Miro, który powinien być przestrogą

Miro, który powinien być przestrogą

Niecodzienne pogróżki Słowenii wobec Polski chciałoby się w zasadzie uznać za polityczny dowcip tegorocznego lata. Po pierwsze dlatego, że Polski nie łączą z tym krajem żadne istotne interesy. Po drugie – bo słoweński premier Miroslav Cerar, który wyszedł przed szereg, zgłaszając się jako pierwszy chętny w Europie do nałożenia wszelakich sankcji na Polskę, nawet w swojej ojczyźnie nazywany jest „Barbie”, i to nie tylko z powodu swej prezencji, ale bardziej z racji wyjątkowego oportunizmu. Ale co najważniejsze, bo Słowenia – kraj skorumpowany i zawładnięty przez postkomunistyczną nomenklaturę – nigdy nie prowadziła samodzielnej polityki. Nie dlatego, by małe kraje nie były w ogóle zdolne do jej prowadzenia (czego dowodem jest Litwa czy Chorwacja), ale po prostu dlatego, że akurat w Ljubljanie nikt nigdy nie miał ani takich aspiracji, ani ambicji. Jednak paradoksalnie, to właśnie ten ostatni fakt winien skłaniać Polskę do nielekceważenia słoweńskich pogróżek.

Miro Cerar (bo takim zdrobnieniem każe się nazywać słoweński premier) nie występuje przecież z pogróżkami we własnym imieniu. Ten perfekcyjnie oportunistyczny polityk wyczuł pismo nosem, że za gotowość nałożenia przez Słowenię fikcyjnych sankcji na Polskę zostanie z uznaniem poklepany po plecach w Paryżu albo w Rzymie. I będzie mógł się dzięki temu przypomnieć „wielkim” ze swoją nienawiścią do Chorwatów, z którymi toczy ostry spór o kawałek morza w Zatoce Pirańskiej, i z tego powodu bez skrupułów blokuje wejście Chorwacji do Strefy Schengen. Co prawda, oportunizm Cerara jest wyjątkowy, nawet jak na współczesną Europę, ale warto pamiętać, że tak właśnie wyglądają prawdziwe kalkulacje wielu małych krajów postkomunistycznej Europy Środkowej. A samo uznanie ze strony najsilniejszych bywa największą nagrodą, jakiej oczekują ich przywódcy, nie tyle nawet ze względu na własną pychę, ile raczej dlatego, że chcą wydać się swoim wyborcom bardziej ważnymi, niźli są naprawdę. Przypadek słoweński jest zwłaszcza pouczający, gdy idzie o polskie marzenia o politycznej wspólnocie Europy Środkowej. Polsko-chorwacka inicjatywa Trójmorza, do której prezydenci Andrzej Duda i Kolinda Grabar-Kitarović zaprosili niedawno 12 państw naszego regionu, okaże się cenna, jeśli faktycznie zaowocuje wielkimi inwestycjami w drogi oraz sieci telekomunikacyjne i energetyczne, idące z południa na północ Europy. Podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy z entuzjazmem o takim planie mówili politycy chorwaccy, wykazując zarówno roztropność podejścia do idei Trójmorza, jak i zrozumienie dla wspólnych interesów z Polską. I dodawali przy tym nie bez racji, że sukces takich przedsięwzięć równoważyłby nadmierne wpływy Rosji i Niemiec w naszym regionie. Ale co charakterystyczne – całkiem odmienny był w krynickiej debacie ton polskich polityków.

Rządowy minister Piotr Naimski dowodził, że tożsamość krajów Trójmorza uratuje Europę przed wielkim kryzysem, z kolei minister prezydencki Krzysztof Szczerski przekonywał, że stworzymy tutaj tak silny polityczny blok, że – jak mówił – będzie on „too big to fail, a więc nie będzie go można ominąć”. O ile zatem Chorwaci prezentowali w Krynicy środkowo-europejski pragmatyzm, o tyle Polacy byli wizjonerami. Ale sam Szczerski (na co mało kto zwrócił uwagę), wymieniając teraz uczestników Trójmorza, ograniczył ich liczbę do 10, „przeoczając” (zapewne nie przez przypadek) właśnie Słowenię i Austrię. Wiedeń, jak wiadomo, ustami swego wicekanclerza Wolfganga Brandstettera, też groził ostatnio Polsce, choć nie posunął się tak daleko jak Ljubljana, by zapowiadać jakieś austriackie sankcje. Dobrze by więc było, aby każdy polski polityk, który chce się zajmować planem Trójmorza, miał w tyle głowy pamięć o tym, że w Europie Środkowej istnieje i zawsze będzie istniał jakiś Miro. I że jego głowa niespodzianie może wychynąć w każdym małym kraju, jeśli tylko zdarzy się poważniejszy konflikt albo kryzys. Miro Cerar winien stać się dla Polski figurą symboliczną, będącą przestrogą przed polską nadmierną pewnością siebie. Rzecz bowiem w tym, że jak przyjdzie co do czego, większość przywódców małych krajów Unii, czasem z jakimś wstydem, a często nawet bez niego, upodobni się do słoweńskiego Mira. g

Okładka tygodnika WPROST: 37/2017
Więcej możesz przeczytać w 37/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także