Katobiznesmeni

Katobiznesmeni

Niemieccy katolicy występują z Kościoła z powodów finansowych? (fot. sxc.hu) / Źródło: FreeImages.com
Wierzą w cuda, głoszą Ewangelię, zachęcają pracowników do modlitwy. Chrześcijańscy przedsiębiorcy pokazują, że biznes nie służy tylko do zarabiania. Mówią, że nie mają nic, bo majątek dostali od Boga.

Jestem katolikiem i się tego nie wstydzę. Modlę się codziennie przed pracą – wyznaje Marek Świeży, przedsiębiorca z branży handlowej z Gdowa koło Wieliczki. Na drugim piętrze swojej firmy stworzył dla pracowników pokój modlitwy i refleksji. Położony z dala od monitoringu. Z dala od gabinetu prezesa i jego wspólnika. Za to blisko windy, do której można się wślizgnąć zaraz po modlitwie. Tak, żeby pracownicy nie krępowali się z pokoju korzystać. A pokoik mały. Na jednej ścianie drewniany krzyż, na innych kilka sielankowych pejzaży. Na środku cztery fotele i stół. A na stole Biblia, kwiatek, gruba fioletowa świeca. Jeszcze z nieużywanym knotem. Na komodzie pod ścianą kilka plastikowych pudeł.

W nich cienkie paski papieru zadrukowane cytatami z Biblii. Prezes kręci nadgarstkiem w przezroczystej skrzynce. Czyta na głos fragment przypowieści z Ewangelii według św. Marka, w której Jezus po raz pierwszy zapowiada swoją mękę. – Pracownik może sobie przyjść przed pracą. Wylosować dla siebie jakąś myśl – mówi. Pytam, czy pracownicy z pokoju korzystają. – Kontroluję w tej firmie wszystko, ale nie to. Nie chcę, żeby się krępowali tu wchodzić. Pomyślą, że szef podgląda, czy się modlą. Ale pokusa, żeby podejrzeć, czasem jest – przyznaje. Do stworzenia takiego miejsca zainspirował go przykład Roberta J. Ouimeta. To kanadyjski przedsiębiorca, który zbudował gigantyczną firmę produkującą puszkowaną i mrożoną żywność. Sukces trochę go przytłoczył. Nie wiedział, co zrobić z pieniędzmi. „Czy wszystko, co mam, powinienem rozdać biednym?” – z takim pytaniem pojechał do matki Teresy z Kalkuty. „Nie możesz rozdać, bo nic do ciebie nie należy! To zostało ci powierzone. Jednakże możesz spróbować zarządzać tym, czego Pan Bóg ci użyczył” – odpowiedziała mu zakonnica. To był jeszcze początek lat 80., a Ouimet stał się jednym z pierwszych katolickich kapitalistów. Zarabia, ale po bożemu. Bez wyzysku pracowników. Bez zalegania w wypłatach dla kontrahentów. – Tu chodzi o coś więcej niż biznes – mówi.

Wiara czyni cuda

Świeżego tak zainspirowała historia Ouimeta, że sam wybrał się do matki Teresy. – Też miałem do niej kilka pytań. Ale nie zadałem ich już osobiście, tylko przy jej grobie – wspomina. Trzykrotnie był na tygodniowym wolontariacie w Kalkucie. Pomagał chorym. Również trędowatym. Ten cytat świętej, że majątek, którego się dorobił, nie jest jego na zawsze, tylko to coś powierzonego od Boga, jakoś go uspokaja. – Lepiej się człowiekowi żyje w ten sposób. Nie przywiązuje się do wartości doczesnych – mówi. Roman Kluska, jeden z najbogatszych Polaków i twórca legendy Optimusa, też ma swoją ulubioną świętą. Kiedy w 2002 r. został niesłusznie aresztowany pod zarzutem oszustw podatkowych, jak mówi, wolność przywróciła mu św. Faustyna Kowalska. Z domu wyprowadzono go skutego w kajdankach o 6 rano. Konwojem, jak pospolitego bandytę, przewieziono do prokuratury. Tam usłyszał, że na pewno trafi na trzy miesiące do aresztu. – Wylądowałem w celi z trzema innymi osadzonymi. Usiadłem na drewnianej pryczy i cały wieczór, cały ranek i całe południe powtarzałem: „Jezu, ufam Tobie!”. Następnego dnia zawieźli mnie konwojem do pani prokurator, a ona do mnie już grzecznie: panie prezesie, o żadnym aresztowaniu nie ma mowy – wspomina. Był w szoku, że tak nagle pozwolili mu wyjść na wolność. Ale kłopoty się nie skończyły. Do Kluski zaczęli przychodzić różni ludzie, którzy mówili o nowych dowodach przeciwko niemu. – Szantażowali mnie, żebym zapłacił im pieniądze, bo inaczej sprawa nigdy się nie skończy – mówi.

