Skandalista z PiS

Skandalista z PiS

Dominik Tarczyński
Dominik Tarczyński / Źródło: Newspix.pl / KRZYSZTOF BURSKI
Dominik Tarczyński to klasyczny typ polityka, który wyznaje starą zasadę – nieważne, czy mówią dobrze, czy źle, byle po nazwisku.

Jest kampania prezydencka 2015 r. Andrzej Duda jedzie do Londynu powalczyć o głosy Polonii. Na miejscu do jego świty nieproszony przyłącza się Dominik Tarczyński i jak gdyby nigdy nic relacjonuje kampanię w mediach społecznościowych. – Zupełnie jakby był częścią zespołu – opowiada polityk, który pracował przy tamtej kampanii. Tarczyński nie tylko nie był wówczas częścią teamu Dudy, lecz także był przez ten zespół niemile widziany. Bo choć jeszcze nie zdobył mandatu poselskiego, już ciągnęła się za nim opinia człowieka agresywnego i skłonnego do obrażania innych, a więc odpychającego wyborców. A kampania prezydencka, jak żadna inna, polega na przyciąganiu ludzi o umiarkowanych poglądach.

Po dwóch latach działalności poselskiej opinia o Dominiku Tarczyńskim jest ugruntowana – i w obozie władzy, i w opozycji jest oceniany krytycznie, choć na prawicy nikt otwarcie nie chce go krytykować. Szeroka publiczność zna go z aktywności w internecie. Internauci zdążyli już się dowiedzieć, jak wygląda jego goła stopa wystająca z jacuzzi, jego partnerka w bikini i on sam w różnych okolicznościach przyrody czy odziany w czerwony płaszcz z kołnierzem z futra jenota, choć prezes PiS wsparł ostatnio frakcję dążącą do zakazania hodowli zwierząt futerkowych w Polsce.

Paliwo na plus

Można powiedzieć, że Tarczyński z niejednego pieca chleb jadł. Był związany z Prawicą Rzeczypospolitej Marka Jurka, Solidarną Polską Zbigniewa Ziobry, a przez moment otarł się o ugrupowanie Polska Jest Najważniejsza. Do PiS przytulił się stosunkowo niedawno, bo w 2015 r., dzięki środowisku klubów „Gazety Polskiej”. To właśnie rekomendacja tego środowiska sprawiła, że dostał odległe miejsce na świętokrzyskiej liście PiS i przebojem wszedł do Sejmu. O jego aktywności kampanijnej krążą zresztą legendy. Podobno jego plakaty wisiały gęsto w całym województwie. – W kampanii jest tak, że kandydaci zazwyczaj są widoczni w powiecie, z którego startują, ale w całym województwie nie, bo mało kogo na to stać – mówi polityk PiS. – Tarczyńskiego najwyraźniej było stać.

Trzeba przyznać, że świętokrzyski poseł PiS potrafi wykorzystać każdą okazję do zrobienia sobie korzystnego PR-u. Tak było przy okazji zamieszania wokół Paliwa plus, czyli nowego podatku na remont i budowę dróg lokalnych. Wielu politykom PiS ten pomysł bardzo się nie spodobał, bo uderzał w ich wyborców, ale tylko Tarczyński napisał na Twitterze, że będzie rozmawiał z prezesem Kaczyńskim na ten temat.

– Następnego dnia odbyło się posiedzenie klubu parlamentarnego, na którym powiedziano, że każdy, kto będzie przeciw temu podatkowi, nie znajdzie się na listach w następnych wyborach parlamentarnych – opowiada polityk Zjednoczonej Prawicy. Kierownictwo klubu zdecydowało też, że kilku posłów będzie pilnowało, by nikt nie wycofał swojego podpisu spod tego projektu i by każdy zagłosował, jak należy. W tej grupie znaleźli się m.in.: Marek Suski, Anita Czerwińska i Dominik Tarczyński. Ale gdy partia wycofała się z Paliwa plus, Tarczyński wrzucił do internetu zdjęcie, na którym widać, że rozmawia z Jarosławem Kaczyńskim, i zaznaczył, że rozmowa dotyczyła właśnie tego projektu.

– Krótko mówiąc, w internecie przypisał sobie sukces utrącenia tego pomysłu, a w Sejmie pilnował, by nikt nie wyłamał się z dyscypliny – opowiada mój rozmówca. I dodaje, że to zachowanie wzbudziło wściekłość wielu posłów PiS. – Skorzystał z tego, że ludzie tacy, jak Suski nie za bardzo wiedzą, co się dzieje w internecie, a z kolei internauci nie wiedzą, co się dzieje w Sejmie. Ale wielu posłów zauważyło jego cynizm – mówi polityk obozu rządzącego.

