Powrót wojny totalnej

Powrót wojny totalnej

Zbigniew Ziobro
Zbigniew Ziobro / Źródło: Newspix.pl / KAROL SEREWIS
Walka o sądy to nowa płaszczyzna konfliktu między opozycją a PiS. Wszystko wskazuje na to, że stoimy w przededniu kolejnej eskalacji emocji politycznych.

Pamiętacie zapowiedzi PiS z niedawnego kongresu programowego? Partia rządząca miała się zająć wyciszaniem konfliktów politycznych, uśmierzaniem emocji i spokojnym rządzeniem w miłej atmosferze do końca kadencji. W wydaniu PiS wyciszanie konfliktów to rozpętanie wojny atomowej o Sąd Najwyższy i pomniejszej wojenki o nowy podatek, który ma być nałożony na paliwa. Te dwie rzeczy zbiegły się z wetem prezydenta do ustawy o regionalnych izbach obrachunkowych. Na zakończenie sezonu politycznego mamy burzę z piorunami.

Sądy na wakacje

Ustawa o Sądzie Najwyższym najbardziej z wymienionych spraw wzburzyła opozycję. Niewykluczone, że szykuje się powtórka z protestów pod Sejmem, jakie miały miejsce w grudniu ubiegłego roku w obronie mediów. Termin zaprezentowania ustawy o Sądzie Najwyższym i uchwalenia ustaw: o Krajowej Radzie Sądownictwa oraz o ustroju sądów powszechnych został świetnie wybrany. Ustawa, która daje partii rządzącej prawo do wygaszenia kadencji członków Sądu Najwyższego, i powołanie nowych przez ministra sprawiedliwości, wywołuje zrozumiały opór opozycji i środowisk sędziowskich. Kamieniem obrazy jest sam fakt, że znienawidzony minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro wskaże, kto zasiądzie w Sądzie Najwyższym. Co prawda tylko na okres przejściowy, na dwa, góra trzy miesiące, do wyboru nowych sędziów Sądu Najwyższego przez Krajową Radę Sądownictwa. Ale ta rada, po właśnie przeforsowanych zmianach, też już będzie zupełnie nowa i podporządkowana politycznie obozowi rządzącemu.

To wszystko wywołuje potężne obawy o uzależnienie sądów od polityków i trudno przejść nad tym do porządku dziennego. Opozycja będzie więc protestować. Jednak fakt, że rozprawa z sądami została przeniesiona na wakacje, tuż przed przerwą w pracy Sejmu, skazuje ewentualne akcje opozycji na słaby rezonans społeczny. Tymczasem opozycja wyraźnie ma ochotę na totalny protest, na wzór tego z grudnia ubiegłego roku. Mówił o tym otwarcie lider PO Grzegorz Schetyna na konferencji prasowej w Sejmie. – Wiemy, że tylko w sposób spektakularny, pokazując i uruchamiając emocje, także tu, w parlamencie i poza nim, będziemy mogli zablokować to złe prawo. To jest koniec etapu, to jest koniec epoki, to jest koniec demokracji w Polsce – mówił szef Platformy (w grudniu też mówiono o końcu demokracji). W odpowiedzi Jarosław Kaczyński, prezes PiS, na swojej konferencji powiedział: – Obiecaliśmy Polakom reformę wymiaru sprawiedliwości, mamy konstytucyjne prawo zmienić ustrój sądów i przy tej okazji wygaszać kadencje sędziów i przeprowadzimy to. Prezes PiS dodał, że jeżeli opozycja ucieknie się do łamania prawa, to nie pozostanie to bezkarne. A więc strony okopały się na pozycjach i nie zamierzają iść na żadne kompromisy.

To jednak PiS zajął lepszą pozycję, bo wraz z ostatnim posiedzeniem Sejmu, które odbędzie się w tym tygodniu, protest pod Sejmem straci sens. A powrót do totalnych protestów po wakacjach będzie trudny. To dowodzi, że inaczej niż w sprawie mediów, w sprawie sądów PiS nie będzie się chciał cofnąć ani o krok. Jeżeli ktoś sądzi, że posłowie PiS będą się buntować przeciwko tej ustawie, to jest w błędzie. Członkowie partii rządzącej uważają, że sądy są ostatnim bastionem postkomunizmu, który trzeba obalić. I że kontrowersyjny projekt ustawy o Sądzie Najwyższym został starannie przygotowany. Świadczyć ma o tym fakt, że do jego prezentacji został wyznaczony niepozorny adwokat Andrzej Matusiewicz. To stary działacz partyjny. W PiS ma opinię człowieka o nieposzlakowanym życiorysie, bronił internowanych opozycjonistów w czasach PRL. Nikt więc nie będzie mógł zarzucić PiS, że do ścigania postkomunistów w sądach oddelegował członka PZPR, tak jak to było w przypadku Stanisława Piotrowicza wyznaczonego do rozprawy z Trybunałem Konstytucyjnym. W klubie PiS można też usłyszeć, że jedynym słabym punktem ustawy jest powoływanie sędziów Sądu Najwyższego na okres przejściowy przez ministra sprawiedliwości. – Byłoby lepiej, gdyby sędziów powoływał prezydent na wniosek ministra sprawiedliwości. Wtedy byłoby to zgodne z konstytucyjnym porządkiem, ale być może kierownictwo partii nie ma zaufania do prezydenta – zastanawia się mój rozmówca.

