Druga zmiana dobrej zmiany

Druga zmiana dobrej zmiany

Mateusz Morawiecki
Mateusz Morawiecki / Źródło: Newspix.pl / ABACA
Premier Mateusz Morawiecki chce zmienić styl działania Zjednoczonej Prawicy. Nie tylko rząd ma być ładniejszy, bardziej europejski i ugodowy. Obóz rządzący też.

Gdy dwa tygodnie temu kierownictwo PiS skłoniło do dymisji premier Beatę Szydło, działacze i sympatycy partii żegnali ją niemal ze łzami w oczach. Jak upokorzoną matkę narodu. Atmosfera w partii była bliska buntu. Dziś ci sami ludzie zachwycają się nowym premierem Mateuszem Morawieckim. – Po jego exposé napięcie w klubie PiS całkowicie zeszło, widać, że Morawiecki otrzymał od partii kredyt zaufania – mówi ostrożnie polityk Zjednoczonej Prawicy. Ale są też wypowiedzi znacznie bardziej entuzjastyczne. – Ludzie są zachwyceni – mówi inny polityk obozu władzy.

GENIUSZ PREZESA

Cała operacja wymiany premiera nie przebiegła bynajmniej bezboleśnie. Sondowanie Morawieckiego, czy zostałby premierem i na jakich warunkach, trwało kilka tygodni. A gdy wreszcie zapadła decyzja o wymianie szefa rządu, trzeba było wymyślić, jak to zręcznie zrealizować. – Prezes do końca nie był pewny, czy klub go poprze – mówi polityk PiS. – Sytuacja była napięta do samego głosowania nad wotum zaufania. Tuż przed głosowaniem, gdy Morawiecki kończył swoje wystąpienie w Sejmie, nie wszyscy posłowie PiS byli obecni na sali plenarnej, choć zbliżał się moment głosowania nad wotum zaufania. Do akcji ruszyli: Waldemar Andzel, członek prezydium klubu, i Marek Suski, wiceprzewod zącyklubu PiS. Andzel sprawdzał każde puste miejsce w ławach PiS i pytał sąsiadów, gdzie jest nieobecny, a Suski po kolei wszystkich obdzwaniał. Na samym końcu, gdy nie było jeszcze Antoniego Macierewicza, Piotra Naimskiego, Anny Zalewskiej, Henryka Kowalczyka i samej Beaty Szydło, a więc frakcji najbardziej niezadowolonej z wymiany na stanowisku szefa rządu, Suski już wiedział, że wszyscy siedzą w saloniku rządowym przy sali plenarnej. Poszedł tam i po chwili wszyscy nieobecni weszli na salę, a na końcu z saloniku wyłonił się Suski i z triumfalną miną zamknął drzwi. Pomysł, że roszada nastąpi tylko na stanowisku szefa rządu, a co będzie z ministrami, to się zobaczy, ewidentnie był związany z możliwością buntu na pokładzie. Gdyby premier Morawiecki zaczął wymieniać ministrów przed exposé, to być może Suskiemu nie udałoby się zagonić niektórych posłów na salę plenarną. Dlatego nie został wymieniony ani jeden minister, nawet dymisjonowany od miesięcy przez media Witold Waszczykowski, szef MSZ. Nie ma on jakiegoś szczególnie wielkiego fanklubu w PiS, ale – jak usłyszeliśmy od polityka tej partii – w głosowaniu nad wotum zaufania liczył się każdy głos. – Naprawdę nie było wiadomo, która frakcja uaktywni się przy tej czy innej dymisji – mówi nasz rozmówca. W tej sytuacji na wymianę ministrów trzeba będzie poczekać do stycznia. – Opóźnienie rekonstrukcji sugeruje, że zmiany mogą być bardzo głębokie i niektóre frakcje poczują się urażone – uważa polityk obozu rządzącego. I obstawia, że do rządu wejdą trzydziestoczterdziestolatkowie, m.in. związani za środowiskiem republikańskim. Ale nowy premier nie musi się już martwić, czy narazi się tej, czy innej frakcji w PiS. Do dokonania zmian w zupełności wystarczy mu poparcie prezesa partii Jarosława Kaczyńskiego. Tym bardziej że ten nie tylko nie stracił w oczach wyborców PiS, ale wręcz się umocnił. Gdy 13 grudnia podczas obchodów rocznicy stanu wojennego wystąpił z Mateuszem Morawieckim u boku, był jak zawsze fetowany przez tłum, który skandował: „Jarosław, Jarosław”. Kaczyński tłumił nawet te objawy uwielbienia, mówiąc: „Wiem, jak mam na imię”. Ale był wyraźnie zadowolony. I trudno mu się dziwić, skoro nie tylko udało mu się opanować kryzysową sytuację w partii, ale na dodatek wyszedł z niej w aurze geniuszu politycznego. Już pojawiły się głosy, że opozycja nie znajdzie odpowiedzi na Mateusza Morawieckiego na czele rządu, bo nie ma za co go krytykować. Albo jeszcze bardziej radykalne – że Morawiecki odbierze partiom opozycyjnym resztki tlenu.