Münchhausen z pis

Inny z naszych rozmówców opowiada historię, która była podawana z ust do ust: – Tarczyński któregoś dnia rozmawiał z premier Beatą Szydło i powiedział, że szef MSZ Witold Waszczykowski chętnie widziałby go w resorcie jako swojego zastępcę. Gdy Beata Szydło spytała Waszczykowskiego, o co chodzi, ten zaskoczony odparł, że Tarczyński powiedział mu, iż pani premier chętnie widziałaby go na stanowisku wiceszefa MSZ. – Obojgu sprzedał tę samą historię – śmieje się polityk z kręgów rządowych. – On, co prawda, jest delegatem do Rady Europy, biegle posługuje się j. angielskim, ale to nie znaczy, że nadaje się na wiceministra spraw zagranicznych. Ponieważ jednak chce zostać europosłem, to pewnie wymyślił sobie, że z MSZ łatwiej mu będzie dostać dobre miejsce na liście do Parlamentu Europejskiego. Z powodu tej historii Tarczyński niektórym kolegom z PiS przypomina Nikodema Dyzmę.

– Jego sposób na karierę to pojawienie się w nieznanym towarzystwie i zachowywanie się tak, jakby każdy z gości był jego serdecznym przyjacielem – mówi nasz rozmówca. – Osobiście byłem świadkiem, jak jeden z ministrów odebrał telefon od Tarczyńskiego i był bardzo zaskoczony, bo nigdy wcześniej z tym człowiekiem nie rozmawiał. Tarczyński bardziej jednak przypomina literacką postać barona Münchhausena, który opowiadał o sobie fantastyczne rzeczy. Bardzo pasuje do tego historia, która krąży w londyńskich klubach „Gazety Polskiej”. Tarczyński dał się tam poznać jako człowiek mający mistyczne wizje. Dzięki temu związał się z księdzem egzorcystą i był jego asystentem, o czym zresztą chętnie opowiada. Ale nie wspomina, że ksiądz przestał wierzyć

w jego opowieści o wizjach i zrezygnował z jego asysty. – Ludzie z londyńskiej Polonii byli w szoku, gdy dowiedzieli się, że Tarczyński jest posłem PiS, bo nie chcą mieć z nim nic wspólnego – opowiada nasz rozmówca z partii Jarosława Kaczyńskiego. Inna historia świadcząca o skłonnościach Tarczyńskiego do ubarwiania rzeczywistości była ostatnio szeroko komentowana w internecie. Poseł pochwalił się na Twitterze, że leci na urlop do Miami na Florydzie. Gdy internauci wytknęli mu, że korzysta z Lufthansy, a nie LOT-u (a chodzi o apel Joachima Brudzińskiego, wiceszefa PiS, by korzystać z usług polskich firm), Tarczyński odpysknął, że leci do przyjaciół, których matka umiera. I dodał w swoim stylu: „Zamknąć gęby, pozerzy”. A okazało się, że nie wylądował w Miami, tylko w Baku, i nie wrzucał swoich fotek przy łóżku chorej, tylko zdjęcie narzeczonej w bikini przy basenie.

Szczekanie w sejmie

Aktywność twitterowa Tarczyńskiego jest często przedmiotem dyskusji, bo wielu ludzi bulwersuje. Gdy poseł PiS napisał do Lecha Wałęsy, byłego prezydenta i laureata Pokojowej Nagrody Nobla: „Bolek mówi przez media do posła na Sejm RP, że wyrwie mnie z korzeniami. Zapraszam cię na solo, bydlaku” – wylała się na niego fala krytyki. Zasłużonej, bo jednak Wałęsa po pierwsze, mógłby być ojcem Tarczyńskiego, a po drugie jest postacią historyczną, czy to się PiS podoba, czy nie. Tymczasem „tyka go” poseł trzeciego szeregu, znany głównie ze skandalizujących wpisów w internecie. Był to jeden z nielicznych przypadków, kiedy Tarczyński po pewnym czasie przeprosił. Nie lepiej poseł zachowuje się w Sejmie. – Na posiedzeniach komisji ds. Unii Europejskiej wyróżnia się tym, że rzadko wypowiada się merytorycznie, za to często obraża posłów, którzy mają inne zdanie niż PiS – mówi poseł Andrzej Czerwiński z PO. – Skupia się na personalnych atakach i nie przebiera w epitetach.

