Zginęli na służbie

Zginęli na służbie

Antyterroryści zastrzelili mężczyznę podejrzanego o atak na sklep z koszerną żywnością (fot. sxc.hu) / Źródło: FreeImages.com
Policjant wierzy, że liczba wyjść na akcje i liczba powrotów do domu zawsze będzie ta sama. Niestety, czasem bywa inaczej. Rodzinom poległych policjantów należy się pomoc.

Dostają cynk i jadą. Przy drodze stoi metalowa budka, w środku bankomat. To tam zamknęli się przestępcy, aby ukraść pieniądze z maszyny. 12 antyterrorystów w szyku bojowym przygotowuje się do szturmu. Pierwszy trzyma tarczę kuloodporną. Wszyscy mają kamizelki kuloodporne, są uzbrojeni. Zanim jednak rozpoczną akcję, jeden z bandytów otwiera ogień i ostrzeliwuje oddział szturmowy z broni automatycznej AK-47, czyli z kałasznikowa. Ginie 40-letni policjant, trzech jest poważnie rannych. Ginie też 42-letni bandyta, który strzelał. Błędu nie było. To nie jest scenariusz gangsterskiego filmu. Do tragedii doszło kilka dni temu, w nocy z soboty na niedzielę w Wiszni Małej, miejscowości na Dolnym Śląsku. – Łączymy się w bólu z bliskimi naszego kolegi. Udzielimy każdego możliwego wsparcia, które będzie potrzebne rodzinie – powiedział podczas niedzielnej konferencji prasowej komendant główny policji Jarosław Szymczyk. Zdradził też, kim był napastnik. To mieszkaniec województwa wielkopolskiego, wielokrotnie notowany w naszych systemach w związku z przestępstwami przeciwko mieniu, kradzieżami pojazdów, włamaniami, a także z udziałem w zorganizowanej grupie przestępczej. Komendant zapewnia, że podczas akcji policja nie popełniła żadnego błędu. Potwierdza to minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak. – Oni zrobili, co trzeba. Bandyta był bezwzględny. Cała grupa realizacyjna zachowała się właściwie, jak należy – tłumaczył. Nie wszyscy są o tym przekonani. Czy do tej tragedii musiało dojść? Na ten temat zaczynają się spekulacje. – Miał być spektakularny sukces, a mamy porażkę: dwóch zabitych i trzech rannych – mówi Piotr Niemczyk, ekspert w dziedzinie bezpieczeństwa, były funkcjonariusz Urzędu Ochrony Państwa. Wylicza błędy popełnione podczas operacji, ale winą obarcza nie policję, tylko rząd. – To upadek analizy kryminalnej i operacyjnego rozpoznania. Nie da się prowadzić pracy bez osobowego rozpoznania, zwłaszcza że w tym przypadku gangsterzy byli na radarze policji. Są narzędzia, sposoby, techniki, aby skutecznie rozpoznać sytuację. Mogli odczekać i ująć sprawców z zaskoczenia, na przykład już w samochodzie, po skończonym rabunku – ocenia. Jego zdaniem ryba psuje się od głowy. – Jest ciśnienie, aby odbudować wizerunek policji po sprawie Igora Stachowiaka [25-latek zmarł w maju 2016 r. na komisariacie we Wrocławiu po brutalnej interwencji policji – red]. Policja działa tak, aby przypodobać się zwierzchnikom, ministrowi. To nie dowódcy ustalają plan, przykaz idzie z góry. A rząd wywiera presję na dowódcach. Zresztą jeśli się masowo zwalnia doświadczonych policjantów ze względów politycznych, jako złogi PRL, to potem nie ma się kogo poradzić, np. jak zastawić skuteczną pułapkę – punktuje.

Skąd ten kałasznikow?

