USA: rosyjska ruletka

USA: rosyjska ruletka

Miejsce 65: Hillary Clinton
Miejsce 65: Hillary Clinton / Źródło: Newspix.pl / Remiorz Ryan/CP/ABACA
Wpływy rosyjskie w Stanach sięgają dalej, niż wyobrażają to sobie najwięksi wrogowie Donalda Trumpa. Na celowniku obok prezydenta są już nie tylko Clintonowie i Barack Obama, ale nawet FBI.

Jakub Mielnik

To miało być wielkie zwycięstwo przyzwoitej Ameryki w walce z siłami ciemności, reprezentowanymi przez znienawidzonego prezydenta Trumpa i grono jego akolitów. Paul Manafort, były szef kampanii prezydenckiej Trumpa i doświadczony spin doktor, pracujący jeszcze dla Ronalda Reagana, znalazł się w rękach FBI. Powód? Konspirowanie przeciwko bezpieczeństwu narodowemu USA, nielegalny lobbing na rzecz zagranicznych pracodawców i pranie brudnych pieniędzy. Dość, żeby pogrążyć lobbystę na długie lata, a wraz z nim także i Trumpa, od dawna oskarżanego o podejrzane kontakty z Rosjanami. Z Manafortem sprawa jest dosyć prosta: kampanią Trumpa kierował trzy miesiące, za to dla prorosyjskiej ukraińskiej Partii Regionów pracował prawie 10 lat, lobbując w Waszyngtonie na rzecz prezydenta Wiktora Janukowycza, a także, jak się potem okazało, rozdając na prawo i lewo miliony dolarów łapówek.

Gdy jego kontakty z kremlowskimi namiestnikami na Ukrainie zaczęły wychodzić na jaw, Manafort został przez sztab Trumpa zwolniony. Dziś Biały Dom także broni się, że zarzuty postawione lobbyście przez FBI dotyczą czasów o kilka lat wcześniejszych niż jego praca dla Trumpa. Całe zamieszanie ma służyć jedynie wyszukiwaniu nowych haków na prezydenta i odwróceniu uwagi od grzechów demokratycznej opozycji. Można by takie podejście uznać za rozpaczliwą próbę obrony ze strony prezydenta, którego notowania po pierwszym roku rządów są najniższe w historii. Jest jednak kilka faktów, które pokazują, że linia obrony Białego Domu może jednak mieć sens. Już nie tylko sprzyjające republikanom media prawicowe, ale także medialny mainstream w USA dostarczają coraz więcej dowodów na to, że prominentni demokraci, wśród nich były prezydent Bill Clinton i jego żona Hillary, są mocno zaangażowaniw niejasne transakcje z Rosją. Poważne wątpliwości dotyczą także wiarygodności Roberta Muellera, specjalnego prokuratora prowadzącego dochodzenie w sprawie rosyjskiej ingerencji w wybory prezydenckie w Stanach. Dla przeciwników Trumpa Mueller był dotąd krystaliczną postacią, prowadzącą słuszną i sprawiedliwą krucjatę przeciwko najgorszemu z możliwych lokatorów Białego Domu. Ostatnio jednak nawet oni zaczynają się poważnie zastanawiać, czy prowadzone przez Muellera śledztwo nie ma czasem przykryć jego własnych zaniedbań. Okazuje się bowiem, że Mueller jako szef FBI przymykał oko na podejrzane interesy Clintonów z Kremlem.

