Kim są nowi ministrowie

Kim są nowi ministrowie

Brudziński: pierwszy po prezesie

Nowy szef MSWiA od dawna nazywany jest numerem dwa w Prawie i Sprawiedliwości. Już jesienią zeszłego roku było wiadomo, że Joachim Brudziński wejdzie do rządu. Tylko że wtedy miał być to gabinet Jarosława Kaczyńskiego. – Joachim opierał się przed rządową polityką. A szczególnie przed objęciem resortu MSWiA – mówi jego znajomy. Dlaczego? – Wolał być szarą eminencją niż rozgrywającym w rządzie. Nigdy nie przejawiał dużych ambicji, bo ma świadomość tego, że Jarosław Kaczyński nie akceptuje polityków, którzy przebierają nogami, by zająć jego miejsce – mówi nasz rozmówca z Sejmu. Ostatecznie w rządzie się znalazł, a partyjni koledzy mu kibicują. – Jest doświadczonym politykiem. Miał niemały wpływ na powoływanie wojewodów. Dlatego ma już przetarte szlaki w ministerstwie. I jest też piekielnie sprawny organizacyjnie. Ma spory autorytet – mówi europoseł Ryszard Czarnecki. Sprawność organizacyjną Joachim Brudziński pokazywał przez lata, kiedy był sekretarzem generalnym partii, gdzie nazywano go numerem dwa. Nadzorował struktury ugrupowania z namaszczenia Jarosława Kaczyńskiego. Ostatnio przygotowywał się na to, że będzie musiał zostawić partyjną politykę. – W regionalnych wyborach PiS wspierał swoich ludzi na tyle mocno, że większość lokalnych władz jest po jego stronie – mówi jeden z polityków PiS. Nie tylko politycy z jego ugrupowania mu kibicują, lecz także niektórzy politycy opozycji wypowiadają się o nim pochlebnie. – Sprawdzi się na tej funkcji – krótko podsumowuje Grzegorz Napieralski, senator, były lider SLD, a jednocześnie kolega z okręgu Brudzińskiego. Brudziński z wykształcenia jest politologiem. Od 1991 r. należał do Porozumienia Centrum, następnie do PiS. JM

Błaszczak, czyli ucho prezesa

Zadaniem następcy Antoniego Macierewicza jest poprawić wizerunek resortu obrony. Mariusz Błaszczak został przesunięty z funkcji szefa MSWiA na Ministerstwo Obrony Narodowej. Jarosław Kaczyński miał dokonać takiego wyboru, bo na stanowisku, które wcześniej zajmował Antoni Macierewicz, potrzebował polityka z twardego jądra PiS, któremu ufa, a który jednocześnie polepszy nadszarpnięty wizerunek MON. Według naszych informacji zarówno Joachim Brudziński, jak i Mariusz Błaszczak wcale nie palili się, by być w rządzie Mateusza Morawieckiego. – Oni lobbowali za tym, żeby Kaczyński został premierem. Prezes ich zmusił, żeby firmowali sobą gabinet Morawieckiego – mówi jeden z naszych informatorów. – Błaszczak miał pod sobą mundurówki. MON i MSWiA to dwa resorty siłowe. Za granicą dość częste jest przechodzenie z ministra spraw wewnętrznych na ministra MON czy odwrotnie – mówi Ryszard Czarnecki. I dodaje: – Mariusz Błaszczak jest umiarkowany co do formy, twardy co do treści. Przekłuje balon emocji, który opozycja nakręciła wokół MON – mówi Czarnecki. Jednocześnie ma kontynuować część pomysłów, które wprowadził jego poprzednik. Jednym z nich jest zachowanie Wojsk Obrony Terytorialnej. Mariusz Błaszczak urodził się w Legionowie, z wykształcenia jest historykiem. Był członkiem Porozumienia Centrum. Podczas pierwszej kadencji PiS był szefem kancelarii premiera, potem ministrem bez teki. Od 2007 r. jest nieprzerwanie posłem. JM

