Chirurg z robotem

Chirurg z robotem

Operacja, zdj. ilustracyjne
Operacja, zdj. ilustracyjne
Wykonujemy rocznie ponad 1500 operacji na otwartym sercu – mówi prof. Romuald Cichoń, prezes Medinetu.

Katarzyna Świerczyńska: Jest pan bohaterem drugiego planu na słynnym zdjęciu z prof. Zbigniewem Religą: zmęczony profesor siedzi przy operowanym pacjencie, a pan śpi pod ścianą. Na ile współpraca z prof. Religą ukształtowała pana jako lekarza?

Prof. Romuald Cichoń: Na to pytanie mogę odpowiedzieć krótko: w całości.

Dlaczego kardiochirurgia?

Byłem jej pasjonatem, bo nie należę do ludzi zbyt cierpliwych. Lubię, jak moje działanie ma szybki rezultat, a taka jest kardiochirurgia. Kiedy profesor Religa zawitał na Śląsk i szukał ludzi do zespołu, to podczas pierwszego spotkania wiedziałem, że jeśli choć połowa z tego, co mówi, jest prawdą, to ja muszę tam być. To był przedsmak tego, co się potem działo...

Gdzie w tym wszystkim znalazło się miejsce dla tak młodego i tym samym przecież niedoświadczonego wówczas lekarza?

Profesor Religa był człowiekiem, który nie miał w sobie zawodowej zazdrości. Cieszył się naszymi sukcesami. Ktoś może powiedzieć, że to lekkomyślność, że pozwolił mi na przykład operować samodzielnie zastawkę mitralną. Ale przecież on stał z boku, patrzył nam na ręce, ale wkraczał do akcji tylko wtedy, gdy coś szło nie po naszej myśli. Sukces jego uczniów był jego sukcesem. To wszystko sprawiło, że jestem jednym z niewielu lekarzy, którzy w wieku 29 lat samodzielnie wykonali przeszczep serca. W tamtym czasie pojechałem na zjazd kardiochirurgów amerykańskich, zresztą wszyscy koledzy z kliniki w Zabrzu dzięki działaniu prof. Religi dokształcali się w ośrodku kariochirurgicznym w USA. I wtedy dr John Kirklin, jedna ze sław kardiochirurgii, powiedział: „Panie i panowie, ogłaszam, że wszystko, co było do zrobienia w kardiochirurgii, zrobiono. Teraz nadchodzi czas statystyki”. Dla mnie to było jak założenie opaski na oczy. Jak to? Ja, młody, z przeświadczeniem, że chcę zmieniać i ulepszać świat, a tu ktoś mówi, że już nie ma czego ulepszać?

Amerykanin nie miał racji...

Na szczęście! Nawet nie wiedział, jak bardzo się wtedy mylił.

Jak zmieniła się kardiochirurgia od czasu pierwszego przeszczepu?

To olbrzymi postęp. Weźmy chociażby liczby. W tamtych czasach, w połowie lat 80. średni wiek naszego pacjenta wynosił 55-60 lat. Dziś ta średnia to niemal 70 lat, a operowanie 90-latków nie jest niczym nadzwyczajnym. A przecież wcale nie jesteśmy zdrowsi, przeciwnie, w tym wieku każdy pacjent ma nagromadzenie dodatkowych chorób, co nieułatwia nam leczenia. Jednak sposób operowania, biokompatybilność materiałów – to wszystko przeszło gigantyczną metamorfozę. Przecież potrafimy dziś operować serce bez konieczności rozcięcia mostka. To ma ogromne znaczenie z punktu widzenia pacjenta, który dzięki temu szybciej wraca do formy.

Pojawiły się też roboty. Jest pan jednym z nielicznych kardiochirurgów w Europie operujących robotem da Vinci...

Miałem też niewielki udział w konstrukcji tego robota. Koledzy z USA koniecznie chcieli go nazwać da Vinci. Uważałem, że to niedobra nazwa, bo Leonardo da Vinci był człowiekiem, którego nieszczęście polegało na tym, że wyprzedzał epokę. I niestety tak się stało z robotem. Pojawił się parę lat za wcześnie. Mimo że efekty operacji były znakomite i w Europie od 2000 r. była to bardzo innowacyjna i obiecująca metoda leczenia choroby wieńcowej, nie poszły za tym np. kompensaty ubezpieczycieli. To nie jest tania metoda, ale szybka rekonwalescencja kompensuje nakłady finansowe szpitala. Jestem przekonany, że ta metoda leczenia wróci do łask. Tym bardziej że sami pacjenci ją akceptują. Pamiętam pacjentów ciągnących mnie za kitel i pytających, czy będą przeze mnie operowani robotem.

Dlaczego w Polsce nie ma dziś możliwości takiej operacji?

Procedury. Tej metody nie ma w koszyku świadczeń NFZ. Ale mam nadzieję, że to kwestia paru lat i że robot wróci na sale operacyjne, bo to jest przyszłość kardiochirurgii. Zresztą w Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii w Zabrzu pracujemy nad polskim modelem robota kardiochirurgicznego i wierzę, że wejdzie on niedługo do praktyki klinicznej.

Co taka metoda daje pacjentowi?

