Odsiadka czy rządzenie?

Odsiadka czy rządzenie?

Właśnie upadł w Rumunii gabinet premiera Michała Tudosego, po tym, jak władze rządzącej partii socjaldemokratycznej odmówiły mu dalszego poparcia. Tudose został szefem rządu ledwie pół roku temu, w efekcie wotum nieufności, jakie parlament uchwalił wobec jego poprzednika – premiera Sorina Grindeanu. Obaj politycy wywodzą się z tej samej lewicowej formacji o korzeniach postkomunistycznych. Obaj też utracili władzę, gdyż nie dość starali się ochronić przed odpowiedzialnością karną szefa swojej partii Liviu Dragneę, który de facto rządzi zarówno partią, jak i całą Rumunią. Grindeanu przestraszył się masowych protestów ulicznych i nie wykonał partyjnego polecenia przeforsowania praw, które przez wprowadzenie wysokich finansowych progów dla przestępstwa korupcji uwolniłyby od procesów karnych zarówno samego szefa partii, jak i innych skorumpowanych działaczy.

Z kolei Tudose odważył się nawet usunąć z rządu kilkoro ministrów oskarżanych o korupcję, ale należących do grona zauszników szefa partii. Różnica jest tylko taka, że o ile Tudose zastosował się do partyjnego żądania i podał swój rząd do dymisji „z podniesionym czołem” (jak mówił), o tyle Grindeanu odmówił posłuszeństwa, więc doczekał się wyrzucenia z partii i odwołania w parlamencie przez posłów własnego ugrupowania. Tylko pozornie odmienny jest przypadek czeskiego premiera Andreja Babiša, który mimo wygranych wyborów nie tylko nie dostał od parlamentu wotum zaufania, ale jeszcze Izba Poselska odebrała mu immunitet. Babiš jest biznesmenem, twórcą wielkiej kompanii spożywczo-chemicznej. Udało mu się przekonać Czechów do idei „ekonomizacji polityki”, a także do tego, że krajem rządziła dotąd (jak mówi) – „mafia wespół z lobbystami i oszustami”.

W końcu 2017 r. założona przezeń partia ANO wyraźnie wygrała wybory, a samego Babiša, wbrew protestom innych partii, prezydent Miloš Zeman desygnował na premiera. Jednak mimo ofert koalicji, jakie Babiš składał wszystkim – od konserwatystów po nacjonalistów i komunistów – nie udało mu się przekonać posłów do swojego premierostwa. Na chwilę uratował go jeszcze… czeski kalendarz polityczny, gdyż kraj akurat znalazł się w zawieszeniu między pierwszą i drugą turą wyborów prezydenckich. Co łączy kryzysy rządowe w Rumunii i w Czechach? Ich przyczyną jest osoba lidera zwycięskiej partii, a zarazem polityka najbardziej kochanego przez naród. Dragnea, który na czele lewicy wygrał wybory w 2016 r. z niemal 50-procentowym poparciem, jest dziś marszałkiem parlamentu, a urzędu premiera nie może objąć z powodu ciążącego na nim wyroku karnego i toczących się przeciw niemu śledztw. Sąd skazał go na rok więzienia w zawieszeniu za to, że jako prefekt regionu na Wołoszczyźnie dopuścił się przekupstwa i fałszowania kart do głosowania podczas referendum, które w 2012 r. miało doprowadzić do odwołania ówczesnego prezydenta państwa. Ale wlecze się za nim też proces o zatrudnianie urzędników na fikcyjnych etatach oraz poważne oskarżenie o wyłudzenie pieniędzy od Unii. Analogiczny zarzut ciąży na premierze Czech. Prokurator zarzuca mu, że przez fikcyjną operację sprzedaży i odkupienia firmy wyłudził 2 mln euro unijnej dotacji, która w żadnym razie mu się nie należała. Ale czeskie media oskarżają Babiša także o to, że był komunistycznym agentem, że ukrywa część swego majątku oraz że oszukuje przy płaceniu podatków. Zwycięski Dragnea chciałby zostać premierem, ale nie może z powodu ciążącego na nim wyroku. Co pół roku zatem zmienia premierów, licząc na to, że w końcu któryś spełni jego żądanie przeforsowania praw, które na nowo przywrócą mu pełną „niewinność”. Mało zważa przy tym na protesty społeczne, gdyż poczucie siły dają mu świetna kondycja gospodarcza kraju, wzrost płac i emerytur, a w końcu jego osobista popularność. Babiš z kolei został na chwilę premierem, ale tylko dzięki swoistemu „paktowi przyjaźni”, jaki łączył go z głową państwa. W efekcie nie jest jednak w stanie rządzić, bo nikt nie chce dać mu – jako „kryminaliście” – parlamentarnej większości. W jakimś sensie Rumunia i Czechy próbują rozwiązać swoist ą demokratyczną kwadraturę koła. Co zrobić, gdy lud obdarza miłością i zaufaniem ambitnego lidera, który, choć skorumpowany i obciążony wyrokami, prze do władzy i w żadnym razie nie myśli z niej dobrowolnie rezygnować? g

Okładka tygodnika WPROST: 5/2018
Więcej możesz przeczytać w 5/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0