Przeklęte Monachium

Przeklęte Monachium

Przeklęte Monachium
Przeklęte Monachium / Źródło: East News
45 lat temu podczas olimpiady terroryści zamordowali 11 izraelskich sportowców. Przez dziesięciolecia Niemcy ukrywali dowody swoich błędów i zaniedbań, które doprowadziły do tragedii.

Powinniśmy unikać oskarżania siebie samych i jakiegokolwiek samokrytycyzmu – tak stwierdził przedstawiciel resortu dyplomacji RFN podczas kryzysowego posiedzenia rządu federalnego w Bonn. Odbyło się ono 7 września 1972 r., dwa dni po zmasakrowaniu izraelskiej reprezentacji olimpijskiej przez palestyńskich terrorystów z organizacji Czarny Wrzesień. Rząd trzymał się tej strategii przez całe lata, starając się ukryć, że Republika Federalna ponosi przynajmniej część odpowiedzialności za tragedię. I choć Niemcy w ostatnich latach zrobiły wiele, żeby zatrzeć to złe wrażenie, wciąż mają problem z masakrą na olimpiadzie w Monachium. Widać to było choćby po izraelskich reakcjach na wystawę upamiętniającą wydarzenia sprzed 45 lat. Uwagę komentatorów izraelskich zwróciło to, że w imponującej, multimedialnej prezentacji nie ma ani słowa o mocno kompromitujących Niemcy faktach.

Uznanie dla terrorystów

Całej tragedii można było uniknąć, gdyby władze niemieckie poważnie potraktowały depeszę z placówki dyplomatycznej z ostrzeżeniem, że palestyńscy terroryści przygotowują atak na obiekty olimpijskie w Monachium. Było to trzy tygodnie przed zamachem na izraelskich sportowców. Zachodnioniemiecki MSZ przesłał notę do służb specjalnych, zalecając natychmiastowe wzmocnienie ochrony wioski olimpijskiej. Niemcy jednak nie chcieli budzić skojarzeń z niesławną olimpiadą w Berlinie w 1936 r., odbywającą się pod czujnym okiem SS i Gestapo, i zalecenie zignorowali. W efekcie, gdy ośmioosobowe palestyńskie komando uzbrojone w broń maszynową i granaty wtargnęło do kwater izraelskiej reprezentacji, czoło stawili im jedynie trener zapaśników Moshe Weinberg i ciężarowiec Josef Romano. Obaj zginęli od kul zamachowców. Napastnicy zażądali uwolnienia z izraelskich więzień ponad 230 palestyńskich terrorystów, a na dokładkę domagali się od rządu Niemiec wydania Andreasa Baadera i Ulrike Meinhof, lewackich terrorystów z RAF odsiadujących w niemieckich więzieniach kary dożywocia. Dopiero po 40 latach wyszło na jaw, dlaczego palestyńskiej bojówce tak łatwo przyszło przeprowadzenie zamachu. Zaledwie trzy miesiące przed atakiem rząd federalny prowadził z nimi potajemne negocjacje. Czarny Wrzesień reprezentował w nich Abu Youssef, któremu obiecywano uznanie jego organizacji za grupę narodowowyzwoleńczą, a nie terrorystyczną. W tym samym czasie inny lider Czarnego Września, słynny terrorysta Abu Daud, bez przeszkód podróżował po Niemczech zachodnich, montując siatkę do akcji na wioskę olimpijską w Monachium. Służby federalne doskonale o tym wiedziały, bo jego szoferem w Niemczech był neonazista Willi Pohl z Dortmundu, ściśle inwigilowany przez policję. Liczący 2 tys. stron raport na temat podróży Abu Dauda po Niemczech przeleżał utajniony kilkadziesiąt lat wraz z innymi kompromitującymi Niemcy dokumentami.

Pieniądze zamiast przeprosin

Atak na wioskę olimpijską był pierwszym aktem terroru transmitowanym na żywo w telewizji. Palestyńskie komando mogło oglądać w telewizorze, znajdującym się w pokoju izraelskich sportowców, jak przebrani w dresy niemieccy policjanci skradają się po balkonach, przygotowując atak. Amatorskie podejście bawarskiej policji do kryzysu było tak oczywiste, że prokuratura prowadziła nawet śledztwo przeciwko szefom policji w Monachium o zaniedbanie obowiązków służbowych, które doprowadziło do śmierci zakładników. Izrael zaoferował Niemcom wysłanie oddziału komandosów wyszkolonych w operacjach antyterrorystycznych, ale Niemcy nie tylko odrzucili tę ofertę, ale zaprzeczali potem, że w ogóle padła. Do odbicia zakładników wyznaczono więc policjantów bez doświadczenia bojowego.

