Jak przywitać sułtana

Jak przywitać sułtana

Recep Tayyip Erdogan
Recep Tayyip Erdogan / Źródło: Newspix.pl / ABACA
Prezydent Turcji przywozi do Warszawy wrogość do ue i usa i coraz lepsze relacje z Moskwą. Co na to polski rząd?

Już widzę te komentarze: turecki dyktator odwiedza polskich faszystów. W postępowej Europie nie ma chyba nic gorszego niż fanatyczni katoliccy nacjonaliści podający rękę straszliwemu sułtanowi. Oba reżimy mają przecież swoje sukcesy w łamaniu praworządności, prześladując niezłomnych dziennikarzy i nękając niezawisłe sądy. Turcja ma co prawda na tym polu wielkie i niekwestionowane osiągnięcia, podczas gdy w Polsce są one dyskusyjne, jednak o tym, że Polak i Turek to dwa bratanki zaświadcza nawet niedawna uchwała Rady Europy. Konia z rzędem temu, kto jest w stanie spamiętać jakiekolwiek osiągnięcia tego gremium, powszechnie mylonego zresztą z Radą Europejską UE. Jednak fakt, że Polska została przez garstkę parlamentarzystów europejskich postawiona obok Turcji, może stanowić wystarczające uzasadnienie dla wizyty prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana w Warszawie.

Rurą w Trójmorze

Europę ta wizyta powinna jednak cieszyć, a nie niepokoić. Erdoğan rzeczywiście jest na bakier z praworządnością, ale czyż wśród wielkich partnerów handlowych i politycznych UE nie ma krajów, które mają podobne wady? Co z egipską juntą wojskową? Co z Chinami i ich szacunkiem dla demokracji? Europie to nie przeszkadza do tego stopnia, że pozwala nawet chińskiemu lobby kształtować treść dyrektyw Komisji Europejskiej dotyczących bezpośrednio chińskich interesów. Erdoğan nie jest ani pierwszym, ani ostatnim autokratą przydatnym interesom UE. W końcu to on znacznie skuteczniej niż którakolwiek z kilkunastu unijnych agend broni granic Europy przed falami migracyjnymi z Bliskiego Wschodu. Jest też jednym z najbardziej ostatnio zaprzyjaźnionych z Władimirem Putinem przywódców w naszej części świata. Obaj panowie jeszcze niedawno grozili sobie wojną, ale w ciągu ostatnich 10 miesięcy spotkali się aż pięć razy, ustalając tak ważne strategicznie kwestie jak zakup przez natowską Turcję rosyjskich systemów antyrakietowych S-400 i S-500 czy udział Ankary w projekcie TurkStream. To gazociąg mający pompować rosyjską ropę przez Morze Czarne, Turcję i Bałkany do Centralnej Europy. Powinno się temu w europejskich stolicach przyklaskiwać, bo Komisja Europejska i kluczowe kraje członkowskie przekonują, że im więcej rosyjskiego gazu w Europie, tym lepiej. Polskie rządy uważały zawsze inaczej. Może więc wizyta Erdoğana coś w tej kwestii zmieni? Może blask majestatu sułtana oświeci rząd i wybije mu z głowy absurdalne antyrosyjskie fobie szkodliwe dla interesów wspólnej, postępowej Europy? Literaci, doszukujący się obecności rosyjskich agentów w kierownictwie PiS, mieliby przynajmniej uzasadnienie dla swojej prozy.

No dobrze, żarty na bok. Nikt w Warszawie przed Erdoğanem na kolana nie padnie. Jednak krytykowanie wizyty poważnego regionalnego gracza, dysponującego największą po amerykańskiej armią w NATO, to więcej niż głupota. To błąd popełniany także w wielu europejskich stolicach.

Tworzenie alternatyw

Spychanie Turcji na margines powoduje, że Erdoğan szuka wyjścia z niego przez moskiewski plac Czerwony. Wchodzi do Europy nie na warunkach wyznaczonych przez słynne europejskie wartości, tylko za pomocą kontraktów z Gazpromem, oferując Moskwie bezpośredni dostęp do prawosławnych sojuszników na Bałkanach. Erdoğan nie robi tego z przekonania, tylko z braku alternatyw i niczego nie zmieni konstatacja, że po części sam się tych alternatyw skutecznie pozbawia. Przyjmijmy więc sułtana w Warszawie godnie, ale bez przesady, która mogłaby Europie sugerować tworzenie się jakiegoś sojuszu eurosceptycznych krajów z autokracją będącą w otwartym konflikcie nie tylko z UE, lecz także z USA. Może być oczywiście tak, że strategiczne przyjaźnie Erdoğana z Rosją służą jedynie tworzeniu kart przetargowych w jego rywalizacji z Putinem o wpływy na Bliskim Wschodzie. Jednak liczyć na to, że Ankara kupuje rosyjskie rakiety, żeby użyć ich przeciw Rosji albo że umowy z Gazpromem służą jedynie mydleniu oczu Putinowi, byłoby naiwnością. Sułtan prowadzi własną grę i nie zważa na konwenanse. Było to widać podczas niedawnej wizyty w Kijowie. Prezydent Turcji potwierdził co prawda sprzeciw wobec rosyjskiej aneksji Krymu, ale jednocześnie ziewał, a w końcu zasnął, gdy prezydent Petro Poroszenko mówił o korzyściach płynących z relacji Ukrainy z Turcją. Oby w Warszawie sułtana też nie trzeba było budzić, ciągnąc go za rękaw. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 42/2017
Więcej możesz przeczytać w 42/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także