Czaputowicz, czyli człowiek ponad podziałami

O nowym szefie dyplomacji pozytywnie wypowiadają się nawet przedstawiciele opozycji. Pewny kandydat na następcę Witolda Waszczykowskiego w MSZ, prezydencki minister Krzysztof Szczerski odpadł na ostatniej prostej. Jego miejsce zajął zastępca Waszczykowskiego, Jacek Czaputowicz. Według naszych informacji Szczerskiego nie puścił do MSZ sam prezydent Duda, nie chcąc pozbywać się zaufanego szefa gabinetu. Jego przejście do MSZ wymusiłoby przetasowania personalne i kadrowe zamieszanie w okrzepłej już prezydenckiej administracji. Nie bez znaczenia było też to, że w toku rozmów dotyczących rekonstrukcji rządu przepadł rzucony przez prezesa Kaczyńskiego pomysł, żeby całą dyplomację podporządkować prezydentowi. Miała to być cena za złagodzenie stanowiska Dudy w sprawie reformy sądownictwa. Ostatecznie prezydent dostał wolną rękę w sprawach pozaeuropejskich, jednak relacje z UE zostały podporządkowane premierowi. Jego nominacja jest przecież po części dyktowana chęcią poprawienia relacji z Brukselą. W takiej układance Szczerski do MSZ po prostu nie pasował. Rzekoma odmowa przejęcia przez Szczerskiego MSZ związana jest z plotką, wedle której prezydencki minister chciał, poza resortem dyplomacji, także teki wicepremiera. Miało to być dodatkowym zabezpieczeniem sprawnej współpracy rządu z prezydentem. Wedle źródeł w Pałacu Prezydenckim, nic takiego nie miało miejsca. Przeciwnie, to szefostwo PiS miało kusić Szczerskiego stanowiskiem wicepremiera, żeby w ten sposób pozbawić Dudę zaufanego doradcy i osłabić jego gabinet. Po Szczerskim naturalnym kandydatem do schedy po Waszczykowskim był Konrad Szymański, zajmujący się w MSZ sprawami europejskimi. Ma on jednak wielu przeciwników, zarówno w partii, jak i w Pałacu Prezydenckim. Jego sprawność, choć doceniana, jest przedmiotem ledwo skrywanej zazdrości. Ostatecznie więc Szymański pozostał na swoim stanowisku do dyspozycji premiera szykującego się do ocieplania relacji z UE (szerzej piszemy o tym na s. 64). A szefem resortu został człowiek, do którego nikt się nie przyczepi. Czaputowicz ma piękną opozycyjną przeszłość i znajomości po obu stronach politycznej barykady. Jest być może jedynym członkiem rady programowej PiS, o którym z uznaniem wypowiada się chorobliwie uczulony na tę partię Radosław Sikorski. I to mimo że w ostatnich latach Czaputowicz ostro angażował się w publiczne debaty zgodnie z partyjną linią. To on m.in. był autorem opinii o nielegalności wyboru Donalda Tuska na drugą kadencję szefa Rady Europejskiej, na którą powoływał się Witold Waszczykowski. W PiS nie brak co prawda takich, którzy obawiają się, że z byłym działaczem ruchu Wolność i Pokój do MSZ wróci osławiona „korporacja Geremka”. Jednak dla partii jest sprawdzonym i bezpiecznym kandydatem. Nie bez znaczenia jest też to, że z ministrem Szczerskim łączą go dobre relacje. Przynajmniej na razie. MIEL

