Państwo za słabe na burzę

Państwo za słabe na burzę

Usuwanie skutków nawałnicy w Rytlu, 18 sierpnia
Usuwanie skutków nawałnicy w Rytlu, 18 sierpnia / Źródło: Newspix.pl / MIROSLAW PIESLAK
Po nawałnicy na Pomorzu znowu okazało się, że ludzie w Polsce potrafią się świetnie zorganizować, tylko państwu się to nie udaje.

Pierwsi ruszyli na pomoc mieszkańcy Lotynia. Kiedy w nocy burza ucichła, zebrali się w centralnym punkcie wsi. Co się działo, wiemy z relacji naczelnika harcerzy ZHR Roberta Kowalskiego zamieszczonej na stronie ZHR. Chociaż wichura we wsi pozrywała dachy, poprzewracała drzewa na domy, płoty i samochody, 12 osób wyruszyło w ciemności w to, co przed burzą było lasem, a teraz stało się rumowiskiem. Przez dwie godziny przedzierali się przez powalone drzewa do oddalonego o trzy kilometry obozu harcerskiego w Suszku. Dotarli o pierwszej. Ani karetki, ani wozy strażackie, ani nawet samochody terenowe w ciągu najbliższych godzin nie miały szansy tam się dostać. Dla przerażonych, zmarzniętych i poranionych harcerzy byli więc jedynym ratunkiem. „Po dwóch godzinach czekania w ciemności i chłodzie harcerze dostają coś najważniejszego – otuchę i nadzieję, że ktoś się nimi interesuje” – pisze harcmistrz Kowalski. Obóz zniknął pod drzewami. Przy pomocy mieszkańców Lotynia można było przeczesać teren. Okazało się, że dwie harcerki nie żyją, 34 harcerzy zostało rannych. W sumie w nawałnicy, która przeszła nad Pomorzem, zginęło pięć osób. Tysiące domów zostało zniszczonych, na dziesiątkach tysięcy hektarów leżą połamane drzewa. Ponad 100 tys. ludzi zostało pozbawionych prądu, wielu jeszcze przez kilka dni było odciętych od świata. Gdyby nie wzajemna pomoc ludzi, którzy, jak mieszkańcy Lotynia, ruszyli innym na ratunek, skutki tej tragedii byłyby jeszcze gorsze. Bez zaangażowania mieszkańców, sąsiadów, lokalnych firm, samorządów i ludzi z innych miast straż pożarna miałaby małe szanse na sprawne usuwanie zwalisk, brakowałoby pił, ubrań, woderów, kasków, butelek z wodą, chleba i wielu innych niezbędnych rzeczy. To, co wydarzyło się na Pomorzu po wichurze 11 sierpnia, pokazało moc społecznego zaangażowania ludzi i jednoczesną słabość państwa wtedy, gdy jest ono swoim obywatelom najbardziej potrzebne.

