UE, a później, gdy byłem już ministrem do spraw europejskich w rządzie Jerzego Buzka, zaprosiłem go w porozumieniu z Prezesem Rady Ministrów do współpracy na stanowisku głównego negocjatora w rokowaniach z UE w sprawach naszego akcesu. Świętej pamięci Jan był staroświeckim dżentelmenem [zmarł w 2011 r. – red.], który większość życia spędził poza Polską, ale to Rzeczpospolita była dla niego głównym punktem odniesienia.

Na szczycie Unii w 1998 r. pamiętam wściekłych na siebie, mijających się na korytarzu prezydenta Francji Jacques’a Chiraca i premiera tejże Lionela Jospina. Nawet urządzili odrębne konferencje prasowe! Widać było nie tyle brak chemii, co szczerą nienawiść. Na wcześniejszym szczycie w Luksemburgu, na który oficjalnie zaproszono kraje przyszłej „nowej” Unii do Wspólnot Europejskich, poczułem się imperialnie, bo do naszej delegacji w składzie: premier Buzek, szef MSZ Geremek i ja, peregrynowali m.in. Bałtowie i kraje bałkańskie. Zapamiętałem blisko dwumetrowego, łysego premiera Łotwy Guntarsa Krastsa, zawsze lekko przygarbionego, żeby rozmówcy mogli go widzieć. Nie myślałem, że za siedem lat będzie moim kolegą w Parlamencie Europejskim. Z tamtych czasów zapamiętałem ospałego, jak mi się wydawało, prezydenta Grecji Konstandinosa Stefanopulosa. Był tak nijaki, że nie jestem w stanie przypomnieć sobie ani jednego słowa z tego, co mówił. Bardziej wyrazisty był wnuk premiera, syn premiera i późniejszy premier Hellady Jorgos Papandreu, o którym już kiedyś na tych łamach wspomniałem.

Ale duszą klasy politycznej był żywiołowy grubas, komunista przerobiony na socjaldemokratę, smakosz Teodoros Pangalos. Akurat obżartuchów lubię, niezależnie od ich poglądów politycznych, bo sam jestem, jakby to powiedzieć, gurmandzistą. Włoskiego premiera Romano Prodiego gościłem najpierw, gdy był premierem włoskiego rządu, a potem obserwowałem go w akcji jako szefa Komisji Europejskiej. Wyraźnie lepszy był w rzymskie klocki niż w te brukselskie. Szefa włoskiego parlamentu i szefa MSZ (którym został, choć nie mówił w żadnym obcym języku!) Gianfranco Finiego zaprosiłem do Polski, choć nie pełnił wtedy jeszcze żadnej z tych funkcji. To się nazywa inwestycja! Niestety, ten ultraprawicowiec marnie skończył, wdając się w wojnę z Berlusconim. Może dlatego, że za bardzo zaczął liczyć się z opinią rzymskiego Salonu. O innych jeszcze napiszę. O niektórych, w pamiętnikach wydanych raczej po mojej śmierci... g

AUTOR JEST WICEPRZEWODNICZĄCYM PARLAMENTU EUROPEJSKIEGO.

Okładka tygodnika WPROST: 19/2017
Więcej możesz przeczytać w 19/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

Czytaj także