Zdarzenie już porównuje się do głośnej strzelaniny w Magdalence w 2003 r., kiedy policja usiłowała ująć dwóch bandytów powiązanych ze zorganizowanymi grupami przestępczymi odpowiedzialnymi za zabójstwo policjanta i kilkunastu innych osób. W wyniku walk i ostrzeliwania zginęło dwóch antyterrorystów, a 17 zostało rannych. Dwaj bandyci zginęli prawdopodobnie wskutek zaczadzenia dwutlenkiem węgla, bo doszło do pożaru domu, w którym się zabarykadowali. – Analogia narzuca się sama: i wtedy, i dziś zabrakło operacyjnego rozpoznania. Ale to nie porażka policji, że nie wyciągnęła wniosków i dziś znowu doszło do strzelaniny, ale sukces, że przez tyle lat do podobnego zdarzenia nie doszło – tłumaczy Niemczyk. Inspektor Mariusz Sokołowski, były rzecznik prasowy Komendy Głównej Policji, jest wstrzemięźliwy w ocenie zdarzenia. – Nie znamy wystarczającej liczby faktów. Za wcześnie na ocenę – tłumaczy. Ale zwraca uwagę na drastyczny wzrost liczby przestępstw z użyciem broni. Z policyjnych statystyk wynika, że w 2016 r. odnotowano 996 przestępstw z użyciem broni palnej, 208 – gazowej i 391 – pneumatycznej. Rok wcześniej odpowiednio 301, 51 i 149. – Od czasu rozpracowania grup przestępczych Pruszków i Wołomin spadła liczba broni w nielegalnym posiadaniu. Przestępcy kalkulowali, że działanie z bronią im się nie opłaca, ze względu na wysokie wyroki. Nie odważali się strzelać do policjantów. A w tym roku to kolejna strzelanina z funkcjonariuszami – wylicza. Jego zdaniem teraz priorytetem policji powinno być ustalenie, skąd napastnicy mieli kałasznikowa, gdzie go przetrzymywali, skąd brali amunicję. I dlaczego w ogóle przestępcy znów sięgają po broń, w dodatku maszynową? Czy powstały nowe źródła przemytu, czy formują się nowe grupy przestępcze, młode wilki, które brutalnie walczą o wpływy w gangsterskim podziemiu? Czy mamy do czynienia z pojedynczymi incydentami, czy to już prawo serii? – Wprawdzie spada liczba przestępstw w ogóle, ale rośnie liczba terroru kryminalnego. Przestępstw z użyciem przemocy, czyli pobić, gwałtów, ataków na tle rasowym – wylicza Niemczyk. I dodaje: – Rząd nie robi nic, aby uspokoić i obniżyć poziom agresji rosnący w społeczeństwie. Również wśród policjantów, ale też przestępców. Przeciwnie. W Polakach podnieca się bojowe zapędy.

Tata mnie zostawił

„Dla ciebie zginął policjant, dla mnie tata” – to słowa ze spotu promocyjnego kampanii społecznej Fundacji Dorastaj z Nami, działającej na rzecz opieki nad dziećmi zmarłych na służbie mundurowych, czyli policjantów, strażaków, żołnierzy. – Śmierć na służbie to nie jest zwyczajna śmierć. Oni ryzykują, aby nam, obywatelom, żyło się lepiej i bezpieczniej – tłumaczy Magdalena Pawlak, prezeska zarządu. Pod mundurem kryje się ojciec, mąż, przyjaciel. – Często to jedyny żywiciel rodziny. I tej rodzinie, a szczególnie dzieciom, należy się pomoc – tłumaczy. Fundacja opieką otacza 112 dzieci rodziców, głównie ojców, którzy zginęli na służbie. – Pomagamy w ich wykształceniu przez cały okres nauki aż do ukończenia 25. roku życia. Fundujemy stypendia, nasi pedagodzy i specjaliści pomagają młodzieży obrać edukacyjną i zawodową drogę. Ale najważniejsze jest wsparcie mentalne. – Na pewnym etapie dzieci zadają trudne pytanie – czy ja byłem ważny dla taty, skoro on mnie zostawił? Znając ryzyko, poszedł na misję, czy to znaczy, że pracę kochał bardziej niż mnie? Naszym zadaniem jest pomóc wychować dzieci w poczuciu, że ich zmarli rodzice byli ludźmi szczególnymi, bohaterami. Że choć rodzinę kochali z całego serca, to ślubowali strzec bezpieczeństwa państwa, nawet z narażeniem życia. I słowa dotrzymali – tłumaczy Marta Rowicka, koordynator ds. podopiecznych w fundacji.

Sieroty i wdowy

Patrycja, wdowa po policjancie, ma łzy w oczach i strach w sercu, gdy młodsza córka na pytanie, kim będzie, gdy dorośnie, odpowiada: policjantką. – Nie pamięta ojca. Gdy zmarł, miała tylko trzy miesiące. Myślałam, że starsza córka, która wtedy miała dwa lata, bardziej będzie przeżywać stratę. Tymczasem właśnie młodsza częściej pyta o tatę, ogląda zdjęcia. Ma jego charakter. Starsza córka do dziś spogląda w okno, gdy jedzie radiowóz na sygnale. – Gdy była mała, stawałyśmy w oknie i machałyśmy, ciesząc się, że przejeżdża tata. W dniu jego śmierci też machała do radiowozu za oknem – wspomina Patrycja. I prawdopodobnie to rzeczywiście był radiowóz ojca, bo chwilę później 200 m od domu, na skrzyżowaniu zderzyły się dwa radiowozy wezwane do kradzieży w sklepie. Obaj kierowcy zginęli. Ich partnerzy przeżyli. – Mąż zawsze powtarzał, że umrze młodo. Po prostu to czuł. Nieraz śmierć zajrzała mu w oczy, ktoś wyskoczył do niego z nożem, innym razem z siekierą. Nie lubiłam, gdy o tym mówił, co nie znaczy, że byłam przygotowana na najgorsze. Mieliśmy po 30 lat, całe życie było przed nami – wspomina. – Nigdy nie jest się gotowym. Chociaż dziewczyny znają ryzyko i wiedzą, z kim się wiążą, to wierzą, że ich mężom nic się nie stanie – tłumaczy Irena Zając, prezeska Fundacji Pomocy Wdowom i Sierotom po Poległych Policjantach. Fundację założył gen. Marek Papała. – W latach 90. z rąk bandytów ginęło wielu policjantów. Robiło się zbiórkę, aby jakoś pomóc rodzinie. Czuliśmy, że trzeba tę pomoc usystematyzować – wspomina Irena Zając. Sama też straciła męża, policjanta, ale o tym nie będzie rozmawiać. Nie chce rozgrzebywać starych ran. – Jedno jest pewne, tym dziewczynom i dzieciom należy się pomoc jak psu buda. To młode rodziny, na dorobku, z kredytem, małe dzieci. Życie na nich czeka. Tymczasem los chce inaczej. On ginie nie przypadkiem, ale po to, żeby inni mogli spać spokojnie. Im należą się honor i cześć – postuluje. Fundacja jest uznawana na świecie za wzór. Zrzesza wdowy i sieroty, organizuje wyjazdy rodzinne, wysyła paczki, pocztówki, wspiera finansowo. – Działamy tylko z dochodów od darczyńców i sponsorów. Wspiera nas policja, służąc pomieszczeniem, transportem. Państwo daje zgodę na działanie organizacji społecznych, żeby fundacje robiły to, na co państwo nie ma siły, pieniędzy, czasu czy pomysłu – wylicza.

