Smutne przypadki HGW

Smutne przypadki HGW

Hanna Gronkiewicz-Waltz
Hanna Gronkiewicz-Waltz / Źródło: Newspix.pl / DAMIAN BURZYKOWSKI
Gdy trzy lata temu chciała zakończyć pracę prezydenta Warszawy, PO powiedziała „nie”, bo bała się utraty władzy w stolicy. Na tamtej decyzji traci dziś i partia, i Hanna Gronkiewicz-Waltz.

Prezydent Warszawy nie ma ostatnio dobrej passy. Przegrała spór z komisją weryfikacyjną przed Naczelnym Sądem Administracyjnym o to, kto ma prawo podejmować decyzje dotyczące warszawskiego mienia. Komisja Patryka Jakiego nakłada na nią kolejne kary finansowe za odmowę stawienia się na wysłuchanie. W Platformie Obywatelskiej lada miesiąc straci stanowisko wiceprzewodniczącej, a tu i ówdzie przebąkuje się, że w ogóle może zostać wykluczona z partii. Na dodatek Platforma Obywatelska coraz bardziej naciska, by stawiła się przed komisją i broniła decyzji reprywatyzacyjnych miasta. Gdy w 2006 r. Hanna Gronkiewicz-Waltz wygrała wybory na prezydenta stolicy i triumfalnie obejmowała urząd po rządach PiS, zapewne w najczarniejszych snach nie wyobrażała sobie takiego finału tej przygody. Bo niezależnie od tego, że do końca jej kadencji w ratuszu pozostał jeszcze rok i że urzędnicy próbują ratować wizerunek władz miasta, np. wprowadzając darmowe przejazdy do szkoły dla dzieci z podstawówki, dla pani prezydent to jest koniec jej politycznej kariery.

Sen o prezydenturze

A trzeba przyznać, że kariera, jaką zrobiła Hanna Gronkiewicz-Waltz, jest godna pozazdroszczenia. W 1989 r., gdy upadł stary ustrój, a rodził się nowy, miała kilka mocnych atutów. Była blisko Lecha Wałęsy, miała świetne relacje z Kościołem – wykładała na Wydziale Prawa Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie i działała w Ruchu Odnowy w Duchu Świętym – a także specjalizowała się w prawie gospodarczym. To otworzyło jej drogę do spektakularnego awansu. W 1992 r. na wniosek prezydenta Lecha Wałęsy została szefową Narodowego Banku Polskiego (jak do tej pory była jedyną kobietą na tym stanowisku). Trzy lata później, w 1995 r., gdy środowiska prawicowe uznały, że Lech Wałęsa nie wygra wyborów prezydenckich, postawiły właśnie na Gronkiewicz-Waltz. Co prawda nadzieje te okazały się płonne. Ryszard Czarnecki, wówczas lider ZChN, który wymyślił tę kandydaturę, a potem został szefem kampanii ówczesnej prezes NBP, w jednym z wywiadów opowiadał, jak to usiłował przekonać Gronkiewicz-Waltz do rezygnacji ze startu w wyborach, gdy okazałosię, że sondażowe poparcie dla niej wynosi ok. 2 proc. Gronkiewicz-Waltz powiedziała wówczas, że sondaże są nieistotne, a ona wygra, ponieważ tak chce Pan Bóg. Że Duch Święty jej to powiedział. Dodała też, że z ruchu warg papieża Jana Pawła II podczas jego pielgrzymki w Skoczowie odczytała „Hanno będziesz prezydentem”. – Wyszedłem z rozmowy z nią zdruzgotany i następnego dnia w Warszawie wycofałem poparcie dla Gronkiewicz-Waltz – opowiadał Czarnecki. Ostatecznie Gronkiewicz-Waltz zdobyła 2,7 proc. głosów. Ten polityczny epizod nie przekreślił jej bankowej kariery. Dokończyła kadencję w NBP, a w 1998 r., za rządów AWS, Aleksander Kwaśniewski ponownie powołał ją na to stanowisko. W 2000 r. niespodziewanie ustąpiła ze stanowiska, by przyjąć posadę wiceprezesa Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju ds. kadrowych i administracyjnych. W kraju trochę podśmiewano się z kariery byłej prezes NBP w EBOR. Mówiono, że jest wiceprezesem od papieru toaletowego i długopisów. Krążyły plotki, że musiano powołać specjalnego dyrektora, który zastępował ją w poważniejszych sprawach. Ale spędziła w EBOR cztery lata, a gdy wróciła, wyciągnęła po nią rękę Platforma Obywatelska.