Sasin, czyli łącznik z Nowogrodzką

Powołany przez premiera przewodniczący Stałego Komitetu Rady Ministrów jeszcze niedawno chciał być prezydentem stolicy. Jacek Sasin według naszych informacji miał sam prosić prezesa PiS o wejście w skład Rady Ministrów. – Był jedyną z osób, która podczas rekonstrukcji weszła do rządu, bo sama o to zabiegała – mówi nasz rozmówca z PiS. Udało się. Jacek Sasin został przewodniczącym Stałego Komitetu Rady Ministrów. Dlaczego politykowi tak na tym zależało? Sasin nie miał szans, by ponownie zostać kandydatem na prezydenta Warszawy, na co wcześniej liczył. Prezes PiS, zdaniem naszego rozmówcy ze Zjednoczonej Prawicy, nie chciał go wystawić, bo po pierwsze w 2014 r. przegrał podczas wyborów samorządowych walkę o fotel prezydenta z Hanną Gronkiewicz-Waltz, a po drugie projekt warszawskiej ustawy metropolitalnej, którego był pomysłodawcą, został źle odebrany przez warszawiaków i ostatecznie wycofany przez klub PiS. – Sasin stracił w tym czasie mocno w oczach prezesa. Zaczął szukać swojego miejsca w polityce. Zdecydował się na rząd – mówi polityk PiS. Na umiejscowieniu zaufanego polityka w kancelarii premiera zależało też samemu Jarosławowi Kaczyńskiemu. – Zarówno Sasin, jak i Marek Suski, który został szefem gabinetu politycznego Mateusza Morawieckiego, mają być łącznikami z Nowogrodzką. Obstawił kancelarię zausznikami – mówi nam nasz rozmówca z PiS. Jacek Sasin urodził się w Warszawie, z wykształcenia jest historykiem. W 2007 r. był wojewodą mazowieckim. Potem został doradcą śp. Lecha Kaczyńskiego w ratuszu. Od 2009 r. był zastępcą szefa kancelarii prezydenta. Od 2011 r. jest posłem. JM

Szumowski, czyli zwrot w kierunku rynku

Na czele resortu zdrowia staje człowiek, który ma szansę przewrócić zwrotnicę w służbie zdrowia o 180 stopni. Kiedy okazało się, że Konstantego Radziwiłła na fotelu ministra zdrowia zastąpił Łukasz Szumowski, właściciele prywatnych klinik odetchnęli z ulgą. Profesor nauk medycznych, zatrudniony dawniej w prywatnym centrum kardiologii Allenort, jest nadzieją nie tylko dla polskiej kardiologii, którą dotknęły przeprowadzone przez Radziwiłła trzy obniżki wycen, ale podmiotów prywatnych skazanych na niebyt przez ustawę o sieci szpitali. Po Radziwille, który potępiał prywatyzację szpitali i odcinał ośrodki prywatne od pieniędzy publicznych, przychodzi człowiek Mateusza Morawieckiego, który w zasadach rynkowych widzi dla ochrony zdrowia szansę na rozwój. 45-letni warszawiak ma opinię niezwykle zdolnego lekarza i sprawnego zarządcy. Jego imponująca kariera medyczna zaczęła się tuż po studiach, kiedy po stażu podyplomowym w 1998 r. rozpoczął pracę w Instytucie Kardiologii w Aninie. Od początku poświęcił się elektrofizjologii i zaburzeniom rytmu serca. Cztery lata później, w wieku 30 lat, uzyskał tam stopień doktora nauk medycznych na podstawie pracy na temat migotania przedsionków u chorych z zespołem Wolffa, Parkinsona i White’a, a osiem lat później uzyskał habilitację. W 2011 r. docent Szumowski został kierownikiem Kliniki Zaburzeń Rytmu Serca Instytutu Kardiologii. Współpracownicy wspominają go jako sprawnego organizatora i człowieka niezwykle zdolnego. – Jego szybka kariera naukowa, a teraz urzędnicza, nikogo nie dziwi. To naprawdę inteligentny i pracowity człowiek – mówi jeden z kardiologów. Uwagę rządzących prof. Szumowski zwrócił na siebie w 2011 r., kiedy został przewodniczącym zespołu specjalistycznego nauk o życiu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego (MNiSW). Określany jako człowiek Gowina, w listopadzie 2016 r. został podsekretarzem stanu w MNiSW. Jest ojcem czworga dzieci, a w ramach hobby grywa na pianinie i gitarze, żegluje i jeździ na nartach. Jak wynika z oświadczenia majątkowego, jest właścicielem piór wiecznych Marii i Lecha Kaczyńskich wycenianych na 10 tys. zł. Kiedy objął stanowisko, mówiono, że jest fachowcem, który nie skupia się na kwestiach światopoglądowych. Opozycja szybko jednak wyciągnęła mu, że kilka lat temu podpisał deklarację wiary lekarzy, zobowiązując się do niewykonywania zabiegów aborcji, in vitro i niewypisywania recept na środki antykoncepcyjne. MB

