Mundial, nowy pomnik Putina

Mundial, nowy pomnik Putina

Władimir Putin
Władimir Putin / Źródło: Newspix.pl / ABACA
Piłkarskie mistrzostwa w 2018 r. miały potwierdzić pozycję Rosji w świecie. Jednak na razie toczy je korupcja i strach przed brutalnością stadionowych chuliganów.

Nie jest żadną tajemnicą, że Władimir Putin wielkim kibicem piłkarskim nie jest. Prezydent woli typowo rosyjskie sporty, jak hokej. Sam jest zresztą graczem i chętnie zakłada łyżwy, żeby z kijem w ręku pohasać po lodowisku i pokazać, jaką ma krzepę. Jego rezerwę do futbolu podziela większość Rosjan: piłka nie jest tam namiastką religii jak w niektórych krajach Europy, a rosyjscy piłkarze i ich drużyny nie znaczą wiele w świecie piłkarskim. Sklasyfikowana gdzieś w ósmej dziesiątce rankingu FIF-y reprezentacja Rosji nie miałaby żadnych szans na zakwalifikowanie się do mistrzostw świata, gdyby Putin nie postanowił przełamać swojej niechęci do futbolu i zorganizować w Rosji mundialu.

Nie o miłość do piłki zresztą tutaj chodzi, tylko o czysto polityczne cele. Gdy w 2010 r. w atmosferze korupcyjnego skandalu FIFA przyznała Rosji organizację mistrzostw, Kreml liczył, że będzie to kolejny po olimpiadzie zimowej w Soczi dowód na to, że kraj wstaje z kolan, dołączając do światowej elity potężnych i wpływowych. W międzyczasie jednak Putin najechał Ukrainę i, zamiast awansować na salony, stał się pariasem nękanym międzynarodowymi sankcjami. Moskwa musiała więc zweryfikować plany propagandowe wobec mundialu. Na użytek wewnętrzny wielka sportowa impreza ciągle ma potwierdzać wielkość obecnej władzy w oczach coraz bardziej zmęczonych sankcjami Rosjan. Jednak na zewnątrz gra toczy się już nie o to, żeby rozsiąść się na salonach, tylko żeby przełamać uciążliwą izolację kraju.

Koreańscy niewolnicy budują stadion

We wrześniu Rosję odwiedził szef FIF-y Gianni Infantino, przywożąc do Moskwy puchar FIFA, który ma objeżdżać najdalsze zakątki imperium. Chodzi nie tyle o promocję mistrzostw w niezbyt popularnej w Rosji dyscyplinie, ile o kampanię prezydencką, w której Putin jest jedynym, choć ciągle jeszcze oficjalnie niepotwierdzonym kandydatem. Wybory prezydenckie w Rosji odbędą się już w marcu przyszłego roku, kilka miesięcy przed mundialem. Puchar FIFA będzie więc w kampanii wyborczej Putina czymś na kształt Świętego Graala,ofiarowanego posłusznemu ludowi przez szczodrego władcę. Podobnie jak wznoszone w całej Rosji piłkarskie stadiony. Choć akurat wokół nich jest najwięcej wątpliwości. Gianni Infantino nie mógł się w Moskwie nachwalić postępów w budowie obiektów na mistrzostwa. Ich koszty, szacowane wstępnie na 20 mld dolarów, są jednak coraz większe. Rosyjskie władze winią za to Zachód i sankcje, które miały podnieść koszty wszystkich inwestycji o 30 do 40 proc. Prawdziwym problemem jest jednak wszechobecna korupcja. Podobnie jak w przypadku olimpiady zimowej w Soczi, której budżet przekroczony został pięciokrotnie, także mundial jest dla zaprzyjaźnionych z Putinem oligarchów okazją do rozkradania publicznych pieniędzy. Co prawda minister sportu Witalij Mutko próbował utrzymać koszty w ryzach, ustalając, że żaden ze stadionów nie może kosztować więcej niż 440 mln dolarów. Wywołało to jednak sprzeciw oligarchów, których Putin w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego zapędził do finansowania mistrzostw. Zaprzyjaźniony z Kremlem Giennadij Timczenko, właściciel konglomeratu budowlanego Strojtransgaz, uznał limity za niedopuszczalne i doprowadził do dymisji ministra Mutki. Koszty stadionów znów poszybowały. Już dziś wiadomo, że będą to najdroższe mistrzostwa piłkarskie w dziejach. W Korei i Japonii w 2002 r. stworzenie jednego miejsca na stadionie kosztowało 6 tys. dolarów. W krytykowanej za marnotrawienie pieniędzy Brazylii w 2014 r. było to 6,5 tys. dolarów. Jedno miejsce na mundialu w Rosji kosztować będzie aż 11,5 tys. dolarów! By wycisnąć z tej kury jak najwięcej złotych jaj oligarchowie rezygnują nawet z zatrudniania miejscowych robotników i ściągają do pracy niewolniczą siłę roboczą z Północnej Korei. Budują oni między innymi stadion petersburskiego klubu Zenit, będący symbolem korupcyjnej piramidy żerującej na mistrzostwach. Jego rozbudowa ciągnie się od dekady. Gdy okazało się, że ma być jedną z aren mundialu, wydatki od razy skoczyły z planowanych 10 lat temu 100 do 800 mln dolarów. Zatrudnienie tam północnokoreańskich niewolników postrzegane jest w Rosji nie jako skandal, tylko usprawnienie ratujące sypiący się budżet przedsięwzięcia.