W roli snajperów obsadzono zwykłych funkcjonariuszy, wyposażonych w broń bez celowników optycznych. Część oficerów mających zastawić pułapkę na terrorystów w podstawionym dla nich samolocie po prostu uciekła z posterunku, nie informując o tym przełożonych. W efekcie bezładnej strzelaniny, jaka wybuchła na lotnisku wojskowym pod Monachium, zginęli wszyscy izraelscy zakładnicy i pięciu z ośmiu terrorystów. Przywódcy Czarnego Września twierdzili potem, że Niemcy celowo wymordowali Izraelczyków i, prawdę mówiąc, nie było wielu dowodów na odparcie tych oskarżeń. Zwłaszcza że przez kolejne 20 lat władze federalne w Bonn i rząd landu Bawarii z siedzibą w Monachium odmawiały publikacji jakichkolwiek dokumentów na temat całej tragedii. Sytuację zmienił dopiero publiczny apel Ankie Spitzer, wdowy po zamordowanym trenerze izraelskich szermierzy, która w 1992 r. wystąpiła w telewizji ZDF, prosząc o pomoc w dotarciu do archiwów. Gdy rząd bawarski uparcie zaprzeczał istnieniu tajnych akt, pani Spitzer pojawiła się ponownie w telewizji, wymachując teczką z 80 stronami oryginalnych maszynopisów z 1972 r. Trafiły one na biurko reprezentującego rodziny ofiar prawnika z Tel Avivu dzięki anonimowemu urzędnikowi niemieckiemu. Ośmieszony publicznie rząd niemiecki nie miał wyjścia i musiał ujawnić prawie 4 tys. stron akt. Stały się one podstawą do wypłacenia w 2004 r. odszkodowań rodzinom ofiar. Uznano je za milczącą formę przyznania się rządu Niemiec do błędów popełnionych w 1972 r. w Monachium.

Strzały w warszawie

Ujawnienie części niemieckiej dokumentacji kryzysu monachijskiego nie rozwiązało całego problemu. Rządy zachodnioniemiecki w Bonn, a potem zjednoczonych Niemiec w Berlinie długo odmawiały należytego upamiętnienia tragedii. Ankie Spitzer próbowała zamienić kwatery izraelskiej reprezentacji w Monachium na małe muzeum, ale ówczesny minister spraw wewnętrznych Niemiec Hans-Dietrich Genscher stwierdził, że to niemożliwe, bo obiekty są własnością prywatną. Przez wiele lat jedynym śladem po zamachu była tabliczka umieszczona na budynku w wiosce olimpijskiej. Potrzeba było 45 lat na stworzenie stałej wystawy na ten temat. Trudno się dziwić niechęci do rozdrapywania tej historii. Nawet w czasie gdy palestyńskie komando torturowało izraelskich sportowców, Monachium nie miało czasu na współczucie. Na obiektach olimpijskich zawody trwały w najlepsze, a zakwaterowani po sąsiedzku sportowcy innych reprezentacji mogli swobodnie obserwować z własnych balkonów negocjacje z porywaczami. Po śmierci zakładników podjęto decyzję, żeby nie przerywać olimpiady. Służby porządkowe skrupulatnie wyłapywały widzów próbujących rozwijać transparenty mające zwrócić uwagę na masakrę. Zdecydowano jedynie o symbolicznym geście żałoby, ale państwa arabskie solidarnie odmówiły opuszczenia swoich flag do połowy masztów. Z ujawnionych niedawno dokumentów wynika, że jednym z powodów decyzji o kontynuowaniu sportowej rywalizacji był sprzeciw niemieckiej telewizji, która zarezerwowała na transmisję igrzysk czas antenowy i nie miała co wstawić w to miejsce.

Trzej terroryści, którzy przeżyli strzelaninę na lotnisku, nigdy nie odpowiedzieli za swoje zbrodnie. Zostali odesłani z Niemiec do Libii, po tym jak ich towarzysze porwali w Bejrucie samolot Lufthansy, grożąc jego wysadzeniem. Inni członkowie Czarnego Września nie mieli tyle szczęścia, bo izraelskie służby rozpoczęły na nich regularne polowanie na całym świecie. W ramach operacji „Gniew Boga”, pokazanej w słynnym filmie „Monachium” Stevena Spielberga, Mossad likwidował każdego, kto miał do czynienia z organizacją zamachu. Jednego z głównych pomysłodawców ataku w Monachium, terrorystę Abu Dauda, agenci izraelscy dopadli w sierpniu 1981 r. w warszawskim hotelu Victoria. Palestyńczyk dostał pięć kul w pierś, ale został odratowany przez chirurgów szpitala MSW, bo PRL udzielał pełnego wsparcia palestyńskim terrorystom. Abu Daud zmarł we własnym łóżku w Damaszku w 2010 r. Jednym z ludzi zamieszanych w monachijski zamach, którzy uniknęli zemsty Mosadu, jest też Abu Mazen. Były główny księgowy Organizacji Wyzwolenia Palestyny sfinansował porwanie sportowców z Izraela. Dziś świat zna go pod prawdziwym nazwiskiem Mahmud Abbas i powszechnie szanuje jako prezydenta Autonomii Palestyńskiej. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 38/2017
Więcej możesz przeczytać w 38/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także