Marzenia o Austerlitz

Marzenia o Austerlitz

Emmanuel Macron
Emmanuel Macron / Źródło: Newspix.pl / ABACA
Coraz mniej popularny prezydent Francji potrzebuje sukcesu. Spodziewa się go osiągnąć w walce z przewoźnikami ze wschodniej Europy, znacznie tańszymi i wydajniejszymi niż francuscy.

Prezydent Francji Emmanuel Macron objechał w ubiegłym tygodniu kilka krajów środkowo-wschodniej Europy. Francuskie media reklamowały jego tourneé jako wyraz troski o pogłębienie integracji europejskiej. To tylko pozory, bo w rzeczywistości była to zręczna próba podzielenia Grupy Wyszehradzkiej (V4). Francuski prezydent szuka bowiem sojuszników, którzy poprą proponowane przez niego zmiany w unijnym prawie pracy. Chce uniemożliwić płacowy dumping ze strony biedniejszych krajów Unii, na którym tracą oczywiście francuskie firmy, a którym z kolei żywią się według niego eurosceptycy. Pod pretekstem troski o prawa socjalne wszystkich obywateli Unii Macron zamierza więc doprowadzić do zmian unijnej dyrektywy z 1996 r. o delegowaniu pracowników [patrz ramka] i narzucić w ten sposób wschodniej Europie wyższe koszty pracy, co oczywiście zniszczy tańszą do tej pory konkurencję.

Na drodze stała mu dotąd jedność Grupy Wyszehradzkiej (choć plany Macrona nie podobają się także Portugalii i Hiszpanii), dlatego prezydent postanowił skruszyć nieco opór V4. Plan był prosty: spotkać się z premierami Czech i Słowacji, omijając przy tym stolice Polski i Węgier, najtwardszych przeciwników jego pomysłów. Jak mówi w rozmowie z tygodnikiem „Wprost” Radko Hokovský, dyrektor czeskiego think tanku Evropské hodnoty (Europejskie wartości), wybór trasy był rzeczywiście dobrze pomyślany. – Premierzy Czech i Słowacji są postrzegani jako bardziej umiarkowani wśród przywódców Europy Środkowej i prezydent Macron dostrzegł w tym swoją szansę – tłumaczy Hokovský. Nie bez znaczenia był też wybór grona, w którym doszło do spotkania z Bohuslavem Sobotką i Robertem Fico. Prezydent Macron lubi symbole, szczególnie takie, które mu dobrze wróżą. Może dlatego politycy rozmawiali nie w Pradze albo Bratysławie, ale w Salzburgu w towarzystwie kanclerza Austrii. A Czechy, Słowacja i Austria tworzą trójkąt sławkowski, który powstał przecież na Morawach, w dawnym Austerlitz, gdzie w 1805 r. cesarz Francuzów Napoleon Bonaparte odniósł błyskotliwe zwycięstwo nad wojskami Austrii i Rosji.

Upadek Jowisza

Mimo że pracownicy delegowani stanowią w Unii jedynie 1 proc. wszystkich pracowników, zmiana dyrektywy ich dotyczącej stała się jednym z kluczowych projektów prezydentury Macrona. Dlaczego? Po pierwsze francuski prezydent liczy w tej sprawie na łatwe zwycięstwo, bo popierają go Niemcy, Holandia i Włochy. Po drugie międzynarodowa ofensywa w sprawie dyrektywy odwraca uwagę od spadających na łeb na szyję słupków jego popularności. Notowania prezydenta mogą się zresztą jeszcze pogorszyć, bo czeka go jesienią nie lada batalia w związku z zapowiadaną liberalizacją francuskiego kodeksu pracy. Wszechwładne francuskie związki zawodowe już zapowiadają protesty. A miało być tak pięknie. Emmanuel Macron (i jego partia La République en Marche!, dominująca w obecnym parlamencie) był do niedawna przyjmowany we Francji wręcz entuzjastycznie. Media przedstawiały go jako męża opatrznościowego, który uratował Francję przed falą populizmu spod znaku Marine Le Pen. Jednak minęło 100 dni jego prezydentury i okazało się, że Francuzi nie są już nim tak zachwyceni. Według sondażu IFOP z 16 sierpnia br. Macron może liczyć na poparcie zaledwie 37 proc. rodaków. W tym samym okresie prezydentury większą popularnością cieszył się nawet poprzednik Macrona, niespecjalnie lubiany Franćois Hollande.

Internetowy serwis radia France Inter napisał nawet, że prezydent został właśnie zrzucony z piedestału. Emmanuel Macron miał według mediów podpaść Francuzom m.in. dymisją szefa sztabu gen. Pierre’a de Villiersa, który ośmielił się skrytykować oszczędności w wojsku proponowane przez Pałac Elizejski. Odeszli też, i to w atmosferze aferalnej, m.in. minister sprawiedliwości Franćois Bayrou i minister ds. europejskich Marielle de Sarnez. To obciąża Macrona, który obiecywał w kampanii powrót moralności do polityki. Francuzom nie podoba się też nieporadność debiutantów z prezydenckiej partii, którzy przejęli kontrolę nad parlamentem i są zdziwieni, że opinia publiczna od razu zaczęła ich rozliczać z popełnionych błędów. Trudno się więc dziwić, że Matthieu Ecoiffier z „Libération” mógł napisać, że „menedżer start-upu” (tak Macron mówił w kampanii o Francji) zderzył się z rzeczywistością, a jego firma wykazała rozczarowujące wyniki kwartalne. Prezydent, choć obiecał, że nie będzie się kierować sondażami, z pewnością zauważył spadki poparcia. By je odwrócić, nie zawahał się wykorzystać zainteresowania, jakim niezmiennie cieszy się jego starsza o 24 lata żona Brigitte. To na niej skupiała się dotąd niemal cała uwaga mediów. Jednak analizowanie sukienek pierwszej damy – obowiązkowo powyżej kolan – nie mogło na długo wystarczyć. Stąd pewnie wziął się pomysł zagranicznych wojaży prezydenta. Tourneé po Europie Środkowo-Wschodniej miało go wzmocnić. Po spotkaniu w Salzburgu odwiedził także Bukareszt i Warnę: w Bułgarii od 10 lat nie postała zresztą stopa żadnego francuskiego prezydenta. Zaraz po wizytach na wschodzie Europy Macron miał się spotkać z przywódcami Niemiec, Hiszpanii i Włoch i przedyskutować kwestie polityki imigracyjnej. Wszystkie te spotkania miały tworzyć wrażenie, że za jego prezydentury Francja znów staje się liderem Europy. Co rzeczywiście osiągnął? Czy Salzburg okaże się Austerlitz Macrona?

