Czeska lekcja pragmatyzmu

Czeska lekcja pragmatyzmu

Nasi południowi sąsiedzi potrafią dbać o własne interesy i nikogo do siebie nie zrażać. Polacy o takiej umiejętności mogą tylko pomarzyć.

W niedawnych wyborach parlamentarnych w Czechach zwyciężyły partie centrowo-prawicowe, zdobywając łącznie ponad 50 proc. głosów. Do czeskiego parlamentu weszła też antyunijna partia SPD i ugrupowania o wyraźnie prorosyjskich sympatiach (m.in. czeska partia komunistyczna). Mimo to nikt nie bije w Europie na alarm, a media nie piszą o zagrożeniu czeskiej demokracji i nie nazywają Andreja Babiša, lidera zwycięskiej partii ANO, małym Hitlerem, tak jak to się zdarzyło w przypadku Sebastiana Kurza, szefa prawicowej Austriackiej Partii Ludowej. Czechy, w przeciwieństwie do Polski, nie stały się negatywnym bohaterem zachodnich mediów ani teraz, ani wcześniej, kiedy krajem rządzili socjaldemokraci i prowadzili niewygodną dla Berlina antyimigracyjną krucjatę. Nie sposób tego wytłumaczyć inaczej niż skutecznością czeskiej polityki. Warszawa mogłaby się tej sztuki od Pragi nauczyć.

Masaryk i Piłsudski

Nasza wiedza o Czechach sprowadza się najczęściej do tego, że mają niezłe autostrady i tanie piwo. Z kolei Czesi widzą w nas religijnych fanatyków, o wiecznie niezrealizowanych, wybujałych ambicjach. A jak mówi nam Radko Hokovský, szef czeskiego think tanku Europejskie Wartości, Czesi nie zadzierają nosa, są pragmatyczni, trochę cyniczni, a przede wszystkim sceptyczni w każdej niemal sprawie. Pewnie dlatego awanturującym się wciąż w Europie Polakom zawsze trudno było Czechów zrozumieć. Dzielące Polskę i Czechy różnice najlepiej chyba odzwierciedlają nasze drogi do niepodległości po wybuchu I wojny światowej. Polska realizowała wtedy scenariusz zawodowego konspiratora Józefa Piłsudskiego, a Czechom pomógł odbudować państwo profesor uniwersytetu Tomáš Garrigue Masaryk, hołdujący zasadzie spokojnego wyczekiwania na koniunkturę międzynarodową i żmudnego zjednywania sojuszników.

Minęło niemal 100 lat i te różnice między Polską i Czechami są nadal widoczne. – Czesi potrafią współpracować z regionalnymi partnerami i wykorzystywać te relacje do forsowania swoich interesów – uważa Łukasz Ogrodnik, analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. – Dlatego z jednej strony podtrzymują dobre stosunki z Niemcami, z którymi są silnie związani gospodarczo, z drugiej trzymają jeden front w kwestii imigracji z Grupą Wyszehradzką, ale tworzą też nowe fora współpracy, na przykład trójkąt sławkowski (Austria, Czechy, Słowacja).

Praga przygląda się też strefie euro, choć na razie nie ma najmniejszego zamiaru do tego grona dołączać (według sondaży społeczne poparcie dla Eurolandu nie sięga w Czechach nawet 30 proc.). Przyszły premier Andrej Babiš też powtarza, że euro się teraz nie opłaca, a mimo to Czesi, jak to Czesi, starają się o status obserwatora na spotkaniach ministrów finansów Eurolandu. Jak zawsze trzymają rękę na pulsie. Z tych samych względów nie lekceważą też porozumienia 12 krajów Trójmorza, mimo że na dotychczasowe szczyty w Dubrowniku i Warszawie wysłali jedynie odpowiednika naszego marszałka Sejmu, polityka niedysponującego prerogatywami w polityce zagranicznej. Jego ranga wystarczyła jednak, żeby bacznie obserwować Trójmorze.

Czesi wciąż być może pamiętają, że w 1918 r. Tomáš Masaryk myślał o zawarciu gospodarczego i wojskowego sojuszu z Polską i z ówczesną Jugosławią. Niestety, podzieliła nas sprawa Śląska Cieszyńskiego. Zresztą nawet jeśli Czesi zdążyli już nam zapomnieć aneksję Zaolzia, nie są łatwymi partnerami w polityce dla takich romantyków jak Polacy. Pokazuje to choćby sprawa dyrektywy o pracownikach delegowanych. Praga nie decyduje się bowiem na dyplomatyczne ryzyko z poczucia lojalności wobec sojuszników. Ryzykuje tylko wtedy, kiedy może coś na tym ugrać, a nowa, forsowana przez Francję dyrektywa, która zagraża polskim firmom transportowym, Czechom specjalnie nie przeszkadza, bo w przeciwieństwie do Polski i Węgier nie mają tak silnej pozycji na tym rynku. Dlatego Praga nie zdecydowała się na zawetowanie uzgodnień w sprawie dyrektywy, przyjętych w ubiegłym tygodniu przez ministrów pracy państw członkowskich, mimo że na takie weto liczyła Polska. Coś istotnego musiał też pewnie Czechom obiecać prezydent Francji Emmanuel Macron, który spotkał się w tym roku z trójkątem sławkowskim w Salzburgu.

