Ładunek hipokryzji

Ładunek hipokryzji

Szanse uzyskania reparacji na drodze prawnej są niewielkie, ale sprawa zadośćuczynienia polskiej krzywdzie obciąża etycznie RFN – ocenia prof. Stanisław Żerko z Instytutu Zachodniego w Poznaniu.

Po co nam dyskusja na temat niemieckich reparacji za II wojnę?

Nie wiem, czy rząd polski zdecyduje się na oficjalne wysunięcie żądań w sprawie reparacji, bo moim zdaniem szanse na załatwienie tej sprawy na drodze prawnej są niewielkie. Należy jednak o tym mówić, zwłaszcza że ta kwestia była dotąd tematem tabu. Niestety, u źródeł dobrosąsiedzkich stosunków z Niemcami leży pewien ładunek hipokryzji i, z polskiej strony, lęk przed poruszaniem niektórych spraw.

To jest kwestia świadomego wyboru czy grzech zaniechania?

To był świadomy wybór. Gdy w 1990 r. po upadku komunizmu na nowo kształtowaliśmy swoje stosunki z Niemcami, strona niemiecka wymusiła na Polsce niepodejmowanie sprawy reparacji.

Przygotowana niedawno przez administrację Bundestagu ekspertyza wskazuje, że Polska w 1990 r. wyraziła na to milczącą zgodę.

Ta zgoda została wymuszona. Kanclerz Helmut Kohl, kreowany później na jednego z ojców polsko-niemieckiego pojednania, zastosował wobec Polski szantaż: ostrzegł publicznie, że Niemcy uznają granicę na Odrze i Nysie Łużyckiej pod warunkiem, że Polska nie będzie stawiała kwestii reparacji i potwierdzi traktatowo prawa mniejszości niemieckiej w Polsce. Rząd Tadeusza Mazowieckiego uznał, że priorytet musi mieć potwierdzenie przez Niemcy polskiej granicy zachodniej. Polska oczekiwała także, że Niemcy zaangażują się w rozwiązanie sprawy ogromnego zadłużenia PRL. Nie bez znaczenia był fakt, że ówczesny szef polskiej dyplomacji, prof. Krzysztof Skubiszewski,który był wybitnym znawcą prawa międzynarodowego, uważał, że skoro już rząd Bieruta w 1953 r. reparacji się zrzekł, to trudno to będzie zakwestionować. Strona niemiecka bezwzględnie to wykorzystała.

Czyli stanęło na niedomówieniu: my się nie upominamy, a oni twierdzą, że nic już nie są nam winni?

To wielka krzywda strony polskiej, do dziś nieuregulowana. Polsce przyznano na konferencji w Poczdamie reparacje na kwotę 1,5 mld ówczesnych dolarów, obecnie to wielokrotnie wyższa kwota. Na tej samej konferencji zdecydowano jednak, że reparacje otrzymamy za pośrednictwem ZSRR. Tak naprawdę Polska wyszła na tym jak Zabłocki na mydle. Dochodziło do kuriozalnych sytuacji, gdyż wciskano nam różne rzeczy. W rozliczeniu reparacji za rok 1949 aż 10 proc. ich wartości wypłacanych za pośrednictwem ZSRR stanowiła wartość 6 mln egzemplarzy pism klasyków marksizmu-leninizmu. Prawdopodobnie do reparacji dopłacaliśmy, bo Moskwa uzależniła ich przekazanie od dostaw milionów ton polskiego węgla rocznie po tzw. umownych cenach specjalnych, 10-krotnie niższych od cen rynkowych. To prawdopodobnie nie pokrywało nawet kosztów wydobycia i transportu. Gdy więc w 1953 r. Kreml wymusił na rządzie Bolesława Bieruta rezygnację z reparacji, wiązało się to także z rezygnacją Sowietów z klauzuli węglowej, co polscy komuniści przyjęli z wdzięcznością.

A Polska powinna domagać się od Rosji wypłaty niemieckich reparacji?

Rosja wyprze się jakiejkolwiek odpowiedzialności. Poza tym sprawa zadośćuczynienia polskiej krzywdzie obciąża etycznie RFN – naszego sojusznika, który nader chętnie mówi o pojednaniu, wartościach, etyce, moralności w stosunkach międzynarodowych.

Niemcy konsekwentnie trzymali się ustaleń z 1990 r.?