Konserwatywne skrzydło PO

– To Jan Rokita, który chciał wzmocnić w Platformie skrzydło konserwatywne, namówił ją do wstąpienia do partii i startu do Sejmu – opowiada polityk PO. Bez wątpienia Gronkiewicz-Waltz ze swoją karierą bankową, pracą w EBOR była cennym nabytkiem dla Platformy walczącej z PiS o prymat na scenie politycznej. Paweł Piskorski w jednym z wywiadów dla „Polska The Times” tak tłumaczył decyzję Tuska: – To był moment, w którym Tusk uświadomił sobie, że żadna lewica nie utrzyma władzy, więc trzeba być prawicowym. Andrzeja Olechowskiego i mnie zastąpili Julią Piterą, Stefanem Niesiołowskim, Hanną Gronkiewicz-Waltz. Była prezes NBP błyskawicznie awansowała w strukturach partyjnych. Po kilku miesiącach w partii została szefową organizacji warszawskiej i – na polecenie Tuska – zajmowała się porządkowaniem struktur po rządach Pawła Piskorskiego, który właśnie stał się w PO obiektem do odstrzału. Gronkiewicz-Waltz nie wahała się publiczne atakować swojego poprzednika. W lipcu 2005 r. w wywiadzie dla „Gazety Stołecznej” mówiła, że Piskorski zakazywał członkom partii samodzielnego myślenia i że mieli oni wycinać wewnętrzną opozycję. – Wyczyściła wszystkich starych ludzi. A później z nowymi nie potrafiła sobie poradzić. Była wykorzystywana zarówno przez frakcję Tuska, jak i Schetyny – opowiadał Piskorski. Mimo to, a może dzięki temu, Gronkiewicz-Waltz została kandydatką PO na prezydenta stolicy i wiceprzewodniczącą partii. – Tusk potrzebował na to stanowisko kobiety, a Hanna Gronkiewicz-Waltz była wobec niego lojalna – tłumaczy współpracownik byłego lidera PO. W partii na ten awans nie patrzono przychylnym okiem. Uważano, że na stanowisko wiceprzewodniczącej partii Gronkiewicz-Waltz się nie nadawała. Kpiono z jej pobożności. – Nie zbudowała sobie grupy poparcia na zarządach. Nawet w warszawskiej PO nie liczono się z jej zdaniem, a Tusk się z niej nabijał. Była dla niego karykaturalnym, kościółkowym politykiem – opowiadał Paweł Piskorski. Plotka głosi, że kiedy ktoś z otoczenia Donalda Tuska dzwonił do członków zarządu, by stawili się na spotkanie, od pani prezydent słyszał, że może przyjść najwcześniej za cztery dni, bo wcześniej ma rekolekcje. Dwór Tuska pękał ze śmiechu. To właśnie z ust polityków Platformy publicysta Robert Mazurek miał usłyszeć po raz pierwszy przezwisko „Bufetowa”, które wylansował w satyrycznej rubryce „Z życia koalicji, z życia opozycji” w tygodniku „Wprost”.

Błąd Tuska

W warszawskim ratuszu Gronkiewicz-Waltz dawała sobie jednak nieźle radę. Zrealizowała wiele inwestycji, choć jej krytycy twierdzili, że za wszystkie przepłacała. Pod jej rządami miasto jednak zasadniczo się zmieniło i zaczęło doganiać inne europejskie stolice. Pani prezydent nie ustrzegła się jednak błędów – zatrudniała w warszawskim ratuszu coraz więcej działaczy PO, odmawiała informacji radnym, kto i ile pieniędzy zarabia na zleceniach dla miasta, coraz bardziej izolowała się od wyborców. Pod koniec drugiej kadencji jej rządów rozjuszona opozycja doprowadziła do referendum w sprawie jej odwołania.

Bezpośrednią przyczyną były planowane wysokie podwyżki opłat za wywóz śmieci. Pod groźbą referendum ratusz ściął stawki za wywóz śmieci prawie o połowę. Gronkiewicz-Waltz referendum przetrwała wspierana przez premiera Donalda Tuska i prezydenta Bronisława Komorowskiego. Ale – jak mówią warszawscy samorządowcy – miała już wówczas dosyć tej roboty. Była zmęczona, nie chciała kandydować na następną kadencję. Jej wielkim marzeniem było zostać przewodniczącą Trybunału Konstytucyjnego, ale w partii zapadła polityczna decyzja, że ma ponownie zawalczyć o urząd. Nie jest wykluczone, że ówczesny lider PO Donald Tusk obiecał jej, iż po zakończeniu trzeciej kadencji zostanie powołana do Trybunału Konstytucyjnego. Tyle że sam wkrótce zniknął z krajowej sceny politycznej, Platforma straciła władzę w Polsce, a Gronkiewicz-Waltz pozostała na urzędzie, wokół którego coraz śmielej uwijali się specjaliści od odzyskiwania nieruchomości. Na koniec doszło do reprywatyzacji działki przy pl. Defilad, która stała się katalizatorem wybuchu wielkiej afery reprywatyzacyjnej, dziś powoli pogrążającej PO w stolicy. Po ostatnich przesłuchaniach przed komisją reprywatyzacyjną, podczas których o swoich przeżyciach opowiadali lokatorzy dwóch zreprywatyzowanych kamienic – przy Poznańskiej 14 i Marszałkowskiej 43 – szanse tej partii na wygranie wyborów w mieście coraz bardziej maleją. Nic dziwnego, że partia naciska, żeby Hanna Gronkiewicz-Waltz stanęła przed komisją weryfikacyjną. Zapewne rachuby liderów PO są następujące – obroni się czy nie, ale przyjmie na siebie polityczną odpowiedzialność za to, co się stało w stolicy, a partia matka będzie się mogła od tego odciąć.