Emilewicz, czyli szefowa „GiT‑resortu”

Nowa minister przedsiębiorczości i technologii ma duże ambicje polityczne i tego nie ukrywa. – Jadwiga Emilewicz zgłosiła pomysł, by urząd, na czele którego miała stanąć, nazwać Ministerstwem Gospodarki i Technologii, w skrócie GiT – opowiada nam jeden z jej współpracowników. Koncepcja upadła, a Emilewicz została ministrem przedsiębiorczości i technologii. Wstępnie przymierzana była do Ministerstwa Rozwoju. Problem polegał na tym, że Emilewicz ma bardzo duże ambicje polityczne, których nie ukrywa, a w Ministerstwie Rozwoju są kontenery pieniędzy na promocję inwestycji finansowanych z unijnych środków. – Minister rozwoju otwiera ogromne projekty, przecina wstęgi, siłą rzeczy jest lubiany i dobrze oceniany. Uznano, że ten resort może za bardzo wzmocnić najbliższą współpracownicę Jarosława Gowina i dlatego trafił w ręce Jerzego Kwiecińskiego, urzędnika bez ambicji politycznych – słyszymy. Udało nam się poznać kilka priorytetów resortu przedsiębiorczości i technologii. Jednym z nich jest walka ze smogiem, czyli realizacja przygotowanego przez Emilewicz, jeszcze jako wiceminister rozwoju, programu „Czyste powietrze”. Ma ją w tym wspierać pełnomocnik rządu ds. czystego powietrza, którym najprawdopodobniej zostanie Piotr Woźny, wcześniej wiceminister cyfryzacji i doradca Morawieckiego. Resort PiT ma przedstawić tzw. strategię produktywności – w ramach tzw. Przemysłu 4.0 – ten termin oznacza m.in. połączenie systemów produkcyjnych z internetem, w tym kontekście mówi się o tzw. inteligentnym przemyśle. Jedną z dziedzin, nad którymi Emilewicz zamierza się pochylić szczególnie, ma być nowoczesny przemysł farmaceutyczny oparty na biotechnologiach. Od jej współpracowników słyszymy także o tym, że minister zamierza realnie obniżyć ceny drewna dla polskiego przemysłu meblarskiego. O jej konflikcie z Konradem Tomaszewskim – szefem Lasów Państwowych, a prywatnie kuzynem Jarosława Kaczyńskiego – opowiadane są już anegdoty. Mówi się też, że Emilewicz ma ambicje, by na nowo napisać ustawę o zamówieniach publicznych. AG

Kwieciński, czyli „Mieszkanie plus”