WTYCZKA FBI W ROSATOMIE

Kiedy Peter Schweizer opublikował w 2015 r. książkę pt. „Forsa Clintonów: nieopowiedziana historia o tym, jak i dlaczego zagraniczne rządy i firmy pomogły wzbogacić się Billowi i Hillary Clintonom”, większość demokratów pukała się w czoło. Schweizer to redaktor prawicowego serwisu Breitbart News i zwolennik Trumpa. Jego książka, demaskująca byłego prezydenta i jego żonę jako polityków, realizujących w USA rosyjskie interesy, została uznana za część kampanii wyborczej, w której Hillary Clinton była rywalką Trumpa. Te rzekome prawicowe brednie zaczęły jednak przebijać się do opinii publicznej, gdy do powszechnie szanowanego portalu politycznego The Hill zgłosiła się nie mniej szanowana w Waszyngtonie prawniczka Victoria Toensing będąca m.in. ekspertką senackiej komisji do spraw służb specjalnych. Pani mecenas ujawniła pod koniec października, że reprezentuje pewnego biznesmena i byłego współpracownika FBI. Biuro grozi mu pozwem za ujawnienie informacji o tym, jak rosyjska branża atomowa zdobywała względy Clintonów i wpływała na decyzje administracji prezydenta Baracka Obamy. Jej anonimowy klient pracował dla firmy Tenex, zarejestrowanej w USA odnogi rosyjskiego koncernu Rosatom, handlującej zubożonym uranem, pozyskanym z przeznaczonych do likwidacji sowieckich głowic jądrowych. Współpracę z FBI podjął w 2009 r., gdy szef Tenexu Vadim Mikerin zaczął wciągać go do wielkiej operacji korumpowania amerykańskich urzędników i biznesmenów z branży atomowej.

Dzięki klientowi pani Toensing FBI rozpracowała cały system, jednak sprawa została zamieciona pod dywan, a sam konfident został zmuszony do podpisania umowy poufności. Obowiązuje ona do dziś, uniemożliwiając mu składanie pod przysięgą zeznań przez senacką komisją, zajmującą się infiltracją sceny politycznej w USA przez Rosjan. Z uchyleniem klauzuli poufności nie byłoby pewnie problemu, gdyby wiedza biznesmena dotyczyła Donalda Trumpa. Jednak sprawa dotyczy lat 2009-2014, gdy nikt przy zdrowych zmysłach nie łączył Trumpa z polityką. To, że zgromadzone przez FBI dowody przeciw Rosjanom przez kilka lat nie trafiły do sądu, ma być związane bezpośrednio z Clintonami i przyjacielem rodziny, a także sponsorem kampanii wyborczych Billa i Hillary, kanadyjskim miliarderem Frankiem Giustrą.

DO CZEGO POTRZEBNY BYŁ RESET

Giustra był m.in. właścicielem 20 proc. amerykańskiego paliwa jądrowego, wykorzystywanego w energetyce. Dzięki pomocy Billa Clintona firma Uranium One dostała też koncesję na wydobycie tego surowca w Kazachstanie. To jednak nie spodobało się Władimirowi Putinowi, który zaczął naciskać na prezydenta Nazarbajewa, żeby wyrzucił Uranium One ze swojego kraju. Plotki na ten temat doprowadziły do spadku notowań giełdowych Uranium One. Zaniepokojony Giustra miał zadzwonić do Clintona, a ten do żony kierującej wówczas Departamentem Stanu USA w administracji Baracka Obamy. Amerykańscy dyplomaci zaczęli rozmawiać z Kazachami, którzy obiecali, że dadzą Uranium One spokój, pod warunkiem że Giustra sprzeda firmę rosyjskiemu Rosatomowi. Na taką transakcję potrzebna była jednak zgoda władz federalnych. Nie było to proste. Nie dość, że chodziło o strategiczną branżę, to jeszcze relacje z Putinem były mocno napięte od czasu inwazji rosyjskiej na Gruzję. Nie bez znaczenia była także sprawa instalacji amerykańskiej tarczy antyrakietowej w Polsce. Ostatecznie jednak administracja Baracka Obamy zamieniła sojusznicze zobowiązania na złoża uranu w Kazachstanie, których potrzebowała nie tylko amerykańska energetyka, ale także osobisty znajomy Clintonów.