CESARZOWI, CO CESARSKIE

To, że Mateusz Morawiecki jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu, pokazuje jego pierwszy wywiad udzielony „Gazecie Polskiej”, a więc środowisku, które go poparło, ale zarazem domaga się utrzymania w rządzie kontrowersyjnego ministra obrony narodowej Antoniego Macierewicza. Na pytanie o rekonstrukcję Morawiecki odpowiedział, że rząd powstanie w uzgodnieniu z Jarosławem Kaczyńskim. – To przede wszystkim rząd PiS, Zjednoczonej Prawicy – oświadczył. W ten sposób oddał cesarzowi, co cesarskie, czyli uznał publicznie zwierzchność Jarosława Kaczyńskiego. Jednocześnie zręcznie się za niego schował. Jeżeli teraz w wyniku rekonstrukcji odejdzie wspomniany szef MON Macierewicz czy minister środowiska Jan Szyszko, obaj popierani przez Radio Maryja, to pretensje należy zgłaszać do Jarosława Kaczyńskiego.

Również, wygłaszając exposé, nowy premier udowodnił, że wie, jak ugłaskać elektorat prawicowy wzdychający do Beaty Szydło, a jednocześnie dotrzeć do wyborców centrowych, których coraz bardziej irytował pisowski przekaz wylewający się z ust byłej premier i nieustanne awantury wywoływane aktywnością legislacyjną partii rządzącej, a tłumaczone przez nią wyświechtaną frazą, że stary układ się broni. Morawiecki więc z jednej strony podkreślał swój patriotyzm oraz chęć uczynienia Polski czołowym gospodarczo, a tym samym i politycznie krajem w Europie – to przekaz dla sympatyków PiS, którzy chyba kochają słuchać, że Polska wstaje z kolan.

Z drugiej strony mówił o potrzebie walki ze smogiem, z przemocą w rodzinie, z gorszą pozycją kobiet na rynku pracy. To były słowa kierowane do centrowych wyborców, którzy wiedzą, że smog czy przemoc w rodzinie to nie są „wymysły lewactwa”, tylko fakty. A przekaz dla wszystkich brzmiał: żeby w perspektywie 10-15 lat zwykłą polską rodzinę było stać na to samo, co przeciętną rodzinę z Zachodu. Za rządów koalicji PO-PSL Polacy słyszeli, że ani w tym pokoleniu, ani w następnym tak się nie stanie. A być może potrzeba pół wieku, żeby pod względem zamożności dogonić poziom Zachodu. Perspektywa 10-15 lat wygląda zupełnie inaczej. Nic dziwnego, że pojawiły się opinie, iż exposé Morawieckiego było skierowane do polskiej klasy średniej i ludzi do niej aspirujących – dorabiających się w pocie czoła, obciążonych kredytami hipotecznymi i stale zagrożonych, że stracą to, co zdobyli z powodu światowego kryzysu albo złych decyzji polskiego rządu.

