Awansowy klincz

Awansowy klincz

WALDEMAR SKRZYPCZAK, generał broni

Spór na linii MON – Pałac Prezydencki wszedł w fazę klinczu. W boksie oznacza to sytuację, w której żaden z zawodników nie może wykonać ruchu, blokują się. Chodzi o awanse generalskie i admiralskie, a właściwie ich brak. Lata przygotowań do wejścia Polski do NATO, współpraca w Sojuszu z armiami dojrzałych demokracji nauczyły naszych wojskowych – przynajmniej powinny – na czym polega apolityczność. Wierzę, że większość dowódców to rozumie. Oczywiście znajdą się tacy, którzy schlebiając politykom i snując się po salonach, zabiegają o awanse, nie mając ku temu ani wykształcenia wojskowego, ani doświadczenia na szczeblach dowodzenia.

Żargonowo: „wojskowo nie są sprawdzeni”, na wojnie bezwartościowi. Mieliśmy dowódców salonowo-kanapowych, którzy stawali się doradcami ważnych polityków i z tylnego siedzenia kierowali ich poczynaniami. Niestety mieli oni również wpływ na awanse generalskie. Dlatego często kolejne gwiazdki trafiały do ludzi miernych, ale lojalnych wobec układów. Przez lata doprowadziło to do nieodwracalnych szkód. Armia powoli traci zdolności do rozwoju kadr dowódczych i sztabowych. Na skutek upolitycznienia i „odwojskowienia” systemu kadrowego wpływ dowódców na awanse podwładnych jest dziś praktycznie żaden. To zaś, co się dzieje obecnie, ma znamiona gry pozorów. O awansach i tak decydują politycy, którzy nie mają przecież w tym zakresie wiedzy, doświadczenia ani kompetencji. Wojskowi stają się pionkami w ich rozgrywkach. Rzutuje to na morale i spoistość armii. Mocno ją osłabiając. Zjawisko przenoszenia sporów politycznych na grunt wojska, wikłanie w partyjne rozgrywki trwa od 20 lat. Niezależnie od tego, jaka partia dzierżyła ster, zawsze przy okazji awansów na generałów listy z nazwiskami były przedmiotem targów. Zawsze też ofiarami sporów byli wojskowi. Szczególnie było to dotkliwe, gdy rząd był z innej opcji politycznej niż prezydent. Listy awansowe krążyły wtedy po salonach. Wykreślano jednych, dopisywano drugich i praktycznie niemal do ostatniego dnia przed uroczystością nikt nie znał ostatecznej listy oficerów wytypowanych do mianowania na generałów czy admirałów. Zasadą jest i być powinno, że kandydata o tym fakcie powiadamia jego dowódca. Z reguły jest to dowódca rodzaju sił zbrojnych, np. wojsk lądowych. Taka praktyka panuje w cywilizowanym świecie, do którego przecież aspirujemy. W 2017 r. stała się rzecz zgoła inna. Spór toczy się na łonie tej samej opcji politycznej. Tym razem to bój o wpływy w armii oraz o to, kto jest ważniejszy. Konstytucja wyraźnie i bezdyskusyjnie ceduje zwierzchnictwo nad armią na prezydenta RP. Dla każdego żołnierza jest to zresztą oczywiste, bo na wierność konstytucji przysięga. We wszystkich kwestiach dotyczących armii ostateczne słowo ma prezydent. Dlatego dziwi mnie to, co się dzieje. Wojskowi przecież pamiętają spór śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego z szefem MON Bogdanem Klichem. Pan prezydent występował stanowczo i nie pozwalał na demolowanie wojska. Po jego śmierci nikt już destrukcji wojsk operacyjnych nie zapobiegł. Wydawało mi się, że powrót osób z otoczenia prezydenta Lecha Kaczyńskiego do Pałacu Prezydenckiego i BBN pozwoli odwrócić proces demolowania wojsk operacyjnych, trzonu systemu obronnego państwa. Nadzieje okazały się płonne. Niestety, forsowane są zmiany, które w żaden sposób nie podnoszą zdolności sił zbrojnych. Chcę jednak wierzyć, że prezydent Andrzej Duda swoją postawą stanie w obronie armii wbrew tym, którzy chcą przejąć uprawnienia zwierzchnika sił zbrojnych. Ofiarami sporu politycznego są znowu polscy oficerowie. Przekonany jestem, że wśród kandydatów na generałów są tacy, którzy przeszli „ciężką ścieżkę” dowódczą w wojskach operacyjnych i mają odpowiednie kompetencje, bo dowodzili żołnierzami w kraju oraz poza granicami w misjach bojowych. g

AUTOR BYŁ DOWÓDCĄ WOJSK LĄDOWYCH

Okładka tygodnika WPROST: 46/2017
Więcej możesz przeczytać w 46/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także