Co nam da Polexit

Co nam da Polexit

Co nam da Polexit
Co nam da Polexit / Źródło: Getty Images
Polski rząd oficjalnie deklaruje przywiązanie do członkostwa w UE, ale korzyści z tego jest coraz mniej, a punktów spornych z Brukselą – coraz więcej. Może więc czas najwyższy zastanowić się nad wyjściem z Unii?

Polacy są zakochani w Unii Europejskiej jak niemal żaden inny naród w Europie. Według ubiegłorocznego sondażu CBOS 81 proc. z nas jest zadowolonych z unijnego członkostwa, a według badań zleconych przez Komisję Europejską w 2015 r. tylko 7 proc. Polaków ma o Unii zdecydowanie negatywną opinię. Jednak ostatnio Komisja Europejska robi wszystko, żebyśmy zaczęli zmieniać zdanie: lekceważy polski opór przed monopolizacją unijnego rynku przez Gazprom, zmierza do zamknięcia rynku bogatszych krajów przed polskimi pracownikami i chce nas karać za obawy przed islamizacją. Dlatego obecny rząd, który wbrew przypiętej mu eurosceptycznej łatce, wciąż traktuje członkostwo w Unii jako gwarancję bezpieczeństwa i dobrobytu Polski, będzie chyba musiał rozważyć, czy taka polityka jest na dłuższą metę opłacalna. Zwłaszcza że naszą pozycję w Europie mógłby wzmocnić ściślejszy sojusz transatlantycki, który wcale nie musiałby przecież oznaczać wyjścia z Unii.

Rozczarowanie

Bilans korzyści i strat związanych z członkostwem Polski w Unii Europejskiej najgorzej wypada w ciągu ostatnich kilku tygodni. 13 czerwca Komisja Europejska wszczęła wobec Polski (a także Czech i Węgier) postępowanie o naruszenie prawa Unii z powodu odmowy przyjęcia islamskich imigrantów z Grecji i Włoch. Bruksela oskarża Polskę, Czechy i Węgry o brak solidarności, mimo że imigrantów nie przyjęła dotąd także Austria. Na Komisji nie zrobiło wrażenia to, że gościmy w Polsce 1,4 mln Ukraińców i 90 tys. Czeczenów. W próżnię trafia również argument, że nie chcemy nikogo w Polsce trzymać na siłę, a jak pokazuje przykład Portugalii, skąd do Niemiec uciekła już połowa przyjętych przez ten kraj imigrantów, celem uchodźczej fali z Bliskiego Wschodu i z Afryki są najbogatsze kraje Unii, a nie Polska czy Czechy. Sprawa skończy się więc zapewne w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu. Konrad Szymański, wiceminister spraw zagranicznych ds. europejskich, już zapowiedział, że Polska jest gotowa bronić swoich praw przed sądem. Prawna batalia zapowiada się niezwykle ciekawie, bo w Luksemburgu na rozpatrzenie czeka też skarga na Komisję Europejską, złożona w 2015 r. przez Słowaków i Węgrów, sprzeciwiających się narzucanej im relokacji imigrantów. Na walce o obecne kwoty pewnie się nie skończy, bo Komisja wciąż nie wie, ile osób dostało się do Włoch i do Grecji w 2016 i w 2017 r. Stosowne dane mają wpłynąć dopiero we wrześniu. Czas nie będzie więc grać na naszą korzyść, tym bardziej że federaliści i zwolennicy karania wschodniej Europy za obronę własnych interesów nabrali ostatnio wiatru w żagle.

Nie dla polskiego hydraulika

Katastrofą skończyły się wcześniejsze wybory w Wielkiej Brytanii. Torysi muszą w popłochu klecić koalicję z niewielką irlandzką partią DUP, bo stracili większość umożliwiającą samodzielne rządzenie. I choć brexit nie jest zagrożony, Bruksela już zaciera ręce, a unijny negocjator Michel Barnier ironizuje, że Brytyjczycy powinni się pospieszyć, bo nie może przecież negocjować sam ze sobą.

