Słowa, słowa, słowa

Słowa, słowa, słowa

W dobie upadku autorytetów wciąż chcemy słuchać znanych aktorów i filmowców. Rynek wydawniczy reaguje, zalewając nas wywiadami rzekami oraz wspomnieniami.

Artur Zaborski

Zbliża się okres bożonarodzeniowy, a więc czas intensywnej aktywności wydawców. Nigdy przecież w ciągu roku sprzedaż książek nie rośnie tak jak w sezonie choinkowym. W ofercie – już kolejny rok z rzędu – wybijają się pozycje ze znanymi aktorami i filmowcami. Helion proponuje wywiad rzekę Mai Jaszewskiej z Adamem Ferencym i autobiografię Cezarego Pazury „Byłbym zapomniał”. Znak włącza do oferty trzeci tom „Aktorek”, bestsellerowej serii dziennikarza filmowego i teatralnego Łukasza Maciejewskiego, który odpytał 18 kobiet znanych z ekranu i desek teatru, m.in. Małgorzatę Zajączkowską, Maję Ostaszewską, Małgorzatę Kożuchowską czy Jowitę Budnik. Wydawnictwo niedawno wypuściło także wywiad rzekę z Joanną Kos-Krauze. A to tylko wierzchołek góry lodowej. Nic dziwnego, skoro na takich publikacjach zależy wszystkim: wydawcom, czytelnikom, a także tym, którzy mieliby się stać bohaterami tomów. – Od kilku utytułowanych aktorek usłyszałem: „No nareszcie, już myślałam, że pan nigdy do mnie nie zadzwoni”. Większość bohaterek reagowała wręcz entuzjastycznie. Wielokrotnie usłyszałem od portretowanych, że znalezienie się w „Aktorkach” jest w środowisku aktorskim uznawane za dużą nobilitację – odpowiada Łukasz Maciejewski na pytanie, czy trudno było mu pozyskać rozmówczynie.

Przepis na sukces

Dzwonię do kilku wydawnictw, przedstawiam się z nazwiska i profesji, proponuję wydanie wywiadu rzeki, podaję nazwisko gwiazdy. Zainteresowanie jest większe, niż przypuszczałem, od razu jestem zapraszany na spotkanie. Wcześniej dostaję kilka uwag co do zasad działania rynku. Po pierwsze: panie sprzedają się lepiej niż panowie. Po drugie: ważne, żeby rozmawiać o życiu. Po trzecie: czytelnicy wolą gwiazdy, które dobrze się kojarzą – są oddanymi partnerami i rodzicami, nie pojawiają się w mediach ze względu na rozliczne skandale. – Mam wrażenie, że czytelnicy chcą czytać o kobietach, o aktorkach. Kochają aktorki, ale nie celebrytki, nie bohaterki tabloidów, tylko kobiety piękne, mądre, silne i utalentowane, które wszystko zawdzięczają tylko sobie – mówi mi z kolei Maciejewski. I rzeczywiście, Teresa Lipowska, choć ma na koncie rozwód, w rozmowie z Iloną Łepkowską w „Nad rodzinnym albumem” jawi się jako osoba o żelaznych wartościach, dla której rodzina stoi wysoko ponad karierą. Podobnie Anna Seniuk, bohaterka książki „Nietypowa baba jestem”, która Magdalenie Małeckiej opowiadała o tym, że po krakowsku uważa dom za miejsce, w którym trzeba mierzyć się z problemami i wyzwaniami, a nie latać po mediach i rozpowiadać o swoich bolączkach. Krystyna Janda w „Pani zyskuje przy bliższym poznaniu” Katarzyny Montgomery podzieliła się zwierzeniami z zaplecza teatru, ale też z zaplecza domu – kiedy umierał jej mąż i kiedy stawała przed trudami łączenia roli matki i aktorki. Nawet jeśli Piotr Fronczewski przyznawał się Marcinowi Mastalarzowi na kartach wywiadu rzeki do zdrady, to robił to w taki sposób, by czytelnik nie miał wątpliwości, że ta rysa na małżeństwie nie zaważyła na jego zaangażowaniu w związek ani walce o niego. Danuta Stenka zaś dopiero w rozmowie z Łukaszem Maciejewskim, który we „Flitrując z życiem” jawi się bardziej jako przyjaciel niż dziennikarz, opowiedziała o walce ze swoją depresją i jej konsekwencjami, bez tabloidowego ekshibicjonizmu. Cezary Pazura, który doświadczył niejednej strony popularności, a w filmach grał – umówmy się – obyczajowo cokolwiek bezpruderyjnych, w swojej książce zdradza się jako przykładny katolik. Aktor świadomie wybrał formę autobiografii. – Chciałem napisać książkę w pierwszej osobie, a nie jako wywiad rzekę. Ta forma była mi bliższa. Wspomnienia nagrałem na dyktafon. Spisanie nagrań i uporządkowanie w ramach rozdziałów powierzyłem osobie trzeciej. Od tego momentu naprawdę zaczęło się prawdziwe pisanie. Spędziłem przed komputerem w pierwszym roku pracy nad książką około 300 godzin – mówi mi. Jednocześnie, tak samo jak inni bohaterowie takich tomów, zaznacza, że nie potrafi wskazać przyczyny chęci podzielenia się opowieścią o swoim życiu. – To wypadkowa wielu czynników. Decyzja dojrzewała we mnie latami. Ale jak to w życiu, nadszedł dzień, że człowiek wreszcie się odważył – kwituje. Jak widać, o wiele łatwiej wskazać przyczyny czytania niż pisania takich książek.