Błąd Schetyny

– Nie rozumiem oporu pani prezydent przed stawieniem się przed komisją – mówi warszawski samorządowiec. – Były wiceprezydent stolicy Jarosław Jóźwiak, wieloletni współpracownik Gronkiewicz-Waltz, wyszedł z przesłuchania obronną ręką. Potrafił wykazać, że powołanie komisji jest sprawą polityczną. Pani prezydent jako profesor prawa też by przecież wygrała potyczkę z Patrykiem Jakim. Być może opór Gronkiewicz-Waltz jest spowodowany tym, że PO od początku nie potrafiła należycie rozegrać tego problemu. Brnęła w narrację, iż w sprawie reprywatyzacji chodzi wyłącznie o nagonkę na prezydent Warszawy, a nie o sprawiedliwość społeczną. Że nawet jeżeli dochodziło do nieprawidłowości, to bez wiedzy, a więc i odpowiedzialności Gronkiewicz-Waltz, która nie podejmowała tych decyzji. Dlaczego Grzegorz Schetyna postanowił w ten sposób rozwiązać problem, zamiast odciąć się na samym początku od prezydent stolicy? Jeden z polityków PO uważa, że stało się tak, ponieważ Gronkiewicz-Waltz zaraz po objęciu przez Schetynę przywództwa w partii stanęła po jego stronie, mimo że w przeszłości uczestniczyła w planach zwalczania obecnego szefa PO, gdy Tusk zagiął na niego parol. – Po wyborach parlamentarnych, gdy było już wiadomo, że dojdzie do zmiany kierownictwa partii, część działaczy partyjnych zastanawiała się, czy nie lepiej postawić na Tomasza Siemoniaka. Ale Gronkiewicz-Waltz momentalnie dogadała się ze Schetyną – opowiada polityk PO. – Ona ma gen podporządkowania się. Przestawia się z władzy na władzę w sekundę. To właśnie z tego powodu Grzegorz Schetyna nie był w stanie odciąć się od prezydent Warszawy, gdy wybuchła afera reprywatyzacyjna. Przeciwnie, postanowił jej pomóc. Jeszcze kilka miesięcy temu odbywały się regularne spotkania, na których omawiano scenariusze wyjścia z sytuacji. Do ratusza został oddelegowany Witold Pahl, zaufany człowiek Schetyny, który został wiceprezydentem Warszawy i miał wyczyścić sprawy reprywatyzacyjne. Sęk w tym, że okazało się, iż jego rodzina, co prawda daleka, ale jednak rodzina, sama ma roszczenia reprywatyzacyjne wobec miasta. Nie wiadomo, czy w kierownictwie partii tego nie sprawdzono, czy uznano, że to drobiazg, ale niespodziewanie pomocnik sam stał się obciążeniem, bo zaczął urzędowanie od tłumaczenia się z tej właśnie sprawy. Schetyna, gdy strategia obronna nie wypaliła, uciekł w milczenie. Ani nie bronił pani prezydent, ani jej nie krytykował. A w ostatnich dniach upadł koronny argument PO w sprawie komisji weryfikacyjnej – że gdyby PiS rzeczywiście zależało na rozwiązaniu problemu dzikiej reprywatyzacji, to położyłby na stole projekt stosownej ustawy. No i takie założenia do projektu Patryk Jaki przedstawił. – Jeżeli teraz ten dresiarz z Opola, jak w PO nazywają Patryka Jakiego, przeforsuje dużą ustawę reprywatyzacyjną, której Platforma nie mogła przyjąć przez osiem lat, to będzie to nokaut tej partii nie tylko w Warszawie, ale i w całym kraju – mówi warszawski samorządowiec związany ze środowiskami lewicowymi. Można dziś porozważać, co by było gdyby. Gdyby w 2014 r. Gronkiewicz-Waltz odeszła ze stanowiska, zapisałaby się w pamięci warszawiaków jako wielki budowniczy. Być może afera reprywatyzacyjna by nie wybuchła albo jej siła nie byłaby tak niszcząca dla PO i samej pani prezydent. Ale gdybaniem historii się nie zmieni. Gronkiewicz-Waltz, słusznie czy nie, stała się twarzą afery reprywatyzacyjnej i z taką etykietą odejdzie z polityki. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 42/2017
Więcej możesz przeczytać w 42/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także