Tymizacja Barei

Tymizacja Barei

Im gorzej zostanie przyjęty "Ryś", tym lepszy będzie się nam wydawał "Miś"
Powiedz mi, po co jest ten "Ryś? - Właśnie, po co? - Otóż to! Nikt nie wie po co, więc nie musisz się obawiać, że ktoś zapyta. Wiesz, co robi ten "Ryś"? On odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To jest "Ryś" na skalę naszych możliwości. Ty wiesz, co my robimy tym "Rysiem"? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie - mówimy - to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo!". Ten sparafrazowany dialog z "Misia" świetnie oddaje sytuację filmu Stanisława Tyma, okrzykniętego kontynuacją kultowej komedii Barei. Pierwotnie miał to być właśnie "Miś 2", co od razu zapewniło mu wielki medialny rozgłos. Potem zmieniono tytuł na "Ryś". Puszczono więc oczko temu widzu, żeby on myślał, że ogląda "Misia", zasadniczo. Postąpiono zgodnie z zasadą "Mówimy partia, myślimy Lenin!". Genialny chwyt marketingowy zadziałał.
W sprawie "Rysia" wszystko zostało od początku wymyślone i udramatyzowane, za co autorowi i producentowi należą się brawa. Zaczynając od zwrócenia się przez producenta do Stanisława Tyma o napisanie scenariusza filmu, a na doborze aktorów determinowanym regułami rynku (który miał znacząco zwiększyć target produktu), kończąc. Występują więc lubiani artyści z "Misia" (sam Stanisław Tym, Krzysztof Kowalewski, Jerzy Turek i Zofia Merle). Mamy także ukłon w stronę miłośników "Rejsu" (Marek Piwowski), starszej widowni (Marek Kondrat, Jan Kobuszewski, Grażyna Szapołowska, Beata Tyszkiewicz), nastoletnich fanów serialu "Oficerowie" (Magdalena Różczka) oraz miłośniczek młodego geniusza aktorskiego Borysa Szyca (w skromnej jednak roli wartownika).
Pewnym problemem nowego filmu Stanisława Tyma było to, że obraz pod tytułem "Ryś" został już wcześniej nakręcony przez Stanisława Różewicza - miał swoją premierę w 1982 r. Nie była to komedia, ale mroczny dramat psychologiczny, którego akcja toczy się podczas II wojny. W zasadzie więc na ekranie powinniśmy zobaczyć "Rysia 2". W grę wchodzą także inne warianty. Przecież kontynuacją "Misia" były już "Rozmowy kontrolowane" w reżyserii Sylwestra Chęcińskiego i ze scenariuszem Stanisława Tyma, więc być może film powinien się nazywać "Rozmowy kontrolowane 2" albo wręcz "Miś 3"? Kłopoty z nazwą komedii Tyma to koronny dowód na to, że nad wszystkim z zaświatów czuwa Stanisław Bareja, specjalista od absurdu.

