Sztuka nie tylko od święta

Sztuka nie tylko od święta

Sztuka nie tylko od święta
Sztuka nie tylko od święta
Polski rynek sztuki rozrasta się i profesjonalizuje. Czy nowi galerzyści odniosą sukces? Może na Warsaw Gallery Weekend?

Łukasz Gazur

Galerie prywatne, a niekiedy i państwowe otwarte do późnych godzin wieczornych oraz krążący między nimi goście – to może oznaczać tylko jedno: Warsaw Gallery Weekend. Istniejący od 2011 r. WGW wzorowany jest na podobnych tego typu imprezach z innych miast, np. Berlina. Coroczne wydarzenie, które odbywa się w ostatni weekend września, jest doskonałą okazją nie tylko do poznania nowych prac polskich artystów, ale także prześledzenia, co w polskiej sztuce jest modne i w co warto zainwestować.

Według różnych szacunków polski rynek sztuki to 300-350 mln zł. Tyle przepływać ma rocznie przez galerie, antykwariaty i pracownie samych artystów. To kropla w morzu art worldu. Podobno mniej więcej tyle wynoszą obroty jednego tylko człowieka – Larry’ego Gagosiana. To czołówka ludzi świata sztuki. Ten marszand, którego nazwisko widnieje na jednym z najbardziej prestiżowych szyldów galeryjnych – Gagosian Gallery – swoje interesy prowadzi w Nowym Jorku i Londynie. Nie omija żadnych ważnych targów. Ma siłę przebicia i dar przekonywania, by oczy najważniejszych krytyków i kolekcjonerów kierować na nowe nazwiska artystów. Żadna z polskich galerii z jego pozycją mierzyć się nie może. Mimo wszystko wciąż jesteśmy krajem na dorobku. Jeszcze kilka lat temu Andrzej Starmach, jeden z najważniejszych polskich marszandów, który wylansował modę m.in. na Jerzego Nowosielskiego oraz II Grupę Krakowską i który prowadzi własną galerię przy krakowskiej ulicy Węgierskiej, żartował, że w Polsce „tak ciężko żyć ze sprzedaży sztuki, jak pracować na galerach, więc galerzyści tak naprawdę powinni nazywać się galernikami”.

MIĘDZYNARODOWY OBIEG

W ciągu ostatnich lat wiele się zmieniło. Nasz rynek się rozrósł i sprofesjonalizował. Co więcej, od jakiegoś czasu obserwujemy zmianę warty u wrót sztuki. Znikł z rynku choćby łódzki Atlas Sztuki, jedna z najważniejszych polskich galerii. Za to za młodymi artystami przyszli w końcu i młodzi galerzyści. Pejzaż polskiej sztuki coraz częściej malowany jest na ścianach prywatnych miejsc wystawienniczych, prowadzonych przez późne roczniki osiemdziesiąte. – Standardy bardzo się zmieniły – mówi Dawid Radziszewski, dawniej prowadzący poznańską galerię Pies, dziś już warszawską – noszącą jego imię i nazwisko. – Mamy bardzo dobre targi Not Fair w Pałacu Kultury i Warsaw Gallery Weekend, który odbywa się w ich trakcie. Oczywiście w pewnych obszarach jest też trudniej niż dekadę temu, bo Polska straciła status egzotycznej nowości. Polscy artyści, przynajmniej niektórzy, grają w międzynarodowej lidze i chyba ich „atrakcyjne” pochodzenie straciło na znaczeniu. Równocześnie nie potrafiliśmy wykształcić jakiejś innej wartości niż to, że nasza sztuka była dość słabo znana i równocześnie całkiem interesująca. Teraz już wszyscy ją znają i właściwie nie mamy żadnej nowej propozycji. Oczywiście są galerie i instytucje, które z sukcesem to przełamują, ale nie jest to jakaś pokaźna liczba – dodaje.