Najważniejszym zadaniem ministra inwestycji i rozwoju ma być realizacja sztandarowego programu PiS. To najprawdopodobniej w ręce Jerzego Kwiecińskiego, czyli ministra inwestycji i rozwoju, trafi realizacja programu „Mieszkanie plus”, czyli budowy tanich w najmie mieszkań. Do tej pory za to zadanie odpowiedzialny był minister infrastruktury i budownictwa Andrzej Adamczyk. Nie poradził sobie z tym, za co był publicznie krytykowany przez Jarosława Kaczyńskiego i w wyniku rekonstrukcji rządu stracił dział budownictwo. Do końca nie wiadomo, dokąd ta działka trafi, bo nie ma jeszcze odpowiedniego rozporządzenia premiera. Ale wiele wskazuje na to, że będzie to resort Kwiecińskiego, choć z naszych informacji wynika, że np. obszar urbanistyki, który obecnie był przypisany do budownictwa, może trafić do resortu kultury, którym kieruje Piotr Gliński. Według naszych rozmówców, jeżeli Kwiecińskiemu przypadnie realizacja tego programu, będzie musiał się zmierzyć z dwoma podstawowymi problemami. Pierwszy dotyczy formuły prawnej, która ułatwi przykazywanie spółkom Skarbu Państwa terenów na te inwestycje. Zgodnie z planem tanie mieszkalnictwo miało powstawać m.in. na terenach należących do różnych podmiotów Skarbu Państwa, np. PKP. Problem polega na tym, że spółka nie może po prostu oddać swojego majątku, potrzebne są do tego odpowiednie regulacje prawne. Druga kwestia dotyczy tego, że Mieszkanie Plus miało objąć swoim działaniem aglomeracje, do których migrują młodzi ludzie w związku z pracą. Z tym jest problem, bo obecne inwestycje realizowane są przed wszystkim w pomniejszych miejscowościach, a cena najmu jest porównywalna z tym, co już oferuje rynek. Kolejne długoterminowe wyzwanie, jakie według naszych informacji jest stawiane przed Kwiecińskim, to dopilnowanie tego, aby Polska stała się liderem zarówno w ilości, jak i w jakości wydatkowania środków unijnych. Ma to pomóc Polsce w negocjacjach kolejnej unijnej perspektywy budżetowej. Główny ciężar tych rozmów przypada na rok 2019, czyli termin wyborów parlamentarnych. PiS chce ogłosić sukces w tej sprawie i wykorzystać ten temat jako paliwo w kampanii wyborczej. AG

Czerwińska, czyli bezpartyjny fachowiec

Media zainteresowało głównie to, że nowa minister finansów urodziła się w ZSRR. Ale to przede wszystkim wysokiej klasy specjalistka i naukowiec. Profesor Teresa Czerwińska z resortem finansów związana jest od jesieni 2017 r. Odpowiada za budżet państwa. Wcześniej pracowała jako wiceminister w resorcie nauki i szkolnictwa wyższego u Jarosława Gowina. To nie przypadek – mimo młodego wieku (43 lata) jest profesorem ekonomii, specjalistką od zarządzania i autorką wielu publikacji naukowych. Urodziła się w Dyneburgu na Łotwie, w polskiej rodzinie Ludmiły i Bogusława Tumanowskisów. Po maturze wyjechała na studia do Polski, tu obroniła doktorat, wyszła za mąż i urodziła córkę. Pracowała w Urzędzie Komisji Nadzoru Ubezpieczeń i Funduszy Emerytalnych w 2005 r. Sama o sobie mówi, że jest miłośniczką teatru i muzyki klasycznej. Cieszy się politycznym wsparciem wicepremiera Jarosława Gowina. Kiedy odeszła od niego z resortu do Ministerstwa Finansów, wiceszef rządu napisał jej wtedy na Twitterze: „Powodzenia, Teresa!”. MAD

