Siekierka czy kijek

Siekierka czy kijek

Aleja Armii Ludowej w Warszawie
Aleja Armii Ludowej w Warszawie / Źródło: Wikimedia Commons / Adrian Grycuk
Zmiany przeprowadzane w Polsce nie kojarzą się najlepiej. Tym bardziej warto zadać sobie pytanie, ile jest dobrej zmiany w przeprowadzanej właśnie dekomunizacji ulic.

Katowiczanom nie podobało się, gdy w 1953 r. bez ruszania się z miejsca przeprowadzili się nagle do Stalinogrodu. Decyzję o zmianie nazwy stolicy Śląska podjęto dla uczczenia śmierci Józefa Stalina. Można by odnieść wrażenie, że podobny dramat rozgrywa się i dziś z powodu ustawy dekomunizacyjnej, wymuszającej zmianę patronów ulic, którzy jakimś cudem uchowali się jeszcze po pierwszej dekomunizacji z lat 90. Rodzą się spore, także polityczne, emocje, głównie za sprawą wymuszonej dekomunizacją przeprowadzki mieszkańców warszawskiej alei Armii Ludowej na aleję Lecha Kaczyńskiego. Czy nie lepiej więc, żeby było tak jak było? Zwłaszcza że zgodnie z wykładnią propagandy PRL, która żywa jest i dziś, Armia Ludowa walczyła z hitleryzmem co najmniej tak samo dzielnie jak wynoszona dziś pod niebiosa Armia Krajowa. Paradoks polega nie na tym, że to kłamstwo, tylko na tym, że zapał AL-owców służył celom stalinowskiej Rosji. Niemców, owszem, zwalczano, ale zwalczano też politycznych konkurentów, wydając ich gestapo. Zostawmy jednak te oskarżenia. Herosi z AK też nie byli święci. Najbardziej kompromitujące jest bowiem to, co się stało z Armią Ludową po wojnie. Dzielni bojowcy, często uciekając przed odpowiedzialnością za pospolite przestępstwa popełnione w czasie okupacji, zasilili masowo aparat bezpieczeństwa Polski Ludowej. Opisuje to Krzysztof Kąkolewski w książce „Diament odnaleziony w popiele”.

AL-owcy stali się rdzeniem stalinowskiego aparatu terroru, a po odwilży pozostali najbardziej reakcyjną częścią komunistycznej władzy. Z ich okupacyjnej przeszłości wzięła się nawet nazwa partyjnej frakcji „partyzantów” skupionych wokół Mieczysława Moczara. Potężny szef MSW w czasach Gomułki był jednym z architektów antysemickiej czystki przeprowadzonej przez PZPR w 1968 r. Obrona prawa Armii Ludowej do posiadania własnych ulic przypomina więc próbę obrony rasistowskich ekscesów na Marszu Niepodległości. Ich organizatorzy to przecież w prostej linii duchowi spadkobiercy towarzysza Moczara i jego dzielnych partyzantów. O ile więc zmiana nazwy kawałka trasy szybkiego ruchu, którą każdy warszawiak i tak będzie zawsze nazywał Trasą Łazienkowską, na Lecha Kaczyńskiego to kwestia politycznych emocji, o tyle usunięcie z niej Armii Ludowej to zwykła historyczna przyzwoitość.

ARTYŚCI CZY AGENCI

Pomijając siłę przyzwyczajenia do adresu wpisanego w dowód osobisty, większość nowych patronów zdekomunizowanych ulic nie budzi już takich emocji jak prezydent Kaczyński. Bo kto przy zdrowych zmysłach miałby coś przeciwko Grzegorzowi Przemykowi czy Stanisławowi Pyjasowi albo Przemysławowi Gintrowskiemu i Jackowi Kaczmarskiemu? Można oczywiście się zastanawiać, czy śmierć Przemyka i Pyjasa z rąk SB była bardziej bohaterska niż Sylwestra Bartosika czy Franciszka Bartoszka z rąk gestapo. Tyle że Pyjas i Przemyk zginęli za sprzeciw wobec komunistycznego reżimu, a Bartosik i Bartoszek walczyli za jego zwycięstwo i przejęcie siłą władzy w Polsce. Nie ma też wątpliwości, że współtwórca KOR Zbigniew Romaszewski jest lepszym patronem ulicy od Teodora Duracza, prawnika, który był agentem sowieckiego wywiadu w Polsce. Gintrowskiemu zaś nie dorasta do pięt Wincenty Rzymowski, przedwojenny dziennikarz i wydawca, który został jednym z czołowych propagandzistów stalinowskich. Trudno też lać łzy nad Zygmuntem Modzelewskim, którego w roli patrona ulicy zastąpi bard Solidarności Jacek Kaczmarski.

