Niemiecki zakręt z wybojami

Niemiecki zakręt z wybojami

Angela Merkel, Martin Schulz
Angela Merkel, Martin Schulz / Źródło: Newspix.pl / ABACA
W precyzyjnie zaprojektowanej i jeszcze lepiej wykonanej niemieckiej maszynie coś się zacięło. Polsce może się to przydać, choć granica między korzyściami a zagrożeniem dla rządu w Warszawie jest dosyć cienka.

Gdy w 2015 r. pojawiły się pierwsze głosy mówiące, że Angela Merkel zapłaci polityczną cenę za wpuszczenie do Europy setek tysięcy imigrantów, tzw. poważni ludzie pukali się w swoje mądre głowy. Wskazywano na siłę poparcia dla pani kanclerz, a także moralną wyższość przeciętnego niemieckiego wyborcy nad prymitywnymi ksenofobami z Polski czy Węgier, niedoceniającymi pożytków płynących z przyjmowania imigrantów. Dziś widzimy, że pani Merkel jednak została ukarana za otwieranie granic dla imigracji. Bo jak inaczej nazwać mizerny wynik partii, której zasługą jest największy w powojennych dziejach Niemiec rozkwit gospodarczy i najniższe bezrobocie? Nie mówiąc o wiodącej roli politycznej w Europie, jaką zbudowała Niemcom Merkel. Jej zwycięstwo wyborcze jest kruche i wymęczone, bo przeciętny niemiecki wyborca nie kupił opowieści o swojej moralnej wyższości. Przeciętny niemiecki wyborca przestraszył się serii zamachów terrorystycznych, które mogą oczywiście nie mieć nic wspólnego z imigracją, ale jednak wydarzyły się po przyjęciu przez Merkel mas imigrantów z Bliskiego Wschodu. To dlatego chadekom ubyło milion wyborców, których przejęli skrajnie prawicowi populiści z AfD. To jest fakt, którego nie zmieni rozpaczliwe szukanie winnych tej porażki poza krajem.

Rusofobia była dotąd w Niemczech zjawiskiem przypisywanym wyłącznie Polakom i Bałtom. Jednak dziś niemieckie media całkiem poważnie szukają przyczyn wyborczej wpadki tak hołubionej Mutti gdzieś między Kremlem a Łubianką. Bezpośrednich dowodów ingerencji Moskwy na razie brak. Dlatego na celownik wzięto 2 mln Niemców rosyjskiego pochodzenia, których podatność na rosyjską propagandę miała zaważyć na wyniku wyborów. O tym, że stygmatyzowanie części wyborców z powodu słowiańskiego pochodzenia nijak ma się do moralnej wyższości Niemców i ich wyczulenia na niedole imigrantów, jakoś nikt się nie zająknął. Brzydko pachnące medialne nagonki to jednak nie największe zmartwienie Angeli Merkel.

Godzenie wody z ogniem

Precyzyjnie skonstruowana i dobrze naoliwiona machina niemieckiej polityki, która zapewniała dotąd Merkel dominację, zaczęła zgrzytać już w kilka dni po wyborach. Podobnie jak w przypadku wyniku wyborów nie jest to klęska całkowita, ale rysy na politycznym monolicie są na tyle poważne, że otwarcie wieszczy się już początek końca przywództwa Angeli Merkel. W jej własnej partii coraz głośniej mówi się o konieczności oddzielenia stanowiska szefa chadeków od kanclerza Niemiec. Afrontem dla pani kanclerz był także słaby wynik jej faworyta Volkera Kaudera w wyborach na szefa klubu chadeckiego w nowym Bundestagu. Kauder dostał, co prawda, w zeszłym tygodniu 77 proc. głosów, ale w porównaniu z poparciem, które w poprzedniej kadencji przekroczyło 97 proc., jest to znaczący spadek. Burzą się także bawarscy chadecy, którzy od początku kryzysu migracyjnego krytykowali Merkel za wpuszczanie imigrantów. Dla nich odpływ wyborców do populistów z AfD może mieć fatalne skutki już w przyszłym roku, gdy Bawarczycy pójdą wybierać władze landu. Bawarska CSU, siostrzana partia CDU Merkel, rządzi w regionie prawie bez przerwy od lat 60. Żeby ten stan rzeczy utrzymać, chadecy muszą zaostrzyć politykę imigracyjną. Dlatego lider CSU, Horst Seehofer zażądał wprowadzenia sztywnych limitów przyjmowania imigrantów. Ma to być warunek zgody Bawarczyków na stworzenie nowej koalicji rządowej. Tyle że jest to warunek zaporowy, bo Merkel zmuszona jest do klejenia poparcia skrajnie różnych od siebie ugrupowań, jakimi są liberałowie z FDP i Zieloni. Partie te różnią się między sobą niemal we wszystkim – od poglądów na energetykę i politykę klimatyczną, przez imigrację, aż po stosunek do Rosji. Żeby pogodzić ogień z wodą, Merkelusunęła nawet ze stanowiska potężnego ministra finansów Wolfganga Schäublego, partyjnego weterana i osobę numer dwa, nie tylko w polityce niemieckiej, ale też europejskiej. Jego posada ma być kartą przetargową w koalicyjnych negocjacjach.