Podobnie Tarczyński zachowuje się na posiedzeniach plenarnych. – Jest jednym z tych posłów, którzy nieustannie wchodzą w słowo mówcom z opozycji, przerywają im i dogadują – mówi Marek Sowa z Nowoczesnej. Jego zdaniem Tarczyński jest typem skandalisty, który celowo bulwersuje swoim zachowaniem. Sowa przypomina, że gdy Kinga Gajewska z Nowoczesnej występowała w debacie o sądach, Tarczyński zaczął szczekać. – Co prawda stenotypistka wpisała, że krzyczał „hau, hau!”, ale on po prostu szczekał, bo nasza koleżanka wcześniej zgłosiła przepisy dotyczące ochrony zwierząt domowych, w szczególności psów – opowiada Sowa. – Raz z nim wystąpiłem w audycji telewizyjnej i nieustannie mi przerywał, nie pozwalając dokończyć wypowiedzi. Tak samo zachowuje się na sali plenarnej, a PiS to toleruje. To nie jest zwykłe tolerowanie, tylko przyzwolenie na takie zachowanie – mówi polityk Zjednoczonej Prawicy. – Oczywiście prezes bywa na niego wkurzony, bo nawet jeżeli sam nie śledzi internetu, to ma wielu życzliwych, którzy o wszystkim go informują. Ale Beata Mazurek nieustannie wysyła go do mediów. Najwyraźniej jest ceniony za to, że potrafi się odszczeknąć. Ma doświadczenie medialne, tupet, jest wygadany i nigdy nie ma wątpliwości. W czasie ostrej walki politycznej jest użyteczny.

Aga, Justyna i inne

Charakterystyczny jest stosunek Tarczyńskiego do kobiet. O swojej partnerce w stroju bikini napisał „Moja Aga ’72, w formie”. Zniesmaczone były nawet posłanki PiS. – Dobrze, że nie napisał „jeszcze w formie” – mówi jedna z posłanek. – Na miejscu tej Agi ’72 już dawno bym go rzuciła – dodaje, podkreślając, że trudno znaleźć drugiego posła, który tak bezczelnie podrywałby dziewczyny w klubie. Moja rozmówczyni opowiada, jak na wyjeździe w Brukseli Tarczyński namolnie emablował koleżankę klubową i cały czas mówił, że się jej oświadczy. – To był taki żenujący, wiejski podryw – opowiada moja rozmówczyni. – Z drugiej strony, potrafi rzucić takim seksistowskim tekstem, że nie wiadomo, gdzie oczy ze wstydu podziać. Adam Hofmann też miał takie wyskoki. Być może prezes lubi mieć takich chuliganów w partii. Ale ten chuligan wpędzi nas w kłopoty. Tarczyński faktycznie nie ogranicza się do Agi ’72, bo stosunkowo niedawno nie krył swojego zauroczenia Justyną Kowalczyk. „Justyna, zostań moją żoną” napisał na oficjalnym profilu mistrzyni olimpijskiej. Później twierdził, że to był taki żarcik.

Kilka dni temu internet obiegło też zdjęcie Tarczyńskiego sprzed kilku lat, gdy siedzi roześmiany przy jednym stole z Małgorzatą Tusk. – Gość jest, myślę, snobem. Używa bardzo drogich perfum, chodzi w bardzo drogich markowych ciuchach, nie żałuje pieniędzy na kosztowne gadżety i lubi towarzystwo znanych ludzi – ocenia jeden z moich rozmówców z PiS. – Nie jest modelowym przedstawicielem partii konserwatywnej. Ma elegancką dziewczynę, z którą jakoś jednak nie może się związać na stałe. Dobiega już prawie czterdziestki, a ciągle się zachowuje jak 20-latek. To świadczy o jego podejściu do życia. W PiS wszyscy znają też biznesy Tarczyńskiego. Zanim został posłem, zajmował się organizowaniem spotkań na Stadionie Narodowym z charyzmatycznym księdzem z Ugandy Johnem Bashoborą. Organizował też pielgrzymki, z rozliczeniami których nie wszystko było w należytym porządku. Na forum Deon.pl do dziś można przeczytać wpis z 2014 r. ostrzegający przed pielgrzymkami organizowanymi przez Dominika Tarczyńskiego za pośrednictwem internetu. Autor wpisu twierdził, że program pielgrzymki w większości nie został zrealizowany, dlatego pielgrzymi domagali się zwrotu pieniędzy zebranych specjalnie na zwiedzanie obiektów.

Portalowi NaTemat.pl, który opisał sprawę, Tarczyński powiedział, że tak naprawdę nikt nigdy nie miał do niego pretensji, a oskarżenia inspirowała konkurencja. – Jakby ktoś miał jakieś uzasadnione pretensje, to już dawno zwróciłby się do sądu – skonstatował poseł. Wszyscy moi rozmówcy podkreślają, że Tarczyński zrobi wszystko, by zaistnieć. – Opisuje pani sylwetkę Dominika Tarczyńskiego? Będzie zachwycony, niezależnie od tego, co pani napisze – mówi polityk PiS. Ale nie jest to chyba do końca prawda, skoro z bohaterem tych opowieści nie udało mi się porozmawiać mimo wielokrotnych prób. Gdy wysłałam do niego SMS-a z prośbą o rozmowę, zaznaczając, że przygotowuję jego portret, odpowiedział, że bardzo chętnie porozmawia, jeżeli zadzwonię za pół godziny. W oznaczonym czasie i później odzywała się już tylko automatyczna sekretarka. To i tak dobrze. Innemu dziennikarzowi, który prosił go niedawno o spotkanie, odpisał krótko: „Won!”. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 34/2017
Więcej możesz przeczytać w 34/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także