Mądrość idioty
Reżyser "Misia" zwykł powtarzać, że "w Polsce zawsze mamy cztery alternatywy, na każdym skrzyżowaniu możemy iść nie tylko w prawo albo w lewo, ale także w górę albo w dół". Natomiast Stanisław Tym prezentuje zupełnie inne widzenie świata: "Nie wierzę w absurdy. Przyjęło się mówić, że Polska jest krajem absurdów, irracjonalnym. Otóż nie. Wiele kretyńskich spraw, które wydają się bez sensu, w rzeczywistości jest racjonalnych i pragmatycznych. Za nimi stoją polityka, pieniądze - i przede wszystkim - zacieranie śladów. Otaczają nas niezrozumiałe zachowania, od których naród głupieje i mówi: - Toż to absurd! To wymyślił idiota. Ale ten "idiota" doskonale wie, co robi i po co to robi. Władza i kasa!". Bareja, dla którego absurd jest kategorią bytu, był doskonałym obserwatorem życia, skoncentrowanym na wręcz paradokumentalnym opisie świata. Tym jest bardziej purnonsensowy niż Bareja, prezentuje humor słowny, raczej wymyśla komiczne sytuacje, niż je podgląda. Podobnie jak premier Kaczyński wierzy w istnienie układu, tyle że innego. Świadczy o tym scenariusz "Rysia". Właśnie taki mafijny układ deleguje Ryszarda Ochódzkiego na posła RP, a potem nawet na prezydenta. Jego hasło wyborcze to "Człowiek szczery na trzy litery: Ryś".
W "Rysiu" mamy trochę śmiechu związanego z reklamą alkoholu. Na ulicach pojawiają się wielkie billboardy z hasłami "Niech żyje okowita i Rzeczpospolita!" czy "100 proc. satysfakcji - 50 proc. alkoholu - 0 proc. zażaleń". Za to naprawdę - co zapewne zwróciłoby uwagę Stanisława Barei - w sklepach monopolowych możemy kupić Podręczny Sprzęt Gaśniczy Zakładów Przemysłu Spirytusowego Polmos. Pół litra środka gaśniczego C2 H5 OH. Wódka czysta zwykła. Uwaga: gasić z umiarem.
W scenariuszu Tyma minister zdrowia peroruje z ekranu telewizora: "Dla usprawnienia opieki medycznej podzielimy pacjentów na cztery kategorie. Kategoria pierwsza: symulanci, sądzeni w trybie doraźnym. Kategoria druga: zdrowi chorzy. Kategoria trzecia: chwilowo chorzy. Czwarta kategoria to chorzy poza kategorią. Otrzymywać będą broszurkę z instrukcją, jak wyjść z danej choroby, oraz pakiecik aptekarsko-medyczny "Radź sobie sam". "A pogotowie?" - pada pytanie dziennikarza. Będzie rozwozić ulotki "Twoje życie w twoich rękach" - odpowiada minister". W rzeczywistości, zgodnie z nową ustawą o ratownictwie medycznym, karetkami pogotowia ratunkowego nie będą już jeździć lekarze. Na szczęście na razie mają tam znajdować się pielęgniarki, a nie pracownicy zakładów pogrzebowych (np. Nowego Życia - autentyk). Niedawno okazało się, że ustalona przez NFZ stawka żywieniowa na cały oddział rehabilitacji szpitala w Białogardzie wynosi 37 zł. Losowo mają być więc wybierani pacjenci, którzy w danym dniu otrzymają posiłki! Toż to najprawdziwszy Bareja.
W filmie - co jest nawiązaniem do "Misia" oraz "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?" - występuje cała rzesza sprzątaczek. W przeciwieństwie do dawnych komedii nie będą one komentować rzeczywistości, pełniąc funkcję greckiego chóru w antycznym dramacie. Sprzątaczki mają być śmieszne, bo noszą absurdalne nazwiska. Spotykamy więc Janinę Wiadro, Barbarę Pupę, Marię Kurę, Rękę i Nogę. Chyba jednak więcej o znaczeniu sprzątaczek we współczesnej Polsce mówi list otwarty Marka Kowalskiego, prezesa Polskiego Stowarzyszenia Czystości. "Najpierw wicepremier i minister edukacji Roman Giertych jako karę dla niesfornych uczniów wymyśla sprzątanie szkoły po lekcjach. Następnie bohaterka tzw. afery rozporkowej oświadcza przed kamerami, że musiała zostać prostytutką, bo inaczej mogła tylko zostać sprzątaczką w szkole. U nas sprzątaniem straszy się dzieci, a prostytucję stawia ponad uczciwe zarabianie na życie!".
Świat z komedii Barei trwa nadal! Rzeczywistość jest ciekawsza od tego, co potrafią wymyślić satyrycy. Tak było w PRL. Tak jest także w III RP, a nawet IV RP.