Do tych, którzy bezwzględnie od wielu lat nadają wciąż ton polskiej sztuce, należy warszawska fundacja Galerii Foksal. Trójka młodych kuratorów zawojowała świat sztuki: Adam Szymczyk jest dyrektorem Kunsthalle w Bazylei, a w tym roku był kuratorem Documenta w Kassel – jednego z najbardziej prestiżowych wydarzeń w świecie sztuki. Joanna Mytkowska została dyrektorką Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Andrzej Przywara wciąż zasiada w FGF. To im międzynarodową karierę zawdzięcza choćby jeden z najważniejszych polskich artystów współczesnych, Wilhelm Sasnal, i młodszy od niego Jakub Julian Ziółkowski. Oraz kilku innych. Rekomendacja tej galerii to jak gwarancja sukcesu. Zresztą FGF wciąż obok Starmacha regularnie obecna jest na targach w Bazylei. I do tego wciąż robi wystawy i nie zwalnia tempa. Ale w międzynarodowym obiegu polskich galerii – na mniejszą skalę oczywiście – nie brakuje. Wystarczy wspomnieć, że w zeszłym roku galeria Leto pojawiła się w Art Geneve, gdzie pokazywała prace Angeliki Markul, Radka Szlagi oraz Konrada Smoleńskiego. Le Guern swój asortyment wystawiała na Art Cologne, gdzie wspólnie z galerią Lokal_30 zawiozła prace Tomka Barana i Jana Mioduszewskiego. Poza tym obie galerie pokazały się na Frieze Art Fair w Nowym Jorku. I właśnie dzięki obecności Lokalu_30 Museum of Modern Art w Nowym Jorku zakupiło do swych zbiorów archiwum polskiej artystki Natalii LL. Z kolei Raster z twórczością Rafała Bujnowskiego pojechał aż do Hongkongu na tamtejszą wersję targów Art Basel. Bo wielkie targi bardzo chętnie robią swoje edycje w ośrodkach na innych kontynentach. A Azja to dziś chłonny rynek.

ŁOWIENIE TALENTÓW

Na sukces galerii składa się wiele czynników, ale jest jeden, bez którego nie ma szans, czyli... jakość artystycznego towaru. Chodzi o to, by w odpowiednim momencie wyłapać obiecujące nazwisko albo umieć zmienić już obecnych w obiegu artystów w klasyków. Przez lata znakomicie robiła to na polskim rynku krakowska galeria Zderzak. Marta Tarabuła i Jan Michalski, chętnie pozostający w kontrze do „dyskursów stolicy”, mieli nosa do młodych artystów. Do tego w znacznej mierze zasługują na uznanie za uprawianie art archeologii, jak odkopanie z niepamięci twórczości Andrzeja Wróblewskiego i Jerzego „Jurrego” Zielińskiego. Ale w ostatnich latach mają nieco mniej szczęścia. Sukcesów na miarę Grupy Ładnie, czyli m.in. Wilhelma Sasnala i Marcina Maciejowskiego, na razie na ich koncie brak. Choć w swoim portfolio mają obiecujących artystów, jak choćby Łukasz Stokłosa, to siła ich oddziaływania jest dziś dużo mniejsza niż kiedyś. Podobnie zresztą jak Andrzeja Starmacha – choć z zupełnie innych względów. On sam jakby ustąpił miejsca młodym. Wciąż handluje, wciąż bierze udział w najważniejszych targach sztuki w Bazylei, ale już nie odkrywa nowych nazwisk. Jego galeria straciła zapał do robienia wystaw, a przez to właściwie zeszła z pola widzenia wielbicieli sztuki. Ale zasług ma co niemiara. Choćby taką, że to właśnie dzięki niemu pracę Tadeusza Kantora zakupiła monachijska Pinakoteka – podobno za (bagatela!) 1 mln euro. Jednym z największych atutów młodszych galerzystów jest świetna orientacja w kręgach akademii sztuk pięknych. Obserwują przyszłych twórców na co dzień, często z kontaktami profesjonalnymi idą w parze te przyjacielskie. Widzą rozwój nowego pokolenia artystów, mogą przewidzieć, jak potoczy się ich kariera. Dostrzegają też nowe kierunki rozwoju sztuki, zastosowanie nowych technologii. A stąd już tylko krok do sukcesu. I dlatego w ostatnim czasie taki wykwit nowych miejsc. Nie tylko w Warszawie. W Krakowie to galeria Henryk, Aristoi, Potencja, Księgarnia/Wystawa, w Katowicach – Dwie Lewe Ręce, w Poznaniu – Rodriguez, Oficyna, w Toruniu – Miłość. Jeśli chodzi o stolicę, to tu ruch w interesie jest nieustanny – pojawiła się choćby prowadzona przez Piotra Drewkę galeria Wschód. To wciąż jeszcze – przynajmniej w większości – nie czołówka. Ale kilka miejsc godnych jest zapamiętania.