Modzelewski był nie tylko szarą eminencją stalinowskiej dyplomacji w Polsce, ale też aktywnym działaczem Komitetu Słowiańskiego w Polsce zajmującego się rusyfikacją elit PRL pod ścisłym nadzorem NKWD i UB. Nie żal również ulicy Dąbrowszczaków, którzy stali się narzędziem stalinowskiego terroru w ogarniętej wojną domową Hiszpanii. To właśnie oni odegrali kluczową rolę w radykalizacji ruchu republikańskiego i w efekcie doprowadzili do jego przegranej w wojnie z gen. Franco. W czasie okupacji dawni dąbrowszczacy, tzw. Hiszpanie z legitymacjami NKWD w kieszeni, zajęli się budowaniem komunistycznych struktur wojskowych w podziemiu. Przedstawiciel tej grupy Bolesław Mołojec został nawet przez współtowarzyszy zlikwidowany w ramach partyjnych porachunków. Ich ofiarą padł także przysłany z Moskwy do Polski przywódca komunistycznego podziemia Marceli Nowotko. Wojujący w imię Stalina polscy agenci Kominternu zostali zastąpieni przez Borysa Sawinkowa, który inaczej rozumiał braterstwo narodów. Rosyjski socjalista z przeszłością terrorystyczną brał udział w obaleniu caratu w Rosji, a potem ramię w ramię z Polakami wojował z bolszewikami. Zginął z rąk czekistów zwabiony podstępem do poprowadzenia antybolszewickiego powstania w Rosji. Podobnie jak nadanie imienia Marka Edelmana ulicy, której patronem był dotąd Józef Lewartowski. On sam też co prawda walczył, a nawet zginął w powstaniu w warszawskim getcie. Jednak w przeciwieństwie do Edelmana ma na swoim koncie także udział w niesławnym Tymczasowym Komitecie Rewolucyjnym Polski. Była to bolszewicka komórka, która podczas sowieckiej ofensywy na odrodzoną Polskę w 1920 r. przygotowywała wcielenie kraju do Rosji Sowieckiej. Często pojawiają się argumenty, że dekomunizacja ulic ruguje z przestrzeni publicznej wybitne postaci, których jedyną winą były poglądy sprzeczne z obowiązującą obecnie wersją prawdy. Tak ma być m.in. z Oskarem Lange, wykładowcą renomowanych amerykańskich uniwersytetów i znanym ekonomistą. Problem w tym, że Lange w czasie wojny nawiązał współpracę z sowieckim wywiadem w USA, angażując się w kampanię propagandową, której celem było przygotowanie gruntu pod przejęcie przez komunistów władzy w Polsce. Sam potem stał się ważnym członkiem tych władz. Nic więc dziwnego, że w Warszawie nowym patronem ulicy Langego będzie Tomasz Arciszewski, socjalista i ostatni premier rządu RP na uchodźstwie uznawany przez Londyn. Dekomunizacja znalazła też w Warszawie godne miejsce dla Zbigniewa Herberta, jednego z najwybitniejszych polskich poetów współczesnych, który dostanie ulicę po zdekomunizowanym Leonie Kruczkowskim. Wkład tego drugiego w polską literaturę to nie tylko cenione dramaty, ale także agitowanie za socrealizmem, zgodnie z partyjną linią w okresie stalinizmu.

STREFA NIE CAŁKIEM SZARA

W dekomunizacyjnej krucjacie nie może zabraknąć postaci symbolicznych. Dlatego Antoniego Parola, żoliborskiego komunistę, który walczył w powstaniu warszawskim i poległ na Starówce, zastępuje Józef Sawa -Caliński, konfederata barski kozackiego pochodzenia, który poległ w obronie wiary katolickiej przed Moskalami. Żeby nie było jednak tak bogobojnie i cnotliwie, na tabliczkach z nazwami stołecznych ulic pojawi się także nazwisko pisarza Sergiusza Piaseckiego. Zastąpi on zastrzeloną przez gestapo naczelną lekarkę Armii Ludowej Helenę Wolff. I to jest bardzo dobra wiadomość. Wcale zresztą nie dlatego, że Wolff była komunistką, a Piasecki, który widział bolszewicką rewolucję na własne oczy, komunizmu nienawidził. Jest to jednak zmiana w pewnym sensie wzorcowa. Piasecki w dwudziestoleciu międzywojennym był kolejno żołnierzem, szpiegiem, przemytnikiem, kokainistą i bandytą skazanym na karę śmierci za napady z bronią w ręku. W czasie okupacji walczył w wileńskiej AK, a po wojnie uciekł jeszcze bezpiece z Polski na Zachód. To patron z krwi i kości, o którym aż chce się opowiadać. W porównaniu z nim każda nadobna lekarka, nawet nie komunistka, wypada po prostu blado. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 49/2017
Więcej możesz przeczytać w 49/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0