Macron: jestem trupem

Będący dotąd na ostrym kursie kolizyjnym z Niemcami i większością UE rząd polski ma sporo szczęścia. Unia będzie bowiem musiała z kluczowymi decyzjami poczekać, aż Merkel upora się ze stworzeniem rządu, co może potrwać do końca tego roku. Unijni urzędnicy już wyczuli tę zmianę sytuacji w Berlinie. Jak pisze portal Politico, szef Rady Europejskiej Donald Tusk przed ostatnim szczytem przywódców w Tallinie, inaugurującym estońską prezydencję w UE, dwoił się i troił, żeby w porządku obrad nie znalazły się żadne istotne kwestie wymagające zaangażowania Berlina. W liście do liderów Tusk upominał uczestników spotkania, żeby nie rozmawiali o reformach zarządzania strefą euro, brexicie i nowym budżecie UE. Jest jasne, że poruszanie tych tematów teraz może bardzo utrudnić Angeli Merkel lepienie stabilnej koalicji. Co ciekawe, pierwsze spekulacje dotyczące obsady poszczególnych ministerstw w Niemczech wydają się sprzyjać polskim interesom. Jeśli miejsce Schäublego zajmie polityk FDP, będzie to de facto oznaczało wyrzucenie do kosza planów francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona. Próbuje on forsować stworzenie wspólnego budżetu strefy euro, a także osobnego parlamentu i ministra finansów unii walutowej, co oznaczałoby marginalizację krajów, takich jak Polska.

Merkel i Schäuble do tych pomysłów Macrona nigdy nie czuli wielkiej mięty. FDP jest do nich wręcz wrogo nastawione, z czego Paryż zdaje sobie sprawę. – Jeśli ona zwiąże się z FDP, jestem trupem – miał według „Le Monde” powiedzieć w lipcu Macron. Wygląda na to, że jego obawy się materializują, bo tuż po wyborach Angela Merkel ostro studziła federalistyczne i protekcjonistyczne zapędy Macrona: – Możemy użyć więcej Europy, ale to musi prowadzić do większej konkurencyjności, większej liczby miejsc pracy i kuksańców dla Unii Europejskiej – mówiła pani kanclerz. Nie należy jednak zapominać, że Berlin może dla otarcia łez francuskiego prezydenta zaangażować się w przełamywanie oporu państw członkowskich wobec zrównania płac pracowników delegowanych. Francji na tym bardzo zależy, a najwięcej stracić mogą polskie firmy transportowe. Jeśli FDP weźmie resort finansów, to niemiecka dyplomacja najprawdopodobniej przejdzie w ręce Zielonych. To z punktu widzenia Polski może być także dobra zmiana, bo kontrolujący dotąd niemieckie MSZ socjaliści otwarcie sprzyjali Moskwie. Zieloni zaś, w przeciwieństwie do FDP, której lider Christian Lindner mówił w kampanii o konieczności uznania rosyjskich zdobyczy na Ukrainie, są zdecydowanymi zwolennikami utrzymania sankcji wobec Rosji. Nie jest to oczywiście postawa dożywotnia, szczególnie jeśli Angela Merkel, dotąd zdeterminowana, żeby trzymać Putina w szachu, uzna teraz, że sformowanie stabilnego rządu będzie dla interesów Niemiec i UE ważniejsze niż losy Ukrainy i rosyjskich wpływów na wschodzie Europy.

Co nam zrobi merkel?

Niefortunny dla Merkel wynik wyborczy pokazał, że nie da się unikać kwestii imigracyjnej, która zaważyła na decyzjach Niemców przy urnie. Szukanie winnych wśród niemieckich Rosjan długo się nie utrzyma, a jest mało prawdopodobne, żeby sama kanclerz przyznała się, że wpuszczenie ponad miliona imigrantów do Niemiec było politycznym błędem. Podobnie jak nigdy nie przyzna się, że zbytnie przesunięcie partii chadeckiej na lewo, nie tylko w sprawach migracyjnych, lecz także obyczajowych, wytworzyło na prawicy próżnię, którą wypełniła AfD. Niemiecki establishment polityczny będzie potrzebował innych winowajców. Polacy, Węgrzy, Czesi i Słowacy, którzy odmówili przyjęcia imigrantów do siebie, znakomicie się do tej roli nadają. Pani kanclerz będzie jednak musiała rozważyć, czy opłaca się jej odzyskiwać utracone pole akurat w ten sposób. Presja np. na Polskę będzie oznaczała zaostrzenie reparacyjnych żądań ze strony Warszawy. Po to przecież ten temat został wywołany – żeby PiS miał, w razie czego, czym zaszachować Niemców.

Opozycja w Warszawie sprawę bagatelizuje, ale w Berlinie traktowana jest ona bardzo poważnie. Nie tylko z powodu wagi ewentualnych polskich roszczeń, lecz także tego, co z nimi zrobi AfD. Niemieccy populiści, którzy szturmem weszli do Bundestagu, nie będą wobec Warszawy dyplomatycznie grzeczni. W końcu to jeden z ich liderów, Alexander Gauland w kampanii tłumaczył Niemcom, że powinni być dumni z osiągnięć niemieckich żołnierzy w dwóch wojnach światowych. Oczywiście słowa te wywołały za Odrą zrozumiałe oburzenie. Nie na tyle jednak powszechne, żeby utrudnić Gaulandowi odebranie Merkel miliona wyborców. Teraz AfD mogłoby być idealnym obrońcą Niemiec przed domagającymi się, nienależnych im przecież, reparacji Polakami. Byłoby to tym bardziej wiarygodne, im mocniej niemiecki rząd obarczałby nas winą za migracyjny kryzys. Jest to więc gra, w której Merkel może sporo stracić, szczególnie gdyby sprawdził się czarny scenariusz z przedterminowymi wyborami w Niemczech. Osłabienie pani kanclerz jest niewątpliwie w polskim interesie, bo słabsza Merkel może być łatwiejszym partnerem do negocjacji. Jednak jej przedwczesny upadek byłby katastrofą. Nie tylko dla Polski, lecz także dla całej Europy. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 40/2017
Więcej możesz przeczytać w 40/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także