Kowalczyk, czyli sypiając z ustawami

Minister środowiska ma załagodzić spór z Brukselą o wycinkę Puszczy Białowieskiej i ukrócić wpływy lobby myśliwskiego. To, że Jan Szyszko odejdzie z rządu, dla polityków PiS stało się jasne kilkanaście tygodni temu. Podczas posiedzenia klubu Jarosław Kaczyński publicznie zrugał Szyszkę, chcąc ograniczyć jego aktywność medialną. W kontekście objęcia schedy po Szyszce wymieniana była Jadwiga Emilewicz. Problem w tym, że jest ona w ostrym sporze z kuzynem Kaczyńskiego Konradem Tomaszewskim, szefem Lasów Państwowych. Dlatego ministerstwo przypadło Henrykowi Kowalczykowi, który w rządzie Beaty Szydło pełnił funkcję szefa Stałego Komitetu Rady Ministrów i wskazywany jest jako jej człowiek. – O Kowalczyku można usłyszeć dwie opinie, że był bardzo dobrym szefem KSRM lub że był bardzo złym szefem KSRM. Wszystko zależy od tego, jak były traktowane ustawy zgłaszane przez oceniającego – mówi nasz rozmówca. Jak się okazuje, na specjalne względy Kowalczyka zawsze mogło liczyć – kierowane wówczas przez Mateusza Morawieckiego – Ministerstwo Finansów. Kowalczyk ma opinię osoby bardzo pracowitej (mówi się, że sypia z ustawami), a przede wszystkim koncyliacyjnej. I przede wszystkim ta umiejętność ma mu pomóc w złagodzeniu sporu z Brukselą w sprawie wycinki Puszczy Białowieskiej, przy okazji którego UE nałożyła na Polskę ogromne kary finansowe. Kowalczyk ma też ukrócić wpływy lobby myśliwskiego, które za sprawą Szyszki – czynnego myśliwego, mocno rozpanoszyło się w resorcie środowiska. Klub PiS za tym ostatnim tęsknić nie będzie, panuje w nim bowiem opinia, że interesy leśników Szyszko zawsze stawiał przed interesem partyjnym. AG

Adamczyk, czyli uratowany przez Szydło

Nowo-stary minister infrastruktury będzie miał pomniejszone kompetencje i wpływowego wiceministra na plecach To, że Andrzej Adamczyk utrzymał ministerialną funkcję, to wyłączna zasługa byłej premier Beaty Szydło. – Są w relacjach przyjacielskich. Gdyby tak nie było, Adamczyk straciłby stanowisko już kilka razy – opowiada krakowski polityk PiS. Bardzo krytycznie o jego pracy – głównie w kontekście realizacji budowy tanich mieszkań, czyli programu „Mieszkanie plus” – wypowiadał się Jarosław Kaczyński. Ma on jednak do Adamczyka słabość, która wynika z tego, że organizuje on comiesięczne wizyty prezesa PiS na Wawelu. Kaczyński często gości wtedy u Adamczyka w domu. – Serwowany jest bigos, podobno wyśmienity. Mówi się, że to popisowe danie ministra – opowiada nasz krakowski rozmówca. Adamczyk jest szefem krakowskich struktur partii, matecznika PiS. To także działa na jego korzyść, bo stanowisko w rządzie jest docenieniem i wyróżnieniem tego regionu. Adamczyk bez wątpienia nie jest faworytem premiera Morawieckiego, który chciał jego dymisji. Losy ministra infrastruktury ważyły się do ostatniej chwili. Wybrano jednak wariant kompromisowy. Z kompetencji resortu Adamczyka wyjęto budownictwo, a tym samym sztandarowy projekt PiS, czyli „Mieszkanie plus”. Jak ustaliliśmy, pierwszym zastępcą Adamczyka został mianowany Mikołaj Wild, czyli zaufany człowiek Morawieckiego i pełnomocnik rządu do spraw Centralnego Portu Komunikacyjnego. W jego ręce ma trafić nadzór nad sektorem lotniczym. Mówi się także o ograniczeniu wpływu Adamczyka na sektor kolejowy. Tu jest jednak pewien problem ze znalezieniem chętnego, ponieważ wiosną spodziewany jest kryzys na kolei. Ma to związek z tym, że w jednym czasie na szlakach kolejowych zostanie rozpoczętych wiele inwestycji, co odbije się na kursowaniu pociągów. Z naszych informacji wynika, że rolą Adamczyka ma być jedynie dopilnowanie inwestycji drogowych, co ma związek ze zbliżającymi się wyborami samorządowymi. Najprawdopodobniej później jego misja w resorcie infrastruktury dobiegnie końca. AG

