Marzenia o niepodległości

Marzenia o niepodległości

Marzenia o niepodległości
Marzenia o niepodległości / Źródło: Getty Images
W Kalifornii zaroiło się od separatystów. Jedni nie chcą już być częścią usa, inni chcą powołać nowy stan. Ale kto za nimi stoi?

Rozwieść się nie jest łatwo. Właśnie przekonuje się o tym Wielka Brytania. Od czasu przedterminowych wyborów, w których torysi odnieśli pyrrusowe zwycięstwo, coraz głośniej mówi się tam o możliwości zablokowania brexitu. Ostatnio głos w tej sprawie zabrał nawet były premier Tony Blair, który zasugerował, że Wielka Brytania mogłaby jednak zostać w Unii, jeśli ta się dla niej trochę zmieni i przymknie oko na brytyjskie plany ograniczenia imigracji. Negocjacje w sprawie rozwodu z Brukselą nie idą zresztą najlepiej. Londyn nie chce przepłacać za wyjście z Unii, a Bruksela postanowiła wystawić wyjątkowo słony rachunek. Jednak kłopoty Brytyjczyków nie zrażają innych secesjonistów. Na swoją kolej niecierpliwie czekają już Katalonia i Szkocja [patrz ramka], a ostatnio o wyjściu z federacji 50 amerykańskich stanów marzą także niektórzy mieszkańcy bogatej Kalifornii.

California dreaming

W USA wyszedł właśnie komiks pt. „Calexit” (połączenie dwóch angielskich słów: California i exit, czyli wyjście) wydawnictwa Black Mask Studios, który opowiada o buncie Kalifornii przeciwko amerykańskiemu rządowi federalnemu. Rewolta ma miejsce w niedalekiej przyszłości, kiedy to z powodu ocieplenia klimatu zachodnie wybrzeże USA zaczyna wyglądać jak pustynia. Mieszkańcy Kalifornii chcą się jednak oderwać od Stanów nie tylko z powodu błędnej, według nich, polityki klimatycznej rządu. Chcą też bronić imigrantów. Wszystko to dzieje się bowiem w czasach kolejnych lat prezydentury Donalda Trumpa, a iskrą, która podpala lont rewolucji, jest dekret prezydenta o deportacji imigrantów. Kalifornijscy urzędnicy stanowi ignorują zarządzenie prezydenta i ogłaszają Kalifornię tzw. miastem sanktuarium (ang. sanctuary city), w którym przybysze z Meksyku i innych krajów mogą się czuć bezpiecznie. Sytuacja zaczyna się jednak komplikować, kiedy kalifornijska prowincja opowiada się za rządem federalnym. Autor komiksu Matteo Pizzolo zarzekał się w wywiadzie z magazynem „Entertainment Weekly”, że pomysł na „Calexit” pojawił się jeszcze przed ubiegłorocznymi wyborami. Nie da się jednak ukryć, że to właśnie wyborcze zwycięstwo kandydata Partii Republikańskiej napędza szeregi już jak najbardziej realnego ruchu na rzecz Calexitu. W Kalifornii trwa bowiem kampania „Yes California” mająca przekonać mieszkańców, żeby w przyszłorocznych wyborach na gubernatora zagłosowali za przeprowadzeniem w 2019 r. referendum w sprawie ustanowienia niepodległej Kalifornii. Amerykańskie media podejrzewają, że w tej – nieśmiałej na razie – próbie oderwania najbogatszego stanu od USA palce maczają Rosjanie.

Rosyjskie macki

Jednym z koronnych argumentów działających od 2015 r. kalifornijskich separatystów jest niechęć do finansowania z ich podatków astronomicznego budżetu armii. A Rosjanie zawsze lubili wspierać tego typu pacyfistyczne ruchy na Zachodzie. Śladów zostawili zresztą więcej, bo liderem ruchu secesjonistów był dotychczas 30-letni, urodzony w Nowym Jorku Louis Marinelli, który studiował w Sankt Petersburgu, a obecnie mieszka w Rosji i uczy angielskiego w szkole językowej w Jekaterynburgu na Uralu. W wywiadzie, którego udzielił niedawno portugalskiemu tygodnikowi „Visão”, deklaruje, że woli żyć w Rosji, bo „nie jest tak opresyjna jak USA”. Początki jego kariery politycznej były dość dziwne. Jak podaje magazyn „National Review”, Marinelli działał kiedyś w ruchu na rzecz tradycyjnych małżeństw, sprzeciwiającym się usankcjonowaniu małżeństw homoseksualnych – National Organization for Marriage. Potem nagle opuścił NOM i publicznie wsparł homoseksualistów. W ubiegłorocznych prawyborach głosował na demokratę Berniego Sandersa, ale w wyborach oddał głos na Donalda Trumpa, tłumacząc, że był to protest przeciwko nieuczciwemu potraktowaniu senatora z Vermont przez Hillary Clinton. Nikt mu jednak tej decyzji w Kalifornii nie wytyka, mimo że większość mieszkańców Zachodniego Wybrzeża głosowała na Clinton i ma lewicowe poglądy. Niespodziewane zwycięstwo Trumpa sprawiło bowiem, że demokraci z dnia na dzień zaczęli popierać niepodległą Kalifornię, a Marinelli stał się znany. Za secesją opowiadają się dziś nawet tak poważni biznesmeni z Silicon Valley, jak stojący m.in. za Uberem Shervin Pishevar. Na stronie „Yes California” można przeczytać, że niepodległość Złotego Stanu wspiera już 30 proc. jego mieszkańców. A skąd wzięły się pieniądze na kampanię?