Weto, czyli zasłona dymna

W tej zawierusze związanej z Sądem Najwyższym na plan dalszy zeszło weto prezydenta do ustawy o regionalnych izbach obrachunkowych. Pierwsze od wyborów w 2015 r. weto wobec prawa autorstwa PiS. RIO nadzorują samorządy. Przyjęta ustawa miała umożliwić personalne przeoranie izb i otworzyć furtkę do wprowadzania zarządów komisarycznych w miastach i wsiach rządzonych przez obecną opozycję. Prezydent Andrzej Duda spotkał się z lokalnymi politykami, którzy grzmieli o zamachu na samorządność, i nowe przepisy zawetował. Paradoksalnie – bo wydawało się, że to ważna dla PiS ustawa – nikt w partii specjalnie się tym nie przejął. W telewizyjnych „Wiadomościach” (działacze PiS czerpią z nich wiedzę o oficjalnej wykładni partii w najważniejszych sprawach) wystąpił senator Jan Maria Jackowski, który oznajmił, że prezydent pokazał swoją niezależność. A to – według senatora – dowodzi, że nie można prezydenta dłużej oskarżać o to, iż jest marionetką Jarosława Kaczyńskiego. I tyle w temacie.

Ta nonszalancka postawa PiS wobec weta prezydenta zrodziła natychmiast podejrzenia, że jest to rodzaj gry, ustalonej między prezydentem a PiS, w celu podbudowania pozycji głowy państwa. Byłoby to dosyć kosztowne dopieszczanie ego Andrzeja Dudy, bo jeżeli partia rządząca coś uchwala, to znaczy, że jej na tym zależy. A jeżeli nie zależy, to po co uchwala? Można więc uznać taki scenariusz za mało prawdopodobny. W samym PiS z kolei można usłyszeć dwojakie wyjaśnienie tego aktu samodzielności w wykonaniu Andrzeja Dudy. Pierwsze brzmi, że weto ma osłodzić opinii publicznej – i być może samemu prezydentowi – gorzką pigułkę, jaką będzie podpisanie wszystkich ustaw związanych z reformą sądownictwa – o ustroju sądów, o Krajowej Radzie Sądownictwa i wreszcie wspomnianą już o Sądzie Najwyższym.

Rozumowanie prezydenta mogłoby więc wyglądać następująco: wetuję jedno, żeby móc podpisać coś znacznie ważniejszego dla PiS. Drugie wyjaśnienie po części łączy się z pierwszym. Otóż, według niektórych moich rozmówców, na zawetowanie tej ustawy szczególnie naciskał wicepremier i minister nauki Jarosław Gowin, który od miesięcy zacieśnia współpracę z głową państwa. – Prezydent odnosi z tej współpracy realne korzyści, bo np. Adam Bielan, człowiek Gowina, przyczynił się do przyjazdu prezydenta USA Donalda Trumpa do Warszawy, a cały sukces tej wizyty poszedł na konto Andrzeja Dudy – mówi mój rozmówca. – A że nie był to pierwszy raz, kiedy Gowin naciskał na użycie weta, niewykluczone, że Andrzej Duda uznał, iż wreszcie trzeba się wicepremierowi odpłacić za uzyskane korzyści. Według naszego rozmówcy prezydent mógł też przekalkulować, że Gowin będzie go namawiał do weta również w przypadku ustaw reformujących sądownictwo. I tutaj znowu pojawia się myślenie: wetuję jedno, żeby nie musieć wetować czegoś znacznie ważniejszego. Oczywiście politycy PiS nie siedzą w głowie Andrzeja Dudy i nie mogą powiedzieć na pewno, że takie kalkulacje rzeczywiście miały miejsce. Ale to, że prezydent nie zawetuje ustaw sądowych, jest przesądzone. Andrzej Dera, prezydencki minister, politycznie związany ze Zbigniewem Ziobrą, już powiedział, że wątpliwości prezydenta wobec ustawy o KRS zostały rozwiane. A więc jesień przyniesie nam eskalację emocji politycznych. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 29/2017
Więcej możesz przeczytać w 29/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0