Dzieli i rządzi

Reuters twierdzi, że Polska bezskutecznie próbowała zaprosić prezydenta Francji do Warszawy. Ten jednak obrał za cel te kraje środkowej Europy, które są według niego najbardziej przywiązane do zjednoczonej Europy. Jednocześnie omijając Polskę i Węgry, wysłał czytelny sygnał o tym, kto Unię podkopuje. Czy francuskiemu prezydentowi udało się, jak napisał francuski dziennik regionalny „Ouest-France”, „złamać antyeuropejską logikę Grupy Wyszehradzkiej”? Według czeskiego dziennika „Lidové noviny” raczej tak. Premierzy Czech i Słowacji, którzy mieli w Salzburgu reprezentować całą wyszehradzką czwórkę, wybrali podobno interesy własnych krajów. Z Pragi miały dochodzić sygnały, że Czesi byliby gotowi na ustępstwa, gdyby zmieniła się polityka Unii w sprawie islamskich imigrantów. Z kolei premier Słowacji Robert Fico stwierdził, że choć jest bardzo zainteresowany regionalną współpracą w ramach Wyszehradu, dla Słowacji ważniejsza jest Unia. Polski minister ds. europejskich Konrad Szymański uspokajał, że negocjacje w sprawie dyrektywy toczą się już od dwóch miesięcy na podstawie mandatu przyjętego przez wszystkich premierów V4, a strona francuska też w nich uczestniczy. Mimo to prezydent Macron wydawał się zadowolony z wyników spotkania w Salzburgu. Na wspólnej konferencji prasowej powiedział nawet, że widzi duży postęp. Wszyscy przywódcy oświadczyli zresztą, że do października Unia powinna dojść do porozumienia, a w ciągu najbliższych tygodni nad kontrowersyjną dyrektywą dotyczącą płacowego dumpingu będą pracować eksperci.

Urzędowy optymizm

Pałac Elizejski mógłby właściwie odtrąbić sukces, gdyby nie to, że według czeskiej agencji informacyjnej zarówno Czesi, jak i Słowacy chcą wyłączenia z zapisów zmienionej dyrektywy transportu drogowego, czyli dziedziny szczególnie istotnej także dla Polski i Węgier. Według danych GUS polska branża transportowa, coraz bardziej zdominowana przez transport drogowy, wytwarza aż 10 proc. PKB i zatrudnia 0,5 mln pracowników. Poza tym polskie firmy transportowe obsługują głównie kierunki europejskie, spośród których Austria, Francja, Niemcy i Belgia należą do najbardziej opłacalnych. Dla Czech silny sektor przewozowy jest równie ważny, bo ich gospodarka zależy od eksportu towarów, głównie do Niemiec. Nic więc dziwnego, że premier Sobotka jeszcze przed spotkaniem z Macronem zaznaczył, że całej V4 zależy na dobrych warunkach dla jej krajowych przewoźników. Premier Sobotka zapewniał też przekornie, że skoro Francja chce walczyć z dumpingiem płacowym w UE, to prezydent Macron powinien też zadbać o podniesienie wynagrodzeń Czechów pracujących w oddziałach zachodnich koncernów. – Gdyby pensje w zachodnich koncernach w Czechach rosły w dotychczasowym tempie, to zrównałyby się z wynagrodzeniami we Francji za ponad 200 lat – oświadczył Sobotka.

Według Radko Hokovský’ego, dyrektora think tanku Evropské hodnoty, Francuzi zrozumieli, że muszą iść na kompromis, bo żeby cokolwiek zmienić w unijnej dyrektywie, potrzebują życzliwości ze strony całej Europy Środkowej. – Dlatego, biorąc pod uwagę twarde stanowisko Warszawy i Budapesztu, francuski prezydent miał pewnie zamiar nieco złagodzić swoją retorykę – uważa Hokovský. I podsumowuje: – Macron chyba zdaje sobie sprawę z tego, że musi próbować negocjować zmiany, a nie je po prostu narzucić. Dobrym punktem wyjścia w takich negocjacjach mogłoby być na przykład poparcie, którego Grupa Wyszehradzka udzieliłaby Francji w sprawie bardziej zdecydowanych działań w Libii, żeby powstrzymać napływ imigrantów do Europy. W tej akurat sprawie wschodnia Europa i Paryż mówią ostatnio jednym głosem. A minęły już czasy, kiedy politycy zza dawnej żelaznej kurtyny udawali, że nie mają własnych poglądów. I choć według dr. Bálazsa Molnára, podsekretarza stanu ds. unijnych w kancelarii premiera Węgier, samodzielne myślenie przywódców wschodniej Europy nadal nie jest na Zachodzie mile widziane. W końcu to oni wiedzą najlepiej, co jest dla ich krajów dobre.g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 35/2017
Więcej możesz przeczytać w 35/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także