Huk

Że wieczorem może być burza, było wiadomo od rana. W prognozach zapowiadano wyładowania atmosferyczne, silny wiatr, grad. – Byłam na spacerze w lesie, kiedy z daleka zaczynało grzmieć – opowiada Joanna Turzyńska z Trzebunia, radna gminy Dziemiany. – Pomyślałam, że trzeba wracać, schować samochód do garażu, żeby grad go nie porysował. U Joanny Turzyńskiej była siostra. Dzieci położyły spać na piętrze, same siedziały na dole. Nagle poczuły, że dzieje się coś dziwnego. Za oknem był błysk, ale nie chwilowy, lecz długi, trwał pół godziny i nie było słychać grzmotów. – Było nienaturalnie jasno, ale pioruny nie szły do ziemi, tylko rozchodziły się na boki po niebie – opowiada Krzysztof Skrzydłowski, gdańszczanin, który był w domu letniskowym w Raciążu, 10 km od Suszka. – Nagle grzmotnęło – mówi Joanna Turzyńska. – Strasznie. Dom się zatrząsł. Pobiegłyśmy z siostrą po dzieci i schowaliśmy się do piwnicy. – Okno otworzyło się z hukiem, nie mogliśmy go zamknąć w dwie osoby – mówi Krzysztof Skrzydłowski. – Huk burzy i wichury był tak potężny, że nie było słychać, że walą się drzewa. Zobaczyliśmy je rano. – Rano z trudem wyszłam z domu, bo drzewa leżały złożone jedno na drugim – mówi Turzyńska. – Baloty słomy, które ważą po 200 kg, były przestawione przez wiatr w inne miejsca. Części tarasu znalazłam pół kilometra dalej, na polu. Zerwało mi kawałek dachu. I tak miałam szczęście. Rodzina z dziećmi jechała akurat drogą, kiedy drzewa zaczęły spadać przed nimi i za nimi. Utknęli, modlili się o życie, dzieci płakały. Czekali wiele godzin na pomoc. Pomorskie Obserwatorium Burzowe w Lniskach podało później, że to, co przetoczyło się nad Kaszubami, to bow echo, czyli formacja ściśle powiązanych ze sobą burz. Porusza się bardzo szybko, ta piątkowa przemieszczała się z prędkością 90-100 km/h, pokonując trasę z Pruszcza Gdańskiego do Gdyni w około 20 minut. Burzom tego typu towarzyszą silne wiatry, trąby powietrzne. Tej też towarzyszyły.

Cisza

Jolanta Fierek, burmistrz gminy Czersk, pamięta nienaturalną ciszę następnego dnia rano. – Mieszkaliśmy wśród lasów, budził nas śpiew ptaków. Teraz mamy krajobraz księżycowy. Na naszym logo jest hasło „Czersk w sercu Borów”. Po nawałnicy ktoś powiedział, że musimy zmienić logo. Zachciało mi się płakać. Turzyńska porównuje krajobraz do zapałek powtykanych w ziemię. Tam, gdzie ciągnęły się wysokie lasy, drzewa pokładły się na siebie jak kostki domina, a z ziemi sterczą połamane kikuty. W niedzielę w internecie pojawiają się pierwsze filmy nagrane przez kierowców, którzy przejeżdżają odblokowanymi drogami. Kolejne minuty filmu mijają, a za oknem samochodu te same, niekończące się kikuty. W sobotę zaczyna się liczenie strat i porządki. We wsiach nie ma łączności, nie działają komórki. Tam, gdzie to możliwe, komunikacja odbywa się na portalach społecznościowych. Ktoś pisze, że śpi na dworze, bo dom jest zniszczony. Niektórzy stracili domy, niektórzy tylko dachy, inni część ścian. Zniszczone stodoły i obory, co ze zwierzętami? Teraz widać, że leżą nie tylko drzewa, ale także wielkie słupy wysokiego napięcia, połamane jak zabawki. Nie ma prądu, a więc i wody. Zaczyna się robić groźnie, bo pić muszą nie tylko ludzie, lecz także krowy i świnie. Na farmach jest ich po kilkaset albo po tysiąc. – Bez prądu nie da się uruchomić dojarek – mówi Turzyńska. Niepewność pogłębia brak informacji. – We wsi wisiało tylko ogłoszenie, że wstęp do lasu jest zabroniony – opowiada Krzysztof Skrzydłowski. – Nie wiedziałem, czy gdzieś stoją beczkowozy, czy są agregaty. Jeździłem się kąpać do jeziora, wodę do picia brałem ze studni. Szukałem jakichś informacji na stronie elektrowni, która dostarcza tu prąd. Długo musiałem się przeklikiwać przez różne nieistotne aktualności, żeby znaleźć komunikat, że wystąpiła awaria i prądu nie ma. Gminy wystawiają agregaty, jest ich jednak za mało. W niedzielę we wsi Rytel sołtys Łukasz Ossowski na stronie facebookowej sołectwa rozkręca sztab informacyjny. Co kilka godzin pojawiają się nowe posty. Zaprasza mieszkańców na zebranie w świetlicy. Ludzie pytają: dlaczego wojsko nam nie pomoże w usuwaniu drzew? Dlaczego nie został ogłoszony stan klęski żywiołowej? Później okaże się, że wojewoda pomorski Dariusz Drelich nie widzi potrzeby ogłaszania klęski. Jeszcze później powie reporterowi „Faktów” TVN, że nie będzie wysyłał wojska do zbierania gałęzi i zamiatania liści. Wystarczy straż pożarna, leśnicy i pomoc okolicznych mieszkańców.