Jednocześnie podkreślanie transferów socjalnych i zapewnienia, że będą one utrzymane, a nawet poszerzane, pokazuje, że Mateusz Morawiecki postanowił ułożyć swoje wystąpienie wedle zasady: dla każdego coś miłego. Tak czy inaczej, z całą pewnością nie było to wystąpienie zamykające, tylko otwierające PiS na nowe środowiska. Kolejna rzecz, która dowodzi, jak dobrze Morawiecki albo jego doradcy wyczuwają potrzeby wyborców PiS i potencjalne rafy, na których błyszczący wizerunek nowego premiera mógłby się porysować, to decyzja o sprzedaży wszystkich akcji banku BZW BK, a na dodatek przekazanie dywidendy na cele charytatywne. Opozycja zarzucała Morawieckiemu konflikt interesów z powodu posiadania tych akcji. Morawiecki mógłby się jednak upierać, że ich nie zbędzie, tylko odda do zarządzania jakiemuś zewnętrznemu funduszowi. I choć byłoby to zgodne z prawem, to jednak niewygodne pytania wracałyby zapewne w najmniej odpowiednich momentach. Sprzedaż akcji zamknęła sprawę.

USTĘPUJEMY

Wraz ze zmianą szefa rządu PiS rozpoczął też operację pt. ustępujemy. Jako pierwsza po łapach dostała Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, która w ciągu kilku dni nałożyła na TVN karę finansową za sposób relacjonowania protestów opozycji z grudnia ubiegłego roku, potem ją pokrętnie uzasadniła, by kilkadziesiąt godzin później sugerować, że wystarczy się odwołać od decyzji, by nie zapłacić ani grosza. Zapewne ta niespodziewana zmiana frontu nie wzięła się z magii nadchodzących świąt Bożego Narodzenia, tylko z partyjnej reprymendy, że czas na karanie TVN jest całkowicie nieodpowiedni. Dzień wcześniej można było zaobserwować, jak działacze PiS, wcześniej pracowicie zmieniający Kodeks wyborczy, niespodziewanie zaczęli się wycofywać ze swoich własnych zmian, które ewidentnie miały dać uprzywilejowaną pozycję największym partiom, a więc przede wszystkim PiS. Ustępujemy – to było słowo klucz podczas ubiegłotygodniowego posiedzenia komisji nadzwyczajnej ds. zmian w Kodeksie wyborczym. A więc Zjednoczona Prawica zaczęła pokazywać nową, bardziej cywilizowaną twarz.

Pierwsze efekty tych zabiegów przerosły najśmielsze oczekiwania. Nie tylko Morawiecki otrzymał poparcie większe niż Beata Szydło przed dwoma laty, bo poparli go posłowie związani z kołem Wolni i Solidarni Kornela Morawieckiego, ojca obecnego premiera. Na dodatek najnowszy sondaż Kantar Public dla „Faktu” przyniósł PiS 50 proc. poparcia. To zapewne uspokoi nastroje w elektoracie, który był nieco zdezorientowany zmianą w rządzie. Ale w styczniu, gdy dojdzie do wymiany ministrów, nastroje mogą się zmienić. Wtedy się okaże, kto zyskał, a kto stracił na grudniowej roszadzie. – Posłowie PiS z tylnych rzędów byli przyzwyczajeni do tego, że z obecnymi ministrami, z którymi często znali się od wielu lat, mogli to i owo załatwić, a to buduje poparcie w terenie – mówi polityk Zjednoczonej Prawicy. – Jeżeli w nowym rządzie będzie więcej polityków spoza PiS, a tego ludzie się obawiają, to już niczego nie da się załatwić. Wtedy rozgoryczenie w PiS wybuchnie z pełną siłą.

Nasz rozmówca przyznaje co prawda, że po exposé premiera i zmianie wizerunku całego obozu rządzącego baza społeczna Zjednoczonej Prawicy mogła się zwiększyć. – Ale podtrzymanie mobilizacji elektoratu będzie wyzwaniem – mówi. – Już widać, że nie będziemy grać na imigrantach, a inni, np. Paweł Kukiz, będą to robić bez skrupułów. Konkluzja wynikająca z rozmów w PiS jest następująca: Morawiecki to jest zupełnie inna, lepsza jakość niż Szydło. Jeżeli nowemu premierowi wyjdzie realizacja przedstawionego w exposé programu i w Polsce dojdzie do skoku cywilizacyjnego, to wszyscy będą zachwyceni. Ale jeżeli działania będą kulały, sondaże się pogorszą, to w partii zaczną się kwasy chwilowo zneutralizowane dobrym sondażem i pozostawieniem Beaty Szydło w rządzie. – Jedno jest pewne, elektorat PiS twardo rozlicza obietnice wyborcze – mówi polityk Zjednoczonej Prawicy. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 51/2017
Więcej możesz przeczytać w 51/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także