Kraj paradoksów

Takie transakcyjne podejście do polityki nikogo w Czechach nie szokuje. Andrej Babiš z jednej strony głosi przecież chęć trzymania Czech z dala od unijnego jądra, bo tak chcą wyborcy (Czesi są najbardziej eurosceptycznym narodem w Unii), a równocześnie członkowie jego partii zasiadają w Parlamencie Europejskim we frakcji ALDE (Grupa Porozumienia Liberałów i Demokratów na rzecz Europy) opowiadającej się za możliwie głęboką integracją. Praga twardo sprzeciwia się też na przykład polityce przyjmowania muzułmańskich uchodźców – co po wyborach się raczej nie zmieni – forsowanej w Europie przez Angelę Merkel, ale wcale nie przeszkadza to w utrzymywaniu znakomitych stosunków gospodarczych z Berlinem. Zresztą czeska gospodarka ma się dzięki temu świetnie.

Czechy cieszą się rekordowo niskim bezrobociem, które spadło w tym roku do 2,9 proc. Dlatego, choć w Polsce może się to wydawać niemożliwe, czescy politycy nie muszą przy okazji każdych wyborów obiecywać rewolucji i odbudowy gospodarki. Mają potężny przemysł i ostatnio niemal co roku plasują się na pierwszym miejscu istotnego dla oceny stanu gospodarki rankingu PMI (Purchasing Managers Index), w którym wyprzedzają nawet Niemcy. Możemy im tylko pozazdrościć przemysłu motoryzacyjnego, zbrojeniowego i lotniczego. Do tego trzeba też dodać prostszy system podatkowy, mniejszą biurokrację i większe niż w Polsce zarobki, a także oszczędności wynikające z uszczelniania ściągalności VAT, do czego doprowadził notabene Andrej Babiš, minister finansów w poprzednim rządzie.

Z jednym sobie jednak Czesi wyraźnie nie radzą – z korupcją. Na czele nowego rządu stanie najprawdopodobniej oligarcha (właściciel koncernu rolno- -spożywczo-chemiczno-medialnego Agrofert) i polityk w jednym, na którym ciążą zarzuty korupcyjne. Wyborcom to jednak nie przeszkadzało, co czeskie media tłumaczyły w żartobliwy, właściwy Czechom sposób: Babiš jest tak bogaty, że nie musi już kraść.

Sęk w tym, że problem korupcji, podobnie jak w Polsce, jest w Czechach naprawdę poważny. Według analizy Jakuba Groszkowskiego z Ośrodka Studiów Wschodnich wszystko zaczęło się od prywatyzacji kuponowej, dzięki której spora część państwowego kapitału znalazła się w rękach nielicznej grupy oligarchów. Do tego trzeba dodać niejasne regulacje dotyczące finansowania partii i w efekcie powstała cała sieć powiązań między politykami i najbogatszymi Czechami.

Czeski upór

Czesi mogą być za to nieocenionym sprzymierzeńcem w sprawach pozornie beznadziejnych, pod warunkiem że im samym na tym bardzo zależy. Nie martwią się wtedy nawet ostrą krytyką światowych salonów. Tak było przy okazji wprowadzenia na początku lat 90. lustracji, która według francuskiego politologa Jacquesa Rupnika poszła w Czechach znacznie dalej niż w innych krajach postsowieckich. Czechów oskarżano wtedy o polowanie na czarownice, ale się tym nie przejęli i już w 1993 r. przegłosowali prawo o nielegalności reżimu komunistycznego i stworzyli UDV, czeski odpowiednik naszego IPN. Nic dziwnego, że w daleko bardziej błahej sprawie zareagowali z równą determinacją. Latem okazało się bowiem, że Unia przygotowuje na 2019 r. bardziej restrykcyjne prawo dotyczące posiadania broni. Tymczasem w Czechach obowiązują w tej kwestii niezwykle liberalne regulacje: można mieć dwie sztuki broni palnej (drugi pistolet musi być produkcji czeskiej, czym – notabene – sprytni Czesi nakręcają koniunkturę we własnym przemyśle zbrojeniowym), a prawo do obrony własnej jest wystarczającym powodem do starania się o broń.

Czescy politycy postanowili więc uprzedzić unijnych prawodawców i wbrew stanowisku Brukseli wpisać prawo do posiadania broni do konstytucji. W sprawę zaangażowali się nawet socjaldemokraci. Za nowelizacją głosowało w niższej izbie parlamentu aż 139 ze 168 obecnych na sali deputowanych. Ciekawe, w jakiej sprawie mogliby podobnie zareagować polscy politycy?

Ten czeski upór może się okazać przydatny, kiedy przyjdzie negocjować zapowiedziany ostatnio przez szefa Komisji Europejskiej Jeana-Claude’a Junckera plan ograniczenia prawa weta przysługującego państwom członkowskim w sprawach podatkowych, uznawanych dotychczas za prerogatywę państw członkowskich. Juncker chce wprowadzić w głosowaniach zasadę kwalifikowanej większości, co Polsce i Czechom się z pewnością nie spodoba. Szykuje się więc kolejna po dyrektywie o pracownikach delegowanych i kwotach migracyjnych unijna batalia. Warto w niej mieć takiego sojusznika jak Czechy.

Okładka tygodnika WPROST: 44/2017
Więcej możesz przeczytać w 44/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0