MŁODA SZTUKA, MŁODZI INWESTORZY

Receptą na sukces jest traktowanie galerii nie jak hobby, ale jako miejsca pracy oraz źródła utrzymania. Tak przynajmniej twierdzi Michał Suchora, który wspólnie z Justyną Kowalską od sześciu lat prowadzi BWA Warszawa, dziś jedną z topowych galerii stolicy. – Nigdy nie mieliśmy żadnych finansowych pleców, bogatych rodziców czy partnerów ani zewnętrznego inwestora, który pozwoliłby nam na „odpuszczenie”. I to pewnie jest po części źródło sukcesu BWA Warszawa i tego, że tak świetni artyści jak Karol Radziszewski, Iza Tarasewicz czy Sławek Pawszak nadal z nami pracują. Bardzo ważnym motorem do działania była dla nas świadomość, że od naszego zaangażowania i profesjonalizmu zależy też życie związanych z nami artystów. W modelu pracy na wyłączność to galeria staje odpowiedzialna za przychody artystów. W naszej pracy nie ma więc miejsca na odpoczynek. Nawet wakacje podporządkowujemy kalendarzowi wystaw i targów sztuki – twierdzi Michał Suchora. Młodzi galerzyści dostrzegli też zjawisko, które – jak się wydaje – umknęło ich nieco starszym kolegom. Przez ofensywę w mediach społecznościowych dotarli do zupełnie nowego pokolenia kolekcjonerów. – Obserwuję rozwój tego biznesu. Rośnie również społeczność kolekcjonerów.

Nadzieją dla przyszłych galerzystów są zmiany, jakie obecnie dokonują się na polu sztuki. Media społecznościowe nie służą już tylko autopromocji, ale stają się pełnoprawnym i demokratycznym kanałem komunikacji – tłumaczy Aleksander Celusta, współzałożyciel galerii Henryk w Krakowie. Klientami młodych handlarzy sztuką są nie tylko ludzie zakochani w twórczości nowego pokolenia artystów oraz wielcy kolekcjonerzy – choć nie brakuje i tych, bo apetyt na świeże nazwiska na rynku nie słabnie – ale także młodzi inwestorzy, górna warstwa klasy średniej, korporacyjni menedżerowie, ekonomiści, prawnicy. Często są to ludzie, którzy wcale nie gromadzą kolekcji. Chcą kilku obrazów modnego, młodego artysty. Czasem nie ukrywają, że liczą na zysk. Bo dzieła najmłodszego pokolenia malarzy, grafików czy rzeźbiarzy to wydatek od kilkuset do dwóch, trzech tysięcy złotych, czyli tyle, ile w sklepie z wyposażeniem wnętrz kosztuje seryjnie wykonany obraz, który nigdy nie zyska na wartości. To była nisza do zagospodarowania, bo sztuka współczesna stała się modna. Jest obecna w mediach i popkulturze. Wystarczy wspomnieć, że Wilhelm Sasnal w wielu kręgach stał się znany dopiero, gdy wystąpił w reklamie ubrań Jacobsa albo – wraz z żoną Anką – zaczął kręcić filmy.

– Rynek sztuki w Polsce jest nadal bardzo płytki, jednak z satysfakcją obserwuję, że grono osób zainteresowanych sztuką współczesną cały czas rośnie. Kolekcjonowanie sztuki współczesnej nie jest już wyłącznie wybrykiem najbogatszych Polaków. Również dzięki pracy nas, właścicieli prywatnych galerii, staje się częścią lifestyle’u klasy średniej. Nie wypada już nie wiedzieć, co ostatnio wyreżyserował Warlikowski czy co zaprojektował Rygalik. Tak samo „trzeba” być na bieżąco z programem Muzeum Sztuki Nowoczesnej czy śledzić, kto w danym roku reprezentuje Polskę na weneckim Biennale – tłumaczy Michał Suchora. – Oczywiście istnieją jakieś takie galmażerie czy pseudodomy aukcyjne, które sprzedają absolutny chłam, i to w dużych często ilościach. Niemniej nie są to obroty na takim poziomie, żeby było sens je notować – zaznacza Dawid Radziszewski. – Ale jak się ma dobre prace, to cała reszta układa się sama i któregoś dnia budzisz się na swoim stoisku na Art Basel – mówi. To w końcu marzenie każdego galernika – być zaproszonym na targi w Bazylei, obok tak sławnych i dobrze widzianych marek jak Gladstone Gallery, Hauser & Wirth czy wspomniana Gagosian Gallery. Ale Radziszewski należy do szczęściarzy, których galeria już się tam pojawiła. Czekamy na następnych. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 38/2017
Więcej możesz przeczytać w 38/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także