Wtedy biznesmen zamknął się na pięć dni w klasztorze sióstr zawierzanek w Bliznem na Podkarpaciu. Też modlił się do św. Faustyny. – Jeszcze podczas pierwszego dnia mojego pobytu w klasztorze, w Warszawie zebrał się pełny skład Naczelnego Sądu Administracyjnego, który orzekł, że Roman Kluska nigdy nie złamał prawa, a wszelkie naruszenia przepisów nastąpiły ze strony urzędów skarbowych – wspomina. Historia św. Faustyny zainspirowała też prof. Janusza Filipiaka. Założyciel informatycznego Comarchu z Krakowa parę lat temu wybrał się w podróż po Ameryce Południowej. Już wtedy chodziło mu po głowie, żeby sprzedawać tworzone przez siebie w Polsce oprogramowanie klientom z Chile, Brazylii, Peru. Pojechał więc trochę turystycznie, a trochę, żeby zrobić dobry grunt pod interesy. Kiedy tamtejsi mieszkańcy usłyszeli, że jest z Krakowa, nie chcieli dać Filipiakowi spokoju. Łapali za rękaw i zadawali pytania o św. Faustynę Kowalską. Kult polskiej świętej jest w tamtych stronach bardzo rozpowszechniony, o czym Filipiak wtedy nie wiedział. Historię św. Faustyny znał o tyle o ile. Słyszał o obrazie Bożego Miłosierdzia, sanktuarium w Łagiewnikach i tym, że święta mieszkała przed śmiercią w Krakowie, gdzie Filipiak prowadzi firmę wartą ponad 1,6 mld zł. – Było mi wstyd, że jestem z Krakowa, a nie potrafiłem odpowiedzieć na pytania tych osób i jakoś ich zaciekawić – mówił na jednej z konferencji Comarchu. Ale odrobił pracę domową. Zgłębił biografię świętej, obkuł się na blachę i wrócił do Ameryki Południowej, żeby już na serio rozmawiać o biznesie. Wspomina, że w jednej z takich rozmów pomogło mu jego zdjęcie z Janem Pawłem II. – Okazało się przepustką do poważniejszych rozmów – tłumaczył. Dzisiaj firma prowadzi biura w Argentynie, Brazylii, Chile, Kolumbii, Panamie i Peru.

Umowa z winnicy

Ale prof. Filipiak nie mówi otwarcie o swojej wierze. Nigdy nie zwierzał się mediom, jak to wiara pomogła mu w prowadzeniu interesów. No, może poza tym jednym wyjątkiem z siostrą Faustyną i biznesami w Ameryce Południowej. Inni wierzący przedsiębiorcy stworzyli już cały kodeks etycznych praktyk, które chrześcijańska firma powinna stosować. Roman Trzaskalik, przedsiębiorca, prawnik, ale też współzałożyciel Stowarzyszenia Chrześcijańskich Przedsiębiorców i Menadżerów NOSTRA RES: – Najważniejsze to dotrzymywać słowa. Nigdy się nie zdarzyło, żeby mój pracownik czy kontrahent nie otrzymał zapłaty na czas. Jeśli mamy umowę, to się z niej wywiązujemy. To tak, jak z przypowieścią o robotnikach w winnicy. Gospodarz jednych najął do pracy o świcie. Innych zatrudnił dopiero w południe, a kolejnych po południu. Z każdym umówił się na denara zapłaty. Robotnicy zatrudnieni już od samego rana mieli do niego pretensje, że dostali tyle samo, ile ci, którzy przepracowali połowę mniej od nich. „Przyjacielu, nie krzywdzę ciebie. Czy nie umówiłeś się ze mną o denara? Weź swoje i odejdź. Chcę dać temu ostatniemu jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czemu zepsutym okiem patrzysz, że jestem dobry? Tak właśnie ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi” – odrzekł im gospodarz. Wśród katolickich przedsiębiorców ważna jest sama postać właściciela i prezesa firmy. Ma on być nieskazitelnym wzorem dla wszystkich pracowników. Roman Kluska wspomina pewną historię.