Wojsko jednak pracuje. W okolice Rytla jedzie 60 żołnierzy, a specjalistyczny sprzęt nad przywalone drzewami rzeki Brda, Wda i Wielki Kanał Wdy, które mogą wylać. Ale to dopiero w poniedziałek. Wcześniej uwięzieni we wsiach i siedliskach ludzie sami piłują kłody i czekają na pomoc. Na pilarzy, prąd i wodę. – Niektóre wsie jeszcze w niedzielę były odcięte – mówi Turzyńska. Do piłowania ruszają strażacy z jednostek ochotniczych i zawodowych. Mieszkańcy przynoszą im jedzenie, wodę i energetyki. Joanna Turzyńska w niedzielę napisała na Facebooku post, który udostępniło prawie 800 osób. „Mieszkamy w samym sercu tej pomorskiej tragedii. Dookoła nas są budynki bez dachów, drogi zagrodzone wielokilometrowymi rumowiskami, tysiące hektarów lasu i w zasadzie wszelki drzewostan ścięty i zrównany z ziemią. Prądu i wody nie będziemy mieć prawdopodobnie przez kilka tygodni. Dziś dotarłam do Brus i odbiornika TV. Tymczasem w programie informacyjnym słyszę o... przebiegających kontrolach obozów harcerskich! I prokuraturze przyglądającej się ludziom, którzy znaleźli się w oku cyklonu?! Chcę usłyszeć, że wysyłają do nas wojsko, wodę, że mają program wsparcia tych wszystkich setek rodzin dosłownie bez dachu nad głową, że mają plan na zagospodarowanie tej niebotycznej góry drewna, która leży teraz na ziemi. Pewnie prościej zagłuszyć skalę problemu, koncentrując uwagę na druhach”. Bo pierwszą reakcją rządu była kontrola bezpieczeństwa na obozach harcerskich, a prokuratura zaczęła badać, czy na obozie w Suszku nie doszło do nieprawidłowości. Do obrad na temat sytuacji ofiar kataklizmu rząd zasiadł we wtorek, 15 sierpnia. Obiecał pomoc finansową. Tego samego dnia premier Beata Szydło, minister obrony Antoni Macierewicz i minister środowiska Jan Szyszko przyjechali do Rytla i objechali pobliskie wsie. Jednak tam byli już ludzie, którzy przyjechali wcześniej.