Przede wszystkim mniejszy uraz śródoperacyjny. Zamiast dużego rozcięcia mostka mamy kilka nacięć długości centymetra.

Aby wyliczyć pana dokonania, zabrakłoby nam miejsca. Mógłby pan pracować w dowolnym miejscu na świecie, zresztą cały czas pracuje pan również w Dreźnie. Dlaczego wybrał pan akurat Medinet?

Obchodzimy 15-lecie kliniki i duma mnie rozpiera, że tak to wszystko się rozwinęło. Dziś to obok Zabrza jeden z dwóch ośrodków w Polsce, w których operuje się zarówno dzieci, jak i dorosłych. Od początku naszym zamiarem było stworzenie ośrodka, w którym opiekowano by się pacjentem od pierwszej wizyty w poradni przez leczenie chirurgiczne, rehabiltację pozabiegową aż do późnej opieki ambulatoryjnej. Daje to obustronne korzyści: pacjent pozostaje pod opieką zespołu, do którego ma zaufanie, a tego rodzaju konstrukcja daje zespołowi rzadką dziś możliwość analizy wyników leczenia pacjentów we własnej długoletniej obserwacji. Stworzyliśmy własnymi rękoma ośrodek, w którym wykonuje się rocznie ponad 1500 operacji na otwartym sercu. Doskonale pamiętam początki – latem 1999 r. do Drezna, mojego ówczesnego miejsca pracy, przyjechali koledzy, którzy prowadzili we Wrocławiu kardiochirurgię dziecięcą, i wspólnie zastanawialiśmy się, co zrobić, aby ten mały wtedy ośrodek kardiochirurgii przetrwał w zmieniających się warunkach ekonomicznych. Chcieliśmy stworzyć ośrodek kardiochirurgii, bazując na doświadczeniach kolegów i moich oraz na światowych standardach. Jestem wdzięczny wszystkim, którzy mi wtedy uwierzyli, że ta koncepcja ma sens i że są w stanie się dla niej poświęcić. Proszę mi wierzyć, nie tak łatwo było zdobyć kardiochirurgów, którzy przyjadą do pracy w miejscu, które dopiero powstaje, tym bardziej na warunkach ośrodka niepublicznego.

Oddział kardiochirurgii wygląda jak sprawnie działająca fabryka. Czy w tym wszystkim jest miejsce na indywidualne podejście do pacjenta?

Pacjent może mieć podobne wrażenie, ale nam zależy, aby zmniejszyć jego stres i obawy w okresie przedoperacyjnym do minimum. Dlatego wszystkie badania i diagnostykę wykonujemy w poradni. Na oddział kardiochirurgii pacjent trafia dzień przed operacją, a na oddział rehabilitacji udaje się tak szybko, jak tylko to możliwe. Każdego pacjenta traktujemy jak partnera, ponieważ szanujemy jego decyzje o powierzeniu swojego życia w nasze ręce. Każdy przypadek jest indywidualny, a my mamy świadomość, jak jednoznaczną dziedziną jest kardiochirurgia. Tu każda komplikacja może się skończyć tragicznie. Dlatego od początku do końca dbamy o to, aby nasze standardy bezpieczeństwa i technik operacyjnych były takie same jak w Londynie czy Nowym Jorku.

Czym wyróżnia się Medinet?

Tak naprawdę jesteśmy grupą przyjaciół, którzy są dumni z miejsca, które tworzą. Od początku zależało mi na tym, żeby kłaść nacisk na kształcenie i rozwój. Prowadzimy więc kształcenie specjalizacyjne lekarzy i pielegniarek, koledzy i koleżanki mają możliwość doktoryzowania się. Prowadzimy koło naukowe dla studentów medycyny liczące czasami ponad 100 osób! W zakresie działalności naukowej i klinicznej współpracujemy z wieloma ośrodkami krajowymi i zagranicznymi m.in. z uniwersytetami w Mediolanie, Cambridge, Paryżu, Novarze, Dreźnie i we Lwowie. W ostatnim roku zostaliśmy docenieni za granicą – przyznano nam nagrody – Enterprise as one of the „Best Medical Center”, The Socrates Committee Oxford, UK, 2015 oraz European Qua lity Award 2016 in Medicine. Muszę też wspomnieć o naszym fantastycznym zespole rehabilitacyjnym, który sam opracował standardy rehabilitacji pacjentów po operacji serca. Dzięki temu pacjent wraca do domu pewny siebie, zna swoje możliwości i jest przygotowany do powrotu do życia sprzed operacji.

Właściwie to moglibyście osiąść na laurach i liczyć statystyki...

John Fitzgerald Kennedy kiedyś powiedział:„Change is the law of life” – zmiany są prawem życia. Chcemy robić nowe rzeczy i się rozwijać. Nasz cel na najbliższe lata to odejście od sternotomii, czyli wzdłużnego rozcinania mostka podczas operacji kardiochirurgicznej, nastawienie się na operowanie endoskopowe i dbałość o to, aby uraz śródoperacyjny pacjenta był jak najmniejszy. Chcemy też wkrótce wprowadzić nową skojarzoną metodę leczenia choroby wieńcowej łaczącą chirurgię i inżynierię genetyczną. g

Okładka tygodnika WPROST: 22/2017
Wywiad został opublikowany w 22/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0