Jak podejrzewają amerykańskie media, Marinelli otrzymywał wsparcie finansowe od rosyjskiej organizacji antyglobalistycznej zależnej od Kremla. Separatysta miał do dyspozycji biuro w Moskwie, gdzie urządził coś w rodzaju ambasady Kalifornii. Dzięki rosyjskiemu wsparciu Marinelli zorganizował także międzynarodową konferencję separatystów, która odbyła się w moskiewskim hotelu Ritz-Carlton. Mimo to w rozmowie z portugalskim tygodnikiem „Visão” zapewnia, że nie czuje się wykorzystywany przez Kreml i bagatelizuje oskarżenia o mieszanie się Rosji w wybory w innych krajach. Tłumaczy, że to raczej styl działania typowy dla Amerykanów. A dziennikarzy, którzy zarzucają mu zbyt bliskie związki z Kremlem, oskarża o produkcję fake newsów. Jednak podejrzane powiązania Marinellego z Kremlem były prawdopodobnie przyczyną zmian w kierownictwie kampanii „Yes California”. Na początku lipca bieżącego roku nowym prezesem ruchu secesjonistów został Ruiz Evans, dotychczasowy wiceprezes i, obok Marinellego, jeden z jego założycieli. Marinelli będzie odtąd pełnić jedynie funkcję doradcy. Jedną z pierwszych decyzji Evansa było zamknięcie tzw. ambasady Kalifornii w Moskwie, uznał ją bowiem za miejsce, które niepotrzebnie dzieli zwolenników secesji. Evans ma przed sobą trudne zadanie. Musi do 25 lipca zebrać ponad 580 tys. głosów, żeby wprowadzić głosowanie w sprawie zorganizowania referendum niepodległościowego do programu wyborów nowego gubernatora Kalifornii. Jeśli mieszkańcy zagłosują za referendum, zostanie ono zorganizowane w marcu 2019 r. Jednak jeśli nawet Kalifornia zagłosuje za niepodległością, jej decyzja będzie musiała zostać zatwierdzona przez Kongres co najmniej dwoma trzecimi głosów. Na niepodległość Kalifornii musiałoby się też zgodzić co najmniej 38 z 50 amerykańskich stanów.

Dwie Kalifornie

W Kalifornii działa też inny, dla odmiany prawicowy, ruch dążący do zmiany granic, wspierany przez byłego lidera Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa Nigela Farage’a. Jego zwolennikom chodzi o podział Złotego Stanu na dwa: zachodni – miejski i postępowy – oraz wschodni, bardziej rolniczy i równocześnie konserwatywny. Jak donosi prawicowy portal informacyjny Breitbart, Farage zebrał wiosną na kampanię na rzecz podziału Kalifornii i utworzenia nowego stanu Jefferson milion dolarów. Projekt powstania stanu Jefferson popierają mieszkańcy prowincjonalnej Kalifornii, którzy w większości głosowali w ostatnich wyborach na Trumpa. To zwolennicy niskich podatków, ograniczenia biurokracji i przeciwnicy nielegalnej imigracji. Nowy – 51. – stan Ameryki składałby się z 21 hrabstw, które według Farage’a mają dość władzy dużych miast: przede wszystkim San Francisco i Los Angeles. Jeśli więc zapał kalifornijskich secesjonistów z jednej, a konserwatystów z drugiej strony nie osłabnie, możliwe, że w niedalekiej przyszłości na mapie USA pojawi się Republika Kalifornii i nowy amerykański stan Jefferson. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 30/2017
Więcej możesz przeczytać w 30/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także