Pomoc

W poniedziałek sołectwo Rytel linkuje na Facebooku wpis Przemka Skrzypka związanego z ruchem Kukiz’15 w Bydgoszczy, który przyjechał na miejsce razem z posłem tego ruchu Pawłem Skuteckim. „Apokalipsa. Gdy człowiek przyzwyczai oczy do widoków jak z »Mad Maxa«, to od razu zaczyna się zastanawiać, gdzie jest wojsko i służby państwowe i dlaczego nie ogłoszono jeszcze stanu klęski żywiołowej? Mam nadzieję, że jutro w stronę Rytla i wszystkich miejscowości dotkniętych kataklizmem ruszą cysterny z paliwem, żołnierze z agregatami, kuchniami polowymi i punktami opieki medycznej; że dołączą do nich psychologowie, pracownicy socjalni, pilarze i inżynierowie; że będzie jak w amerykańskim filmie z happy endem”. Nie było jak w filmie. W Rytlu ani w innych miejscowościach nie zainstalował się państwowy sztab kryzysowy organizujący pomoc wyczerpanym mieszkańcom. Natomiast ruszyli tam ludzie. Na stronie sołectwa w Rytlu od soboty nowe posty pojawiają się co kilka godzin. W poniedziałek dziękują na dziś wolontariuszom, jest już 200 osób, wystarczy, zapraszają na następny dzień. Czego potrzeba: prowadnic do pił, 100 sztuk woderów, 200 sztuk kasków ochronnych. Co do kamizelek ochronnych – 200 już jedzie. Ubrań mają pod dostatkiem. W końcu pomoc dla Rytla jest tak duża, że zbierane tam dary przekazywane są dalej. Do pomocy nawołują znane twarze: Karolina Korwin-Piotrowska, Filip Chajzer, Marta Żmuda Trzebiatowska, Cezary Żak. Marszałek województwa pomorskiego Mieczysław Struk apeluje do samorządów o solidarną pomoc. Prezydent Sopotu Jacek Karnowski ogłasza, że wyśle do gminy Czersk, w której leży Rytel, pilarzy z Zakładu Komunalnego i Ochotniczej Straży Pożarnej w Sopocie oraz zwróci się do Rady Miasta o przekazanie 100 tys. zł na pomoc. – Państwo zadziałało za późno i za słabo – mówi Jacek Karnowski. – Pani burmistrz Czerska świetnie sobie radzi, ale tam powinien powstać sztab kryzysowy, pracownicy innych elektrowni powinni pracować przy naprawianiu linii energetycznych, wojsko powinno usuwać drzewa wzdłuż dróg, bo na razie są tylko odgarnięte. Tych 60 żołnierzy, którzy pracują nad rzeką, to za mało. Do pomocy ruszają mieszkańcy innych wsi i miast. Przewodniczka turystyczna z Gdańska, Inka Niemczewska, pojechała do Trzebunia. Opowiada, jak do tego doszło. – Niewiele osób z poszkodowanych terenów jest w stanie dawać sygnały światu, że potrzebne jest wsparcie. Nie ma kontaktu między potrzebującymi i tymi, którzy są gotowi pomóc. Sołtys Rytla jest wyjątkiem.

Wywołał pospolite ruszenie, przyjechali ludzie z piłami, wodą i jedzeniem. Jednak długo nikt nie wiedział, że na przykład w Brusach jest rodzina, która straciła wszystko, łącznie z dachem nad głową. Znajoma Niemczewskiej dowiedziała się o tych ludziach i zawiozła im przyczepę kempingową. Mogą w niej mieszkać, dopóki nie odbudują domu. Do środka załadowała pościel, środki czystości, dużo wody w butelkach. Niemczewska sytuację śledziła w internecie od soboty. W mediach też było niewiele, głównie o tragedii na obozie w Suszku. Przez pierwsze dni po nawałnicy media zajmowały się głównie próbą sił między prezydentem Andrzejem Dudą i ministrem Antonim Macierewiczem przed nadchodzącą paradą wojskową w Warszawie. To ludzie na portalach społecznościowych pisali, że wojsko jest teraz potrzebne na Kaszubach, a nie na paradzie. – Nigdzie nie mogłam znaleźć alarmów, próśb, informacji – mówi dalej Inka Niemczewska. – W końcu znalazłam na Twitterze wpis Michała Sargola z Chojnic. Ludzie zaczęli rozmawiać w sieci, że potrzebna jest pomoc. W biurach stowarzyszeń ruszyły zbiórki, uruchamiano konta pomocowe. Ja też pojechałam na Kaszuby, razem z koleżanką przewodniczką. Ponieważ było święto wojska, sklepy były zamknięte, Niemczewska przygotowała to, co miała w domu, w środę rano zrobiła jeszcze zakupy i ruszyła. Miała adresy ochotniczej straży pożarnej i tak trafiła do Trzebunia. – W siedzibie OSP było mnóstwo ludzi, bo strażacy akurat zjechali na obiad – opowiada. – Zapytałyśmy dowódcę, świetnego, konkretnego człowieka, czego potrzeba. Lista była klasyczna: piły, paliwo, ludzie, woda i jedzenie dla strażaków, bo pracują od rana do wieczora. Zostawiłyśmy to, co przywiozłyśmy jednej z rodzin, listę potrzeb i numery kontaktowe zabrałyśmy ze sobą. Najlepiej zorganizowane było tam OSP. Ludzi wzruszało, że pomoc jest prywatna, a nie od organizacji czy państwowa. Joanna Turzyńska wymienia darczyńców. – W firmie Complex, która produkuje drewno i artykuły drewniane, powiedzieli, że możemy brać, co chcemy: piły, pojemniki, żeby nosić zwierzętom wodę ze studni. W Lotyniu od początku pracowali harcerze. Chcą odwdzięczyć się za pomoc, z którą ruszyli mieszkańcy wtedy w nocy.