By transakcja była możliwa, Hillary Clinton zaproponowała reset relacji amerykańskich z Rosją, który chętnie podjął prezydent Barack Obama. Swój udział w dealu miał także Bill Clinton. Powiązany z Kremlem bank za jeden wykład w Moskwie zapłacił mu aż pół miliona dolarów. Po wykładzie Clinton spotkał się jeszcze z Arkadijem Dworkowiczem, członkiem rady nadzorczej Rosatomu. Zaraz potem kierująca Departamentem Stanu żona Clintona wycofała zastrzeżenia wobec przejęcia przez Rosjan Uranium One. Niektórzy łączą to także z hojnymi rosyjskimi datkami na fundację Clintonów, których jej władze nigdy się nie wyparły. W takich warunkach FBI nie mogło oczywiście iść do sądu z zarzutami korupcyjnymi wobec Rosjan działających w branży jądrowej w USA. Sprawę Mikerina tuszowano aż do 2014 r., gdy Putin najechał Ukrainę i stało się jasne, że z resetu z Moskwą nic nie wyjdzie. Mikerin został przez sąd potraktowany ulgowo, bo przyznał się do winy. Sprawie nie nadano jednak rozgłosu z obawy przed wyjściem na jaw powiązań Clintonów z Rosatomem. Mogłoby to zagrozić prezydenckiej kampanii byłej pierwszej damy.

Śledczy pod pręgierzem

Ujawnienie przez The Hill, że federalni śledczy jeszcze w czasach rządów Obamy zamietli pod dywan sprawę rosyjskich wpływów w USA, budzi coraz poważniejsze wątpliwości. Czy tylko Trumpa należy umieszczać na liście podejrzanych? Szczególnie że zaczęły pojawiać się dowody na to, że cała kampania oskarżeń prezydenta o agenturalne powiązania z Moskwą może służyć przykryciu znacznie lepiej udokumentowanych grzeszków demokratów. Medialna tuba Partii Demokratycznej, dziennik „Washington Post”, ujawniła, że konstruowanie zarzutów o współpracę Trumpa z Rosjanami zostało opłacone przez sztab wyborczy Hillary Clinton i Partię Demokratyczną. Co gorsza, oparto je głównie na źródłach powiązanych z Kremlem, co może świadczyć o tym, że w ferworze prezydenckiej kampanii demokraci zapłacili za kampanię oszczerstw przygotowaną wcześniej w Moskwie. Na tym nie koniec. Coraz poważniejsze wątpliwości pojawiają się także co do wiarygodności całej komisji badającej obecnie ingerencję Rosjan w wybory w USA. Jednym z głównych śledczych jest tam Andrew Weissmann, który jako szef wydziału antykorupcyjnego Departamentu Sprawiedliwości mógł być zamieszany w sprawę blokowania dochodzenia przeciwko Rosatomowi. Ciężkie działa wytoczono także wobec szefa zespołu śledczych Roberta Muellera. Redakcja „Wall Street Journal”, renomowanego dziennika, który trudno podejrzewać o sprzyjanie Trumpowi, zaczęła domagać się wręcz jego ustąpienia. Argumentacja jest taka: bezstronność Muellera w badaniu ingerencji rosyjskiej w wybory jest wątpliwa w sytuacji, gdy jako wieloletni szef FBI sam jest odpowiedzialny za tuszowanie podejrzanych powiązań administracji z Putinem. Pojawiły się nawet spekulacje, czy podjęte przez FBI jeszcze w czasie kampanii wyborczej śledztwo przeciwko Trumpowi nie jest dowodem na współpracę ważnej służby federalnej z Moskwą, próbującą siać chaos i dezinformację w czasie wyborów. Dołujący w sondażach i popadający w coraz większą irytację prezydent Trump nie mógł spodziewać się tak niespodziewanej odsieczy i to z tej strony. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 45/2017
Więcej możesz przeczytać w 45/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także