Koledzy stracili pamięć

Wdowie po zmarłym na służbie policjancie przysługuje renta rodzinna, a jej wysokość zależy od pensji męża. Dzieciom też należy się renta aż do ukończenia 25. roku życia, o ile wciąż się uczą. – Ludziom się wydaje, że my, wdowy, żyjemy jak pączki w maśle. To bzdura. Gdyby nie pomoc fundacji, nie dałabym rady. Bo jak utrzymać rodzinę za 80 proc. jednej pensji – pyta retorycznie Elżbieta, wdowa po policjancie. I podkreśla, że to właśnie w fundacji poznała kobiety, które ją rozumiały. – Przeszłyśmy przez to samo. Rozmowa z tymi, którzy cię rozumieją, jest najlepszą terapią – twierdzi. Choć mąż zginął ponad dekadę temu, do dziś nie wie, co się właściwie stało. – Jechał na szkolenie. Byłam spokojna jak nigdy, w końcu to tylko ćwiczenia. Nieraz się bałam, jak jechał na akcję. Gdy byłam w ciąży, strajkowali w Warszawie górnicy. Było niebezpiecznie, nie spałam. Tym razem byłam spokojna – opowiada. Zadzwonił kolega męża. Pytał, czy ten się na coś leczy, bo miał wypadek na ćwiczeniach i stracił przytomność. – On? Był jak maszyna! Trenował zapasy, wyniki badań znacznie powyżej normy. Choć palił papierosy, zawsze był pierwszy na mecie. Jeśli stracił przytomność, wiedziałam, że to bardzo poważna sprawa – wspomina.

Policjanta w trybie pilnym przewieziono do szpitala. Żona dotarła tam już po operacji. Był w śpiączce. Nigdy się nie obudził. Po 10 dniach zmarł. W dokumentach jako przyczynę zgonu podano uderzenie głową o miękkie podłoże. Elżbieta przypuszcza, że o materac albo rękawicę bokserską. Przypuszcza, bo nikt jej nie powiedział, co się stało na ćwiczeniach. Z kim walczył w sparingu, czy upadł – koledzy stracili pamięć. Dociekała prawdy przez kilka lat, aż jeden wysoki stanowiskiem funkcjonariusz doradził, żeby się nie interesowała, nie grzebała przy sprawie. – Żyłam tylko dla córki. Trzymałam się dzielnie. Ale gdy po kilku latach spytałam córki, dlaczego się nie uśmiecha, nie śmieje jak inne dzieci, odpowiedziała: Bo ty się mamo nie uśmiechasz. Wtedy pękło mi serce po raz kolejny. Dałam córce miłość, wychowanie, bezpieczeństwo. Ale nie umiałam dać jej radości – mówi ze łzami.

Życie toczy się dalej

Po zdarzeniu w Wiszni Małej premier Beata Szydło napisała na Twitterze: „Rodzinę zamordowanego Policjanta otoczymy opieką. Podjęłam decyzję o przyznaniu rent specjalnych dla Jego żony i dzieci. Łączę się z Nimi w bólu”. Minister Mariusz Błaszczak, który odwiedził rannych policjantów w szpitalu, relacjonuje, że funkcjonariusze są zdeterminowani, aby jak najszybciej wrócić do służby. – To wielka tragedia, gdy ginie kolega – tłumaczy insp. Mariusz Sokołowski. Czy to czas strachu i refleksji? Niekoniecznie. – Znamy ryzyko, ale działa mechanizm obronny. Wspomnimy ciepło kolegę, ale życie toczy się dalej. Człowiek nie myśli za dużo, bo wtedy wpadłby w obłęd, nie nadawałby się do służby – wyznaje. I dodaje: – Policjant zawsze wierzy, że liczba wyjść na akcje i liczba powrotów do domu zawsze będzie ta sama. Tak jesteśmy skonstruowani. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 50/2017
Więcej możesz przeczytać w 50/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0