Gwiazdy takie jak my 

– Dzięki wywiadom rzekom dostajemy dowód na to, że sławni i bogaci mierzą się z takimi samymi problemami jak my, stają przed podobnymi wyzwaniami, choć przecież mają zasobniejszą sakwę – mówi mi Natalia Domałacny, psycholog społeczna. – Ponadto rozmowy z nimi są prowadzone tak, że ich życie da się odtworzyć narracyjnie, dzięki czemu czytelnik może sobie zbudować ich historię tak samo, jak robi to w przypadku bohatera powieści. Różnica jest taka, że tu ma do czynienia z osobą, którą ogląda w kinie i na ekranie telewizora. Nie czuje jednak, że przekracza barierę prywatności jak na Pudelku czy w „Fakcie”, tylko że zostaje zaproszony do czyjegoś prywatnego świata. To też uruchamia zupełnie inne emocje, niż kiedy karmimy się newsami czy galeriami w internecie – dodaje. Podkreśla jednak, że najważniejszy jest przekaz, że szczęścia i nieszczęścia pukają w każde drzwi. Wywiady rzeki i biografie mają silną moc przypominania o egalitaryzmie społecznym, który pozwala czytelnikowi trochę podskoczyć na społecznej drabinie, poczuć się lepiej dzięki przekonaniu, że ci wszyscy artyści i wielkie gwiazdy wcale się aż tak od niego nie różnią. Są oczywiście odstępstwa od tej reguły, jak przypadek „Seksmisji i innych moich misji”, wywiadu rzeki Tomasza Miłkowskiego z Olgierdem Łukaszewiczem, który rozrasta się do prawie 500-stronicowej analizy teatralnych i filmowych ról aktora. Dla osób, które w teatrze bywają od wielkiego dzwonu, ta książka to czytelnicze wyzwanie. Choć jej język jest przystępny, to wgryzienie się w omawiane treści i ich zrozumienie mogą zależeć od zakresu naszej wiedzy na temat historii i teorii teatru. Łukaszewicz daje się poznać jako przedstawiciel tradycyjnie rozumianej inteligencji, a książka niewątpliwie przywraca status aktora jako zawodu owianego pewną tajemnicą, jaką rozgryźć mogą wyjątkowi jego adepci. Łukaszewicz nawet na moment nie zbacza w inne rejony: może mówić o aktorstwie przez całą książkę i jest to mówienie z sensem.

Bez pudelka, bez cenzury

„Aktor jest od grania jak dupa od srania” – mawiał dobitnie reżyser Kazimierz Dejmek, ale jego definicja okazuje się już mało aktualna.

Wywiad z Olgierdem Łukaszewiczem przypomina, że aktorstwo to nie gwiazdorzenie, ale zajęcie z misją i tajemnicą. Dziś takie osoby jak Łukaszewicz trudno usłyszeć, bo media nie chcą z nimi rozmawiać na temat pracy – wywiady rzeki pozostają często jedynym miejscem, gdzie mogą się wygadać. Od aktora oczekuje się dziś: politykowania, komentowania, ubierania się, modlenia, wyznaczania trendów... W podzielonym politycznie kraju jedni próbują zbić na zaangażowaniu kapitał w postaci przepustek do zideologizowanych filmów i seriali, drudzy zaś czują w sobie misję ratowania kraju i w mediach społecznościowych wygłaszają swoje polityczne oświadczenia. Pośród nich wyróżniają się ci, którzy nie próbują być kontrowersyjni na siłę i zamiast latać do telewizji z opiniami, skupiają się na aktywnym działaniu. Jak Renata Dancewicz, bohaterka „Aktorek. Odkryć”, która mówiła Maciejewskiemu w wywiadzie: „Postawa obywatelska, jednoznaczna, jest dla mnie ważniejsza niż aktorstwo. Zależnie od przynależności światopoglądowej mediów pisze się o mnie: feministka, lewaczka, ateistka, lesbijka, Żydówa, masonka, dziwka. Wszystko mi jedno. Uważam, że czasy mamy takie, że trzeba odważnie upominać się o swoje prawa. Ja nie zamierzam milczeć. I w nosie mam to, że mogę stracić jakąś fajną serialową rolę w telewizji państwowej”. Maciejewski bohaterki tomu „Odkrycia” – gdzie znalazła się ta rozmowa – wybierał sam, choć serię i jej koncepcję wymyśliła Daria Kielan. Maciejewski decydował natomiast o tym, które fragmenty trafią do druku. – Cała sfera obyczajowa, anegdotyczna mnie nie interesowała. Bohaterki zwierzały mi się z różnych rzeczy, ale to ja decydowałem, których fragmentów publikował nie będę. Miałem wrażenie, że nie zrobiłoby to dobrze dla portretu bohaterki albo w niczym by to nie wzbogaciło tej opowieści – mówił, dodając, że ostatnia rzecz, jaka go interesowała, to przedruki na Pudelku. – Jeżeli ludzie chcą tabloidu, to kupują tabloid. Mam poczucie, że tego rodzaju książka jest antidotum na rzeczy z założenia popularne. Ta pozbawiona jakichkolwiek skandali, filmoznawcza i teatrologiczna książka stała się wielkim bestsellerem – kwituje. Wydawnictwo daje autorowi wolność, która nie zawsze jest rzeczą oczywistą, kiedy w grę wchodzi wyrażanie poglądów.

