Tajemnicze ruchy Browna

Tajemnicze ruchy Browna

Promocja filmu „Inferno” w Singapurze
Promocja filmu „Inferno” w Singapurze / Źródło: comingsoon.net
Jego nowa powieść „Początek” stawia pytanie o to, skąd wzięła się ludzkość. Czy Dan Brown odpowie na nie podczas wizyty w Polsce?

Ola Salwa

Zanim dowiemy się, skąd wzięła się ludzkość, zapytajmy, skąd się wziął sam Brown. Bodaj najzabawniejszej oraz piekielnie złośliwej odpowiedzi na to pytanie udzielił inny pisarz, Umberto Eco: „Dan Brown jest postacią z »Wahadła Foucaulta«! To ja go stworzyłem. Podobnie jak bohaterowie mojej powieści Brown jest zafascynowany spiskową teorią dziejów, ma obsesję na punkcie różokrzyżowców, masonów, Towarzystwa Jezusowego i Zakonu Templariuszy. Wierzy, że rzeczywistość jest naszpikowana tajemnicami, a wszystko można połączyć we wzór. Podejrzewam wręcz, że ktoś taki jak Dan Brown wcale nie istnieje”. Trudno się nie roześmiać, ale i nie przyznać trochę racji włoskiemu pisarzowi, który sam tworzył fabuły pełne symboli, sekretów i analizy sztuki. Nagły sukces komercyjny Dana Browna oraz sposób, w jaki połączył kilka teorii spiskowych w jedną, są nieco niewiarygodne. To, że zantagonizował środowiska kościelne (przez tematykę swych powieści) oraz kolegów po piórze i krytyków (bo ma kiepski warsztat) wydaje się równie imponujące. Ale już sama biografia amerykańskiego pisarza jest zwyczajną opowieścią o tym, jak ciężka praca, upór i wgłębianie się w siebie owocują gigantycznym sukcesem.

Koktajl rano i w powieściach

Na dworze jest jeszcze ciemno, gdy kalifornijskie powietrze przeszywa bzyczący dźwięk budzika. Za chwilę pięćdziesięcioparoletni, wciąż przystojny mężczyzna przekręci klucz w zamku i wejdzie cicho do pokoju. Zajrzy do swoich notatek, w których zapisane są tajemnice ludzkości. Mity, dane, fakty i liczby tworzą skomplikowane konstelacje, a ich sens na razie znany jest tylko jednemu człowiekowi. Mechanika kwantowa, odcień niebieskiego stworzony przez francuskiego artystę Yvese’a Kleina, architektura Gaudiego, tajemny oddział Kościoła katolickiego, dyktatura Franco, drzwi do katedry Sagrada Familia... Tylko kilka miesięcy dzieli świat od poznania sekretu, który ostatecznie zdetronizuje Boga jako twórcę wszystkiego, co materialne. Nie tylko Boga chrześcijan, ale też żydów, muzułmanów i wszystkich innych religii. Tak mniej więcej można by sobie wyobrazić warsztat pracy bohatera powieści „Początek” albo… samego Dana Browna. Faktycznie, wstaje on codziennie o czwartej rano, wypija kawę oraz koktajl z jagód, szpinaku, banana, wody kokosowej, nasion chia, konopi, siemienia lnianego oraz sproszkowanego białka z roślin strączkowych (kto wie, może lista składników jest istotna?) i siada do pisania. Co 59 minut jego komputer przechodzi w stan uśpienia, aby Brown mógł zrobić kilka przysiadów, brzuszków lub wymachów rękami. Brzmi jak upiorny kierat? Ależ skąd! „Uwielbiam ciężko pracować. Jeśli nie wstaję rano i nie przyłożę się do roboty, uważam, że miałem zły dzień” – mówił pisarz w jednym z wywiadów. Tryb wczesnoporanny pochodzi z początków jego literackiej kariery, gdy za dnia pracował na dwóch etatach jako wykładowca, a po godzinach wymyślał światy, w których codzienność jest tylko całunem okrywającym prawdziwy wymiar groźnej rzeczywistości. W „Cyfrowej twierdzy”, swoim książkowym debiucie wydanym w 1998 r., opisał starcia tajemniczej (wówczas) Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, czyli NSA, z jej byłym pracownikiem.