Bij czarnego gracza

Uwagę zachodniej prasy zwrócił niedawno niezwykły stadion w Jekatyrynburgu na Uralu. By pomieścić tam wymaganą przepisami FIF-y liczbę widzów, rozebrano jedną ze ścian areny, dostawiając na zewnątrz tymczasową widownię. Jak wiele rzeczy w Rosji, także i potrzeby mistrzostw świata zostały mocno przeskalowane. Najmniejszy stadion mistrzostw może pomieścić ponad 40 tys. osób, co oznacza, że po turnieju większość z nich będzie świecić pustkami. Średnia liczba widzów na meczach rosyjskiej ekstraklasy nie przekracza bowiem 12 tys. Poza tym w 4 z 16 lokalizacji mundialowych stadionów nie ma nawet pierwszoligowej drużyny. Pojawia się też pytanie, kto zapełni budowane za miliony dolarów stadiony. Arenę w Jekatyrynbugru od tej w Kaliningradzie dzieli odległość większa niż Londyn od Moskwy. By zachęcić kibiców do odwiedzania najodleglejszych zakątków Rosji, Moskwa poluzowała restrykcyjne przepisy wizowe, zezwalając na wjazd tylko na podstawie dokumentu tożsamości i ważnego biletu na mecz. Władze muszą jednak brać pod uwagę groźbę wykorzystania turnieju do politycznych manifestacji i intensywnie ćwiczą taką ewentualność. Podczas rozgrywanego latem w Rosji Pucharu Federacji będącego przygrywką do mundialu policja bezlitośnie stłumiła antykorupcyjne protesty opozycji. Moskwa zapewnia też, że zadba o bezpieczne mistrzostwa. Szef FIF-y Infantino chwalił nawet niedawno wprowadzony w Rosji system identyfikacji kibiców. To ważne, bo przemoc stadionowa i rasizm są w Rosji stałym elementem każdego niemal meczu. Piłkarscy chuligani walczą nie tylko między sobą. Po wybrykach na Euro we Francji w 2016 r. wyrobili sobie także opinię za granicą. Pytanie brzmi: czy służby w Rosji, które tak sprawnie radzą sobie z opozycją, będą równie bezwzględne wobec nastawionych w większości prorządowo kiboli? Może być z tym różnie, o czym świadczą niektóre decyzje kadrowe. Rosyjska federacja piłkarska powołała na inspektora do spraw rasizmu i stadionowej przemocy byłego piłkarza Chelsea Londyn Aleksieja Smiertina, który dwa lata temu przekonywał, że w rosyjskiej piłce nie ma rasizmu. Gdy pytano go, dlaczego kibice w Rosji obrzucają czarnoskórych graczy bananami, odpowiadał, że robią to po prostu dla zabawy. Innego zdania jest Dick Advocaat, były menedżer petersburskiego Zenitu, który w jednym z wywiadów przyznał, że bał się zatrudniać ciemnoskórych piłkarzy, żeby kibice ich nie atakowali. Można więc łatwo wyobrazić sobie, co się może stać, jak któryś z egzotycznych dla Rosjan graczy upokorzy na boisku ich reprezentację. O to akurat nie powinno być trudno, bo w rankingach FIF-y od Rosji lepiej wypada nawet Uzbekistan, Australia i Panama. Z pewnością wiele wysiłku, podobnie jak na Euro 2012 w Polsce, będzie kosztowało ewentualne rozdzielenie rosyjskich i polskich kibiców.

Polowanie na sponsorów

Mimo tych zastrzeżeń Putin wydaje się być zdeterminowany, żeby wykorzystać mundial do swoich politycznych celów. Prezydent regularnie bierze udział w posiedzeniach Rady Kultury Fizycznej i Sportu, gdzie zapoznaje się z postępami na froncie piłkarskim w Rosji. Sam też chętnie używa takiej wojennej retoryki, przypominając, jak w czasie oblężenia jego rodzinnego Leningradu przez hitlerowców piłka nożna dodawała otuchy głodującym obrońcom. To jasne nawiązanie do stosowanej przez Kreml retoryki, wedle której gospodarcze kłopoty Rosji to wynik spisku Zachodu. Piłka i mundial mają Rosji pomóc przełamać tę blokadę. Sponsorzy mają jednak nieco inne zdanie. Przychody z kontraktów reklamowych są w tej chwili o 40 proc. niższe niż w Brazylii na rok przed mundialem. Reklamodawcy narzekają na zaporowe stawki, sięgające średnio 150 mln dolarów. Ostatnio „Financial Times” podał, że Rosjanom udało się skaptować chiński koncern Hisense, ale dopiero po udzieleniu 30-procentowego rabatu. Jak zwykle na wysokości zadania stanął kontrolowany przez kreml Gazprom, podpisując długoterminowy kontrakt z FIF-ą. Jednak rosyjscy oligarchowie nie garną się do pomocy. Tylko Alfa Bank Michaiła Fridmana dał się namówić na lokalny kontrakt sponsorski. Pozostali zaprzyjaźnieni z Kremlem miliarderzy trzymają się z daleka. Przykład Romana Abramowicza, oskarżanego o kupienie od FIF-y zgody na organizację mistrzostw w Rosji, działa odstraszająco. Poza tym oni także odczuwają skutki zachodnich sankcji. Nie mówiąc o tym, że niedawna olimpiada w Soczi, do której także dokładali się na polecenie Kremla, mocno wydrenowała ich kieszenie. Mimo to Władimir Putin jest dobrej myśli, zachwalając przed nowym szefem FIF-y świeżo wyremontowany stadion na moskiewskich Łużnikach. Ostatni raz – zbudowany jeszcze w czasach stalinowskich obiekt – picowano na olimpiadę w Moskwie w 1980 r. Wtedy też miał to być symbol rosyjskiej potęgi. Kilka lat później z imperium zostały tylko gruzy. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 41/2017
Więcej możesz przeczytać w 41/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także