Wirtualny minister, czyli realne problemy

Wakat na stanowisku ministra cyfryzacji to, obok dymisji Antoniego Macierewicza, największe zaskoczenie ubiegłotygodniowej rekonstrukcji rządu. To, że prezydent nie powołał następcy odwołanej kilkadziesiąt minut wcześniej Anny Streżyńskiej, początkowo zostało odebrane jako likwidacja Ministerstwa Cyfryzacji. Było to o tyle prawdopodobne, że na resortowej mapie pojawiło się Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii. Taki scenariusz ucięła jednak rzeczniczka rządu, stwierdzając, że Ministerstwo Cyfryzacji zostaje, nowy minister zostanie przedstawiony wkrótce, a do tego czasu MC będzie zarządzał premier. Dzień przed rekonstrukcją pojawiła się informacja, że następcą Streżyńskiej zostanie Piotr Nowak, który obecnie jest wiceministrem finansów. Według naszych informacji faktycznie ta kandydatura była podsuwana Morawieckiemu, tyle że ten się na nią nie zgodził. Nowak trafił do Ministerstwa Finansów za czasów, gdy tym resortem kierował Paweł Szałamacha. Nieoficjalnie mówi się, że jego politycznym protektorem jest prof. Andrzej Zybertowicz, którego miał poznać w czasach akademickich. Jak udało nam się dowiedzieć, tuż przed samą rekonstrukcją rządu, już we wtorek, propozycję objęcia Ministerstwa Cyfryzacji otrzymał Paweł Szefernaker, który odmówił. Najprawdopodobniej dlatego, że przyjął wcześniej ofertę Joachima Brudzińskiego – nowego szefa MSWiA, u którego będzie pełnił funkcję pierwszego wiceministra. Gdy zamykaliśmy to wydanie, nie było żadnego poważnego kandydata na stanowisko ministra cyfryzacji. Osoba znająca kulisy tego tematu opowiada, że następcę Streżyńskiej czeka bardzo trudne zadanie. Przede wszystkim dlatego, że minister cyfryzacji złożyła bardzo wiele obietnic o informatycznej rewolucji w Polsce. – Problem polega na tym, że zdecydowana większość nie wyszła poza fazę wizji czy pomysłu. Jej następca musi się z tym skonfrontować, czyli mówiąc wprost, wycofać się, a to nie będzie łatwe, bo będzie przy tym atakowany przez swoją poprzedniczkę – twierdzi nasz rozmówca. Dodaje, że na chwilę obecną przed resortem cyfryzacji stoją trzy bardzo poważne wyzwania. Chodzi o dokończenie dwóch dużych unijnych projektów: dowodu osobistego z warstwą elektroniczną oraz platformy e-zdrowie, których termin ukończenia już raz był z Brukselą renegocjowany i tym razem, jeżeli nie zostanie dotrzymany, Polsce grozi zwrot liczonych w setkach milionów złotych unijnych dotacji. Trzecia sprawa to kwestia wdrożenia Centralnej Ewidencji Kierowców, kolejnego modułu CEPiK 2.0, który zgodnie z ustawą powinien zacząć działać od czerwca tego roku. Z naszych informacji wynika, że system nie jest gotowy i próba jego wdrożenia w ustawowym terminie niesie ryzyko paraliżu urzędów, tak samo jak miało to miejsce w listopadzie tego roku, gdy urzędy przeszły na nowy system Centralnej Ewidencji Pojazdów. Najprawdopodobniej nowy minister cyfryzacji będzie zmuszony znowelizować ustawę i zmienić termin wdrożenia tej zmiany. AG

Okładka tygodnika WPROST: 3/2018
Więcej możesz przeczytać w 3/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także