Gra toczy się o władzę i prestiż, bo chlubą agencji jest superkomputer mogący złamać każdy szyfr (czyli pozyskać każdą informację), a jej przeciwnik twierdzi, że stworzył kod silniejszy niż pole grawitacyjne w czarnej dziurze. Już w tej książce czytelnik dostał próbkę stylu i tematów fascynujących Browna: ukryte dla przeciętnego zjadacza chleba organizacje rządzące światem oraz technologie wyprzedające swój czas. W następnej powieści – „Anioły i demony” – ujawniły się kolejne obsesje Amerykanina: słabość do symboli religijnych, klasycznej sztuki oraz lęk przed wszechpotęgą religii. Na kartach tego dziejącego się w Watykanie thrillera pojawił się po raz pierwszy genialny historyk, znawca symboli religijnych i historii sztuki Robert Langdon. Jak na superbohatera przystało, ma też supermoc: pamięć ejdetyczną (fotograficzną), która pomaga mu przywołać potrzebny obraz szybciej niż wyszukiwarka Google’a. „Chciałem w ten sposób pokazać, że potęga intelektu też może być czymś wyjątkowym” – wyjaśniał onegdaj Brown. Co jeszcze warto o Langdonie wiedzieć? Ma klaustrofobię, brzydzi się przemocą, utrzymuje formę fizyczną dzięki pływaniu i jak magnes przyciąga spiski oraz kobiety, których onieśmielająca uroda ustępuje tylko sile ich intelektu. W ekranizacjach filmowych gra go najbardziej poczciwy amerykański aktor naszych czasów Tom Hanks. Profesor Langdon to feminista – traktuje towarzyszące mu damy z szacunkiem i bardzo liczy się z ich zdaniem, a uwodzi je przede wszystkim intelektualnie. Ten motyw czytelnicy zapewne zawdzięczają pani Brown, czyli Blythe Newlon, która wspiera literacką karierę męża od prawie dwóch dekad. Przy „Cyfrowej twierdzy” pomagała w promocji, a w kolejnych powieściach zajmowała się zbieraniem informacji, koordynowaniem pracy zespołu asystentów oraz wstępną redakcją tekstów. Jako wielbicielka sztuki i ilustratorka czasem podrzuca mu też artystyczne tropy. Państwo Brown napisali razem też satyryczny antyporadnik miłosny „187 facetów, których należy omijać, czyli sztuka przetrwania dla zawiedzionych kobiet”, który chyba dość dobrze wyjaśnia biografię Langdona. A skąd wzięła się niechęć Browna do Kościoła i antyreligijna wymowa jego powieści? Skoro się rzekło, że jego biografia to banał, to i odpowiedź na to pytanie ociera się o kliszę: z dzieciństwa.

Proza jak lody i warzywa

Najpierw jednak trzeba obalić mit prowokacji: Dan Brown nie upokarza wierzących, nie zwalcza religii, nie szydzi z niej. Zestawia po prostu prezentowane przez nią dogmaty z poglądami naukowymi, a karty swych powieści zmienia w intelektualny ring. Na celownik krytyki bierze nie samą wiarę, ale Kościół i różne jego radykalne odnogi, jak Opus Dei, Kościół Palmariański czy bractwo iluminatów. Koniec końców pisarz stara się też te dwie perspektywy – mistyczną i racjonalną – pogodzić. Sam wyrósł w domu, w którym koegzystowały ze sobą wiara i nauka. Jego ojciec był wykładowcą matematyki, matka zaś osobą bardzo religijną i zaangażowaną w działalność lokalnego Kościoła episkopalnego. „W dzieciństwie byłem bardzo wierzący. Potem, w ósmej czy dziewiątej klasie, zacząłem poznawać tajniki astronomii, kosmologii i początków wszechświata” – wspomina Dan Brown. „Któregoś dnia zapytałem pastora, jak połączyć teorię Wielkiego Wybuchu i fragment Biblii o tym, że Bóg stworzył świat w siedem dni. Chciałem wiedzieć, kto ma rację. Niestety odpowiedź, jaką usłyszałem, brzmiała: »Grzeczni chłopcy nie zadają tego typu pytań«. Coś we mnie zgasło. Uznałem, że treść Biblii jest pozbawiona sensu i że przyjmę perspektywę naukową”.

