Do czego służy prezydent?

Do czego służy prezydent?

W niedobrym kierunku zmierza warszawska komisja reprywatyzacyjna. I rzecz bynajmniej nie w samym fakcie powołania takiego gremium. Dziś już wiadomo, że w warszawskiej reprywatyzacji działo się przez lata tyle złych rzeczy, że Sejm miał pełne prawo, aby powołać taki „ekstraorgan” rewizyjny dla zbadania wcześniej wydanych decyzji. Suwerenność parlamentu na tym właśnie polega, że w nadzwyczajnych okolicznościach może ustanawiać nadzwyczajne procedury. A „wzruszanie” prawomocnych aktów administracyjnych jest w takich sytuacjach rzeczą najzupełniej dopuszczalną. Krótko mówiąc: komisja ministra Patryka Jakiego jest tworem, którego stworzenie uzasadniały reprywatyzacyjne wynaturzenia.

Drugą stroną medalu są intencje twórców komisji. Dla każdego rozsądnego człowieka są one tak samo jasne jak intencje stojące za komisją śledczą ds. Amber Gold. W jednym i drugim przypadku idzie o dopadnięcie czołowych polityków PO, przy czym, o ile panią poseł Małgorzatę Wassermann oddelegowano do dopadnięcia samego Donalda Tuska, to minister Patryk Jaki ma dopaść „tylko” panią prezydent Hannę Waltzową. W polityce tego rodzaju misje nie należą ani do szczególnie szlachetnych, ani (jak sądzę) do nazbyt przyjemnych dla ich wykonawców, ale też sprawnie je wykonując, można podreperować własną przyszłą partyjną karierę. I nie ma się co na tę oczywistą prawdę zbytnio oburzać, tym bardziej że przecież nie od dziś żyjemy w sytuacji międzypartyjnego konfliktu, napiętego do granic ostateczności. Można w tym mechanizmie upatrywać nawet pewnych efektów dobroczynnych. Skoro za wszelką cenę chce się tu dopaść przeciwników, to obywatel ma przynajmniej pewność, że politycy nie są w zmowie mającej na celu ukryć złodziejstwo i korupcję. Dla sanacji życia publicznego mogłoby to mieć nawet całkiem dobroczynne skutki. Pod jednym wszakże warunkiem. Tym mianowicie, że przy okazji nie podważa się reguł, bez których dobre rządzenie w ogóle nie jest możliwe. Ostatnio komisję reprywatyzacyjną zaaferował rzekomo „nieformalny” tryb podejmowania decyzji w warszawskim magistracie, który miałby polegaćna mieszaniu się pani prezydent Waltzowej w proces ich wydawania. Cała rzecz wyszła przy okazji przesłuchania jednego z byłych urzędników magistrackich, który ujawnił „wstrząsający” dla komisji fakt istnienia „komitetu sterującego”, składającego się z pani prezydent i jej kluczowych urzędników, w trakcie zebrań którego miały zapadać kluczowe decyzje, także co do reprywatyzacji. Minister Jaki z wyraźnym podnieceniem uznał to za odkrycie „nieformalnego ciała” w magistracie, którego istnienie miałoby być świadectwem istnienia sławetnego „układu”. Zaraz potem rzecz podchwyciły gazety, a zarówno Waltzowa, jak i jej rzecznik stanowczo zaprzeczyli, jakoby pani prezydent mieszała się w tok decyzji reprywatyzacyjnych. Całkiem niewykluczone, że Waltzowa chciałaby dziś przekonać, że zawsze trzymała się jak najdalej od procedur, które być może skażone były korupcją. A z kolei Jaki chciałby ją jak najgłębiej w owe procedury „umoczyć”. Ale obok rozgrywki PiS kontra PO w tej sprawie jest jeszcze ustawa samorządowa i zasady dobrego rządzenia. Ta pierwsza mówi, że decyzje administracyjne wydaje prezydent miasta i za nie odpowiada. Jeśli czynią to jacyś urzędnicy, to tylko na podstawie upoważnienia prezydenta i zawsze w jego imieniu. Zwłaszcza po reformie 2002 r., koncentrującej całość miejskiej egzekutywy jednoosobowo w ręku prezydenta, rzecz ta nie może budzić żadnych wątpliwości. Oskarżanie zatem prezydenta miasta o to, że osobiście podejmuje decyzje, tworzy „komitety sterujące” dla ich przedyskutowania albo domaga się akt jakiejś sprawy do przejrzenia, jest nie tylko prawnie absurdalne, ale co może ważniejsze – uderza w podstawową regułę dobrego rządzenia. Reguła ta głosi, iż decyzje kształtować winien ten, kto potem za nie odpowiada. Linia ataku wyznaczona przez ministra Jakiego jest więc jednako bezsensowna jak linia obrony prezydent Waltzowej. Z perspektywy zaś obywatela można tylko postawić retoryczne pytanie: a po co komu prezydent, który miałby bezczynnie gapić się, jak jego urzędnicy wydają decyzje, do niczego się nie wtrącać, a potem także za nic nie odpowiadać? g

Okładka tygodnika WPROST: 27/2017
Więcej możesz przeczytać w 27/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także