Rozkręcili też akcję „Agregaty dla Lotynia”. – Trzy agregaty już tam pojechały, wypożyczyły je osoby prywatne – mówi Krzysztof Goliszewski z ZHR w Gdańsku. – Potrzebne są jednak kolejne, zwłaszcza przemysłowe.

Co dalej

Mieszkańcy spustoszonych miejscowości dostaną odszkodowania, pomoc od rządu. Pieniądze to jednak za mało. Potrzebne są rozwiązania, które zapobiegną takim tragediom w przyszłości. Państwo, które nie sprawdziło się zaraz po nawałnicy, ma szansę zrobić to teraz. Wiele z powalonych drzew rośnie w lasach prywatnych. – Nie sprzątniemy tego sami – mówi Joanna Turzyńska. – To drewno w końcu się zaparzy i zmarnuje. Potrzebujemy pomocy przy porządkowaniu. Może leśnicy mogliby pomóc? W sieci ludzie piszą, że to dobra okazja, żeby wycofać harvestery z Puszczy Białowieskiej i przewieźć je na Kaszuby. Trwają apele o zaprzestanie wszelkich wycinek, skoro na Kaszubach leży tyle drewna, ile lasy państwowe pozyskują przez ok. 20 lat. Kolejna rzecz, na którą liczą właściciele powalonych lasów, to interwencyjny skup drewna. Drewno z wiatrołomów jest tańsze niż ścięte, ale i na nie muszą znaleźć się kupcy. Liczą, że państwo to zorganizuje. Turzyńska zwraca uwagę na kolejny problem. – To dobry moment na wprowadzenie specustawy na temat podziemnych linii przesyłających prąd – mówi. – Słupy są zniszczone, zamiast stawiać nowe, trzeba prowadzić linie pod ziemią, żeby przy następnej trąbie powietrznej, a podobno mamy się do nich przyzwyczajać, znowu nie doszło do katastrofy. No i ostatnie: system ostrzegania. Z prognoz nie wynikało, że burza będzie aż tak silna. Jednak niedługo przed nawałnicą można już było się tego spodziewać, oglądając mapy burzowe. Można było ostrzec ludzi. Jak? – Mieszkałam jakiś czas na Florydzie – mówi Turzyńska. – Kiedy nadchodził huragan, władze wysyłały ludziom SMS-y. Może nadszedł czas na takie rozwiązanie i u nas. Nie da się nadrobić tego, co się państwu nie udało przed burzą i tuż po niej. Jednak wciąż można zrobić wiele na przyszłość. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 34/2017
Więcej możesz przeczytać w 34/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także