Różaniec włożony w mrowisko

Przykład? „Jest życie po końcu świata” – wywiad rzeka Aleksandry Pawlickiej z Joanną Kos-Krauze, w którym tematem jest praca reżyserki nad filmem „Ptaki śpiewają w Kigali”. Kos-Krauze snuje w niej opowieść o Rwandzie, okrutnie doświadczonej przez ludobójstwo w połowie lat 90. Reżyserka kładzie nacisk przede wszystkim na skomplikowane procesy historyczne, które doprowadziły do jednej z największych tragedii współczesności. Duża część jej wypowiedzi poświęcona jest roli Kościoła katolickiego w tych procesach, łącznie z milczącym wsparciem ludobójstwa, a na pewno braku przeciwstawienia się. Rwandyjscy biskupi potrzebowali 22 lat i pojawienia się w Watykanie papieża Franciszka, aby przeprosić za rolę, jaką duchowni odegrali w tej kaźni, o czym Kos-Krauze dobitnie i bez owijania w bawełnę opowiada. Problem polegał na tym, że taka perspektywa nie szła w parze z linią wydawnictwa Znak, które ma na swojej liście wydawniczej pozycje poświęcone religii, biskupom i papieżom. W pewnym momencie dyskusji nad ostatecznym kształtem książki pojawił się nawet pomysł, aby odchudzić ją o… jedną trzecią, czyli z 364 stron wyciąć 120. Na takie rozwiązanie nie zgodziły się ani Pawlicka, ani Kos-Krauze i zagrały va banque, stawiając ultimatum, że albo ukazuje się cała ich rozmowa, albo nic. Stanęło na publikacji całości, dzięki czemu na rynek trafił jeden z najbardziej wartościowych i kształcących wywiadów rzek. Głośno było też o aferze wokół spotkania z Cezarym Pazurą przy promocji jego książki w Krakowie.

Decyzją organizatora, Kawiarni Literackiej, prowadzącym miał być Łukasz Gazur, szef działu kultury „Dziennika Polskiego”, który nie spodobał się wydawnictwu. Jego pracownica napisała właścicielowi kawiarni Januszowi Marchwińskiemu, że Gazur nie gwarantuje „braku pytań o sytuację z różańcem”, czyli o zaangażowanie Pazury w akcję „Różaniec do granic”. – Gdyby spotkanie dotyczyło najnowszego filmu, nie miałbym problemu z chęcią chronienia osobistego życia bohatera. W przypadku autobiografii, czyli oddania w ręce czytelników opowieści o sobie, nie wyobrażałem sobie takiego ograniczenia, bo rozmowa przestaje mieć sens. Jak zadawać pytania o to, czy ma się dystans do swojej działalności, jeśli nie można pytać o powszechnie znane fakty z życia bohatera? Jako dziennikarz nie chciałem brać udziału w takim przedsięwzięciu, bo uznałem, że osoby przysłuchujące się rozmowie uznałyby, że albo jestem nieprzygotowany, albo sam uważam to za tabu i granicę, której nie chcę przekraczać – mówi Gazur. Sprawa nabrała rozgłosu, co przełożyło się na jej pozytywne zakończenie: wydawnictwo przeprosiło, a Gazur poprowadził spotkanie, na które przybyły tłumy krakowian. Na koniec dziennikarz wręczył Cezaremu Pazurze różaniec wraz z życzeniami powodzenia. Afera pomogła, bo książki o aktorach i filmowcach mają tę szczególną cechę, że ich bohaterowie są na tyle niepokorni, że nie pozwalają na próby majstrowania przy ich treści ani promocji, nawet jeśli wydawcy mają swoje wytyczne. – Z Adamem Ferencym autoryzowaliśmy wywiad rzekę razem. Bardzo mi na tym zależało, a Adam przystał na to z ochotą. Adam czytał całość na głos, czasami coś zmienialiśmy, ale to były minimalne pojedyncze poprawki – wspomina Maja Jaszewska. Dziś takie formy współpracy stanowią ważną alternatywę dla podłapywanych, szatkowanych, najczęściej okołopolitycznych wypowiedzi, którymi chętnie szafują media. Może dlatego do tych książek mamy taką słabość, i to nie tylko w okresie przedświątecznym? g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 49/2017
Więcej możesz przeczytać w 49/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także