Tylko na zasadzie dobrowolności przekazali jednorazowo kwotę pół miliarda marek na rzecz fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie na wypłaty ofiarom prześladowań. Później, po kilku latach długich i bardzo trudnych negocjacji, udało się jeszcze uzgodnić wypłacenie częściowego odszkodowania żyjącym jeszcze ofiarom niewolniczej pracy przymusowej. I to było wszystko, co wolna Polska zdołała od Niemiec uzyskać.

A później?

W 2004 r. pojawiła się sprawa roszczeń wobec Polski zgłaszanych przez część środowisk wypędzonych w Niemczech. Sejm przyjął wówczas, przy jednym tylko głosie wstrzymującym się, uchwałę stwierdzającą, że Polska nie otrzymała dotychczas stosownej kompensacji finansowej i reparacji wojennych za olbrzymie zniszczenia spowodowane przez niemiecką agresję. Sejm zobowiązał wówczas rząd premiera Marka Belki, w którym szefem dyplomacji był Włodzimierz Cimoszewicz, do podjęcia stosownych działań wobec rządu Niemiec. Za uchwałą głosowali m.in. Donald Tusk i Grzegorz Schetyna. Ówczesny kandydat PO na premiera, Jan Maria Rokita, zapowiedział nawet, że gdy stanie na czele rządu, to sprawa ta zostanie z Niemcami poruszona.

Rokita nie został premierem, ale PO rządziła dość długo, żeby do uchwały wrócić.

Ówczesny rząd odmówił wykonania uchwały Sejmu, twierdząc, że jest ona bezzasadna. Rząd uzyskał wsparcie niektórych ekspertów. Mówiono wręcz o podważaniu ładu poczdamskiego, a tego typu argumenty są powtarzane także dziś. Grzegorz Schetyna mówił niedawno w Tok FM, że podnoszenie reparacji spowoduje cofnięcie przez Niemcy uznania dla granicy polsko-niemieckiej na Odrze i Nysie Łużyckiej. To kuriozalne stwierdzenie. Na konferencji poczdamskiej uznano, że sprawa Ziem Zachodnich i reparacji to dwie różne sprawy. Poza tym Niemcy w kilku traktatach zobowiązały się do respektowania obecnych granic.

Wiele osób w Niemczech, ale i w Polsce, uznaje jednak, że uzyskanie przez Polskę Ziem Zachodnich to także forma reparacji.

Ziemie Zachodnie przekazano Polsce jako rekompensatę za utracone na rzecz ZSRR województwa wschodnie. Niezależnie od tego przyznano nam także prawo do reparacji wojennych na kwotę 1,5 mld ówczesnych dolarów, których w zasadzie po dziś dzień nie otrzymaliśmy.

Dziś przeliczane są one w Polsce na astronomiczne sumy. Może powinniśmy się jednak trzymać ustaleń z Poczdamu?

Obecnie formułuje się bardzo daleko idące roszczenia, sięgające nawet 6 bln dolarów. Widzę także tendencje do formułowania skrajnie antyniemieckich tez, szczególnie w mediach publicznych. Najgorsze, co moglibyśmy zrobić, to bezmyślnie zepsuć nasze relacje z zachodnim sąsiadem. Germanofobia do niczego nie prowadzi. Natomiast sprawa reparacji powinna stać się stałym elementem polskiej polityki historycznej. Trzeba wyjaśnić Polakom, ale także opinii publicznej w Niemczech, że Polska – państwo wskutek agresji i okupacji niemieckiej być może najbardziej poszkodowane w II wojnie – została pozbawiona praktycznie reparacji.

Niemcy tego nie wiedzą?

Niemcy nie wiedzą, że rok 1953, gdy Bierut rezygnował pod naciskiem Moskwy z reparacji, stanowił zenit uzależnienia Polski od ZSRR. Opinia publiczna nie wie też, że tych reparacji praktycznie nie dostawaliśmy i chyba nie wie, że rząd Kohla wymusił na Polsce w 1990 r. niepodnoszenie tej sprawy. Rząd niemiecki, który chętnie sięga po retorykę pojednania i odwołuje się w polityce zagranicznej do etyki i moralności, jednocześnie wykorzystuje wymuszenie na Polsce rezygnacji z reparacji w roku 1953, udając, że Polska była wówczas państwem suwerennym. W takim kierunku idzie ostatnia ekspertyza Bundestagu. Z całą pewnością pojednanie nie powinno opierać się na tak daleko idącej hipokryzji i obojętności strony niemieckiej na polską krzywdę. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 37/2017
Więcej możesz przeczytać w 37/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0