Do firmy przyszło jego dziecko z prośbą: „Tatusiu, potrzebuję odbitki z tej książki na ksero”. Kluska mówi sekretarce: „Pani Danusiu, proszę to skserować”. Sekretarka kopię zrobiła, dziecko wyszło, a Kluska mówi jej, żeby zadzwoniła do jakiegoś punktu ksero, spytała, ile taka usługa kosztuje i wystawiła jemu samemu rachunek. Sekretarka na to: „Panie prezesie, co pan? Przecież to pana firma, pana ksero”. Kluska był stanowczy, rachunek dostał i wpłacił na firmowe konto. – Szanowałem każdą kartkę papieru w tej firmie. Moi zastępcy, patrząc na mnie, musieli robić tak samo. Kierownicy tak samo, szeregowi pracownicy też – wspomina. I zaraz potem dodaje, że dzięki takiej uczciwości praktycznie udało mu się wyeliminować kradzieże w całej firmie. Przez 12 lat jego prezesowania w Optimusie, gigantycznej przecież spółce, zdarzyło się zaledwie pięć kradzieży. Największa, kiedy jeden z pracowników ukradł tysiąc kopii Windowsa, szybko wyszła zresztą na jaw. Pracownik był pod taką presją otoczenia, że dzień po kradzieży podrzucił łup pod drzwi firmy i już do niej nie wrócił. W ogóle nie wrócił już do kraju, bo wyjechał za granicę. Katoliccy przedsiębiorcy zwracają uwagę na to, żeby ich pracownicy zarabiali godziwe pieniądze. Postulują też wprowadzenie zakazu pracy w niedzielę, zgodnie z trzecim przykazaniem:,,Pamiętaj, abyś dzień święty święcił”. Działają w różnych biznesowo-chrześcijańskich stowarzyszeniach i organizują cykliczne spotkania, na których mówią, jak wiara pomaga im w prowadzeniu biznesu.

PIEKŁO CZY NIEBO

Ale czy nie jest tak, że klient w takim katolickim przedsiębiorcy widzi dobrego samarytanina, który pomaga, rozdając wszystko za darmo? A czy pracownik nie widzi w swoim szefie św. Franciszka, który wyzbył się majątku i pomaga potrzebującym? Zdaniem psychologa biznesu Piotra Piaseckiego biznes zaangażowany religijnie może być szkodliwy ekonomicznie. Przedsiębiorcę katolika prowadzenie działalności gospodarczej kosztuje więcej niż właściciela firmy, który nie ujawnia się ze swoją wiarą. Nie wypada mu przecież wykorzystywać nadgodzin, zabrać pracownikowi urlopu albo któregoś miesiąca zapłacić mu mniej za pracę. Źle będzie postrzegane również stosowanie kruczków prawnych, żeby ominąć prawo albo system podatkowy, a tym samym zwiększyć swoje zyski.

Przedsiębiorca z lżejszym podejściem do spraw religijnych nie będzie miał pewnie takich skrupułów. A czy katolickiemu przedsiębiorcy wypada kupić sobie luksusowe auto albo postawić dom z basenem, kiedy zatrudnieni u niego pracownicy zarabiają średnią krajową? – Biblia nie mówi, że nie można być bogatym. Biblia mówi: bogaćcie się, ale nie pokładajcie zaufania w pieniądzu. Trzeba kierować się chrześcijańskimi wartościami i nie dać się zaślepić pieniądzom. Na co przeznaczasz pieniądze, jest twoją osobistą odpowiedzialnością przed Bogiem. Ja nie mam basenu i luksusowego samochodu. – mówi Krzysztof Jędrzejewski, do niedawna właściciel górniczej spółki Kopex. W 2015 r. z 520 mln zł majątku był 63. najbogatszym Polakiem. Nieważne, czy to rozmowa prywatna, czy spotkanie biznesowe, otwarcie mówi, że w życiu najważniejszy dla niego jest Bóg. Chrześcijanin należący do kościoła protestanckiego. Katolikiem, i to mówiącym o swojej wierze otwarcie w wywiadach, jest przecież Bill Gates, najbogatszy człowiek na Ziemi. Zagorzałym katolikiem był zmarły w 2015 r. Michelle Ferrero. Najbogatszy Włoch i twórca słodkich marek Nutella, Tic-Tac czy Kinder co roku odwiedzał Sanktuarium Matki Bożej w Lourdes.

W każdej ze swoich fabryk kazał postawić figurkę przenajświętszej Madonny. Zdaniem psychologów firma, która jest prowadzona zgodnie z wartościami chrześcijańskimi, może mieć zbawienny wpływ na pracowników. Widzą oni pasję swojego szefa, a to może lepiej motywować ich do pracy. Zatrudnieni odwzajemniają się uczciwością. Podejmują wyzwania, nie myśląc o tym, czy ktoś im za to zapłaci. Pracują dla wyższych wartości. Psycholog Jacek Santorski mówi, że duża część największych marek, które istnieją na rynku od dekad, zawsze kierowała się planami opartymi na jakiejś religii lub ideologii. Zna polskich przedsiębiorców katolików, którzy udzielają sobie pożyczek z zerowym oprocentowaniem. Lichwa jest dla nich grzechem. Takie podejście do biznesu coraz bardziej podoba się też klientom. Nie są już jaskiniowcami, którzy idą do sklepu tylko po to, żeby zaspokoić głód. Chcą kupować od firmy, która reprezentuje system wartości, z którym klient się utożsamia. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 35/2017
Więcej możesz przeczytać w 35/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także