Upadek króla Stasia

Upadek króla Stasia

Stanisław Gawłowski jest oskarżany przez Sławomira