Jeszcze do niedawna można też było mieć nadzieję na to, że Bruksela bardziej niż Polską będzie zajęta Paryżem. Francję miał podbić eurosceptyczny Front Narodowy Marine Le Pen, ale wybory prezydenckie wygrał nieoczekiwanie Emmanuel Macron, obiecujący jeszcze więcej Unii w Unii. W dodatku po pierwszej turze wyborów parlamentarnych jego partia La République en Marche! triumfuje i prawdopodobnie zdominuje przyszły parlament. Bruksela cieszy się, że znów ruszy prounijna francusko-niemiecka machina, ale dla nas to niestety kolejny kłopot. En Marche! Macrona ma podobno przystąpić w Parlamencie Europejskim do partii europejskich liberałów Guya Verhofstadta (ALDE Group), polityka znanego głównie z tego, że co jakiś czas nawołuje do karania Polski za rzekomy brak demokracji. Macron też wezwał już do obłożenia Polski sankcjami. W trakcie kampanii zareagował w ten sposób na ucieczkę zagranicznych inwestorów z Francji do Polski. Dziś już bez ogródek wzywa do ochrony francuskiej gospodarki przez zamknięcie rynku przed polskimi pracownikami. Komisja Europejska najwyraźniej słucha prezydenta Francji uważnie, bo na początku czerwca przedstawiła pakiet drogowy, który jest wyjątkowo niekorzystny dla kierowców ciężarówek ze wschodniej Europy. Jak ocenia Zrzeszenie Międzynarodowych Przewoźników Drogowych, po Europie jeździ obecnie ok. 200 tys. ciężarówek z Polski. Według proponowanych przez Unię zasad polscy kierowcy jeżdżący na Zachód (w unijnym żargonie tzw. pracownicy delegowani) będą musieli po trzech dniach pobytu w innym kraju otrzymywać wynagrodzenie równe temu, które tam obowiązuje, co spowoduje, że przestaną być konkurencją dla kolegów z bogatszych krajów Unii.

W butach wielkiej brytanii

Niestety, to nie koniec złych wieści płynących z Brukseli. Komisja Europejska zignorowała obawy Polski oraz m.in. Rumunii i kilka dni temu zdecydowała o negocjowaniu z Gazpromem warunków budowy gazociągu Nord Stream 2, co w praktyce oznacza dostosowanie unijnego prawa do rosyjskich potrzeb i obejście zasady mówiącej o konieczności dywersyfikacji dostaw. Trzeba dodać do tego narzuconą przez Unię perspektywę znacznego ograniczenia emisji dwutlenku węgla, co boleśnie odbije się na opartym na węglu polskim przemyśle. Coraz częściej też wywierane są na Polskę naciski w sprawie wejścia naszego kraju do borykającej się z wiecznym kryzysem strefy euro. Naprawdę trudno więc myśleć o członkostwie w Unii wyłącznie w kategoriach korzyści.

Daniel Kawczynski, brytyjski poseł Partii Konserwatywnej polskiego pochodzenia, namawia nas nawet do podjęcia w Unii funkcji, którą kiedyś spełniała Wielka Brytania sprzeciwstawiająca się niemiecko-francuskim planom budowy europejskiego superpaństwa. – Nam się wprawdzie nie udało, ale Polsce będzie łatwiej, bo Unia nie może sobie już pozwolić na utratę kolejnych krajów, na przykład Polski i Czech – przekonuje Kawczynski. Jego zdaniem za jakiś czas i tak pojawią się dwie Europy: ta oparta na wolnym handlu, do której będą należeć: Wielka Brytania, Islandia, Norwegia, Szwajcaria i być może nawet Turcja, a z drugiej strony europejskie superpaństwo. – I jakiś kolejny polski rząd będzie musiał zdecydować, czy Polska chce być częścią ponadnarodowego superpaństwa z jednolitą walutą, armią i polityką zagraniczną, kontrolowanego przez Berlin albo Brukselę, czy ma odwagę, żeby wyjść z takiej Unii i dołączyć do bloku wolnego handlu. Dziś w Polsce to jednak mało realny scenariusz.