W kolejnych wywiadach Brown przyznaje jednak, że po latach zgłębiania fizyki i matematyki zrozumiał, że cyfry nie udzielą wszystkich odpowiedzi, i uznał duchowość za ważny element światopoglądu, a spory nauki i wiary za fascynujące. Dlatego też profesor Langdon, często porte-parole pisarza, do religii odnosi się z szacunkiem, nie tylko dlatego że zawodowo analizuje symbole. Skąd więc kontrowersje? Może stąd, że Brown sięga po fundamentalne założenia religijne. W „Kodzie da Vinci” – swojej najgłośniejszej, najbardziej kontrowersyjnej i najlepiej sprzedającej się książce (rozeszło się przeszło 80 mln egzemplarzy, to druga najpopularniejsza w historii współczesna powieść; szczyt okupuje pierwszy tom „Harry’ego Pottera”) – podważa rodowód Jezusa Chrystusa. Czytając znaki ukryte na płótnach Leonarda da Vinci oraz na dziełach innych twórców, profesor Langdon odkrywa, że Nazarejczyk był „zwykłym” człowiekiem, a do tego pozostawił po sobie potomków, skrzętnie ukrywanych przez tajemnicze organizacje. Razem z Sophie Neveu, córką zamordowanego w Luwrze przyjaciela, tropi „największą mistyfikację w historii ludzkości” i jednocześnie ucieka przed groźnym bractwem Opus Dei, reprezentowanym między innymi przez upiornego mnicha Sylasa. W kontekście tej opowieści nikogo chyba nie dziwią gwałtowne protesty katolickich duchownych? Jakby tego było mało, wykładowcę oraz mademoiselle Neveu ściga całkiem świecka władza w postaci kapitana francuskiej policji Bezu Fache’a, który uważa Langdona za winnego zbrodni popełnionej w muzeum. To wszystko tworzy charakterystyczne dla prozy Browna panopticum: jego bohaterowie uciekają przed kilkoma różnymi „prześladowcami”, akcja powieści trwa około doby (choć z powodu niedostatków pisarskiego stylu często niemiłosiernie się ciągnie), a przy okazji dostajemy pasjonujący wykład na temat sztuki i zwiedzamy najważniejsze zabytki. „Jedna z najtrafniejszych recenzji, jaką kiedykolwiek usłyszałem, padła z ust jednej z moich czytelniczek. Powiedziała, że lektura moich książek jest przyjemna jak pałaszowanie lodów i zarazem treściwa jak talerz pełen warzyw” – mówi Brown. Faktycznie, zarówno „Kod da Vinci”, „Inferno”, jak i najnowszy „Początek” to miniencyklopedie lub, jak kto woli, bryki z historii sztuki, ale i kapitalne przewodniki po miastach, w których dzieje się akcja danej powieści. Autor drobiazgowo opisuje nie tylko wnętrza muzeów lub kościołów, lecz także zaułki i nocne kluby.

Z „Początku” dowiadujemy się sporo o architekturze Gaudiego, eksponatach z Muzeum Guggenheima (wycieczka jest okraszona dość złośliwym komentarzem na temat sztuki współczesnej), a także o rozkładzie żydowskiej dzielnicy Budapesztu, gdzie „w rozpadających się kamienicach rozpoczęły działalność sławne w całej Europie kluby określane mianem ruin barów”. Dla porządku dodajmy, że akurat ta powieść robi zamach na najważniejszy dogmat wiary i odkrywa największą rozbieżność: czy na początku było Słowo czy Wielki Wybuch. Postacią, która raz na zawsze ma rozwiązać ten spór, jest powieściowy Edmond Kirsch, wzorowany trochę na założycielu Apple’a Stevie Jobsie oraz Elonie Musku – ambitnym właścicielu firmy Tesla planującym rychłe wycieczki w kosmos. W tle rozwiązywane są kwestie hiszpańskiej sukcesji, a podporą dla profesora Langdona jest piękna dyrektorka Muzeum Guggenheima Ambra Vidal. Kto zna poprzednie powieści Browna, dokładnie wie, czego się spodziewać i po akcji, i po rewelacjach powieściowego geniusza. Kto ich nie zna, może zacząć lekturę bez znajomości innych książek Browna. Co ciekawe, w kinach prawie równolegle z premierą „Początku” pojawia się „Photon” Normana Leto, szukający odpowiedzi dokładnie na te same pytania co powieściowy Kirsch. I o ile samo śledztwo jest pasjonujące, o tyle rozwiązanie go nie ugodzi ani w Kościół, ani w naukę, tylko w samego Browna. Bo gdy odbierze on światu ostatnią wielką tajemnicę, to o czym stworzy swoją kolejną powieść? g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

SPOTKANIE Z DANEM BROWNEM ODBĘDZIE SIĘ W CENTRUM PREMIER CZERSKA 8/10 W WARSZAWIE 24 PAŹDZIERNIKA O GODZ. 19.

Okładka tygodnika WPROST: 42/2017
Więcej możesz przeczytać w 42/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także