Zwyczajna komedia
"Ryś" nie jest apokaliptyczną wizją współczesności ani próbą opisania nowej świeckiej tradycji polskiego kapitalizmu. Nie będzie też dziełem kultowym. Koła nie da się przecież wymyślić po raz drugi. Obecnie taką rolę przejęły krótkie filmiki umieszczane w Internecie. W ciągu kilku dni 2,5 mln osób obejrzało spot reklamowy Krzysztofa Kononowicza, kandydata na prezydenta Białegostoku, który zachowuje się tak, jakby był przeniesiony do naszej rzeczywistości wprost z komedii Barei. Jego program zawierał liczne niezamierzone błędy i był dość lakoniczny - "Żeby nie było bandytyzmu, żeby nie było złodziejstwa, żeby nie było niczego!".
Film Tyma jest raczej zwyczajną komedią z rozbudowanym wątkiem kryminalnym, momentami dość zabawną. Kilka scen jest bardzo smakowitych. Kapitalny jest na przykład pomysł z tęczą, którą prezes klubu Tęcza Ryszard Ochódzki prezentuje jako reklamę swojego klubu. Niezła jest opowieść o tym, jak amerykańska wycieczka nazwę jeziora Wigry odczytuje jako Viagra. Uśmiech wywołuje portret pamięciowy Ochódzkiego, przesłoniętego rzędem żeberek od kaloryferów, bo do nich właśnie został przykuty przez pułkownika Molibdena. Remont na komendzie sprawił, iż wymieniono kaloryfery wrazÉ z aresztowanym Rysiem. Gdy w mieszkaniu Molibdena dochodzi do strzelaniny, zjawia się sąsiadka, która prosi "Niech ściszy w telewizorze ten kryminał". Wówczas do pistoletu zostaje przykręcony tłumik. Zabawne są również niektóre dialogi. Kwestia Kirkora (Marek Piwowski), który wręcza "gadżet reklamowy w postaci 20 tys. dolarów". Albo rozmowa Molibdena ze staruszką (Krystyna Feldman): "Pani to głupia jest. - Dlatego noszę aparat słuchowy, ale mi się popsuł".

Bareja rządzi!
Informacja o projekcie filmowym Stanisława Tyma została przyjęta entuzjastycznie. Wyjątkiem był Rafał Ziemkiewicz, który w felietonie "Panie Tym, odpuść pan" publicznie wzywał do rezygnacji z pomysłu. "Nie ma pan zupełnie tej wrażliwości co zmarły Stanisław Bareja, nie ma pan jego talentu i przede wszystkim jego zrozumienia dla ofiar PRL, jego wyczucia dla ich dusz. Nie zrobi pan "Misia 2". Zrobi pan chałę. (É) Po co to panu? " - pytał felietonista "Rzeczpospolitej". To nie tak. Film Stanisława Tyma - nawet jeśli nie odniesie oszałamiającego sukcesu - nie zrobi "Misiowi" krzywdy. Zmusi nas tylko do dokonania porównania z arcydziełem polskiego kina. Im gorzej zostanie przyjęty "Ryś", tym lepszy będzie się nam wydawał "Miś". Ponadto z jeszcze większą ochotą niż dotychczas będziemy oglądali komedie Barei. One są po prostu częścią naszej kultury i tradycji, a "tradycją nazwać niczego nie możesz. I nie możesz uchwałą specjalną zarządzić ani jej ustanowić" ("Miś").
Internauci nieustannie bawią się filmowymi cytatami z Barei. Niedawno w "Szkle kontaktowym" TVN 24 fragmentem komedii "Poszukiwany, poszukiwana" skomentowano odwołanie z funkcji prezesa PKN Orlen Igora Chalupca. Kiedy dyrektor Centralnego Instytutu Urbanizacji (świetna rola Jerzego Dobrowolskiego) ma parafować jakiś rachunek, nie chce sobie zawracać tym głowy i wtedy pada z ekranu kwestia: "No, ten, Kownacki niech podpisze!". Bareja więc wciąż komentuje naszą rzeczywistość.
Okładka tygodnika WPROST: 6/2007
Więcej możesz przeczytać w 6/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także