Polacy wciąż postrzegają europejską wspólnotę pozytywnie i kojarzą ją z otwartymi granicami, funduszami unijnymi i transferem wiedzy organizacyjnej. Eurodeputowany PiS Zdzisław Krasnodębski radzi więc umiar w podejściu do Unii i cierpliwe budowanie sojuszy, bo dorosłe życie w Unii od zawsze polegało przecież na ścieraniu się interesów wielu państw. – Co do meritum trzeba być zdecydowanym, ale dbać o formę kontaktów z Unią: uśmiechać się, mówić o wspólnocie interesów, łagodzić kwestie sporne i przekonywać do swoich racji – mówi „Wprost” Krasnodębski. – Twardej postawie powinna też towarzyszyć z naszej strony konkretna oferta. Niemcom proponujemy przecież bardzo dużo: wielki rynek i znakomitych pracowników – dodaje. Taktyka twardej obrony interesów najwyraźniej się opłaca, bo według najnowszego rankingu wpływu na politykę UE opublikowanego przez European Council on Foreign Relations Polska zajmuje piąte miejsce wśród wielkiej szóstki Europy, wyprzedzając przy tym Hiszpanię. Profesor Krasnodębski przyznaje jednak, że za 20 lat może się okazać, że koszty trwania w Unii są zbyt wysokie, warto więc być przygotowanym na nowe scenariusze.

Sojusz na xxi w.

Dlatego w samą porę do Polski przyjeżdża prezydent Donald Trump. Jeśli zgodnie z pierwszymi zapowiedziami płynącymi z Białego Domu wystąpi na zbliżającym się szczycie Trójmorza w Warszawie i wesprze ten projekt, rysuje się być może poważna szansa na wzmocnienie pozycji Polski. Już dziś trudno jest Brukseli lekceważyć głos Grupy Wyszehradzkiej, choć składa się ona tylko z czterech unijnych państw. Można więc sobie wyobrazić, jaką siłę przebicia w Unii mogłyby mieć inicjatywy państw, które podpisały ubiegłoroczną deklarację Trójmorza w Dubrowniku. Jest to 12 krajów Europy Środkowej i Wschodniej leżących między Bałtykiem, Adriatykiem i Morzem Czarnym, stanowiących razem 28 proc. terytorium Unii i 22 proc. jej populacji.

Co ciekawe, jest wśród nich także Austria. Kraje Trójmorza chcą wspólnie wzmacniać bezpieczeństwo energetyczne Europy i wybudować arterie łączące północ Unii z południem. Potencjał rodzącej się z inicjatywy Polski nowej grupy wpływów bardzo szybko dostrzegli Amerykanie, choć stara Unia wyraźnie ten projekt ignoruje. Według gen. Jamesa L. Jonesa, szefa centrum ds. bezpieczeństwa Brent Scowcroft, działającego pod auspicjami Atlantic Council i byłego doradcy ds. bezpieczeństwa u prezydenta Obamy, Trójmorzem zainteresował się poważnie sam Rex Tillerson, sekretarz stanu w administracji Donalda Trumpa, a dawniej szef amerykańskiego giganta energetycznego ExxonMobil.

To może tłumaczyć szybkość, z jaką amerykański prezydent zdecydował się na przyjazd do Polski. Na kwietniowym szczycie Atlantic Council w Stambule gen. Jones nazwał Trójmorze projektem transatlantyckim i pomysłem na miarę XXI w. Amerykanie wietrzą z pewnością w tej inicjatywie dobry interes, ale Polska też na niej nie straci. Z gazoportu w Świnoujściu może przecież płynąć nie tylko gaz z Norwegii, lecz także skroplony gaz amerykański. Gdyby wybudować odpowiednią infrastrukturę, mógłby popłynąć do większości sygnatariuszy Trójmorza. Wspominał o tym w rozmowie z naszym tygodnikiem dr George Friedman, który zachęcał Polskę do zacieśnienia sojuszu z USA. Dzięki nowej technologii wydobycia węglowodorów z łupków Stany Zjednoczone są bowiem obecnie jednym z największych producentów ropy i gazu na świecie. Ceny tych surowców wciąż spadają i import amerykańskiego gazu do krajów Trójmorza mógłby się opłacać. Możliwe więc, że w bliskiej przyszłości nie trzeba się będzie przejmować niemiecko-rosyjskim projektem budowy kolejnego gazociągu, nawet jeśli otrzyma on uroczyste błogosławieństwo Komisji Europejskiej. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Czytaj też wywiad z Georgem Friedmanem „NATO na respiratorze” w nr. 21, dostępnym w archiwum wydań na Wprost.pl

Okładka tygodnika WPROST: 25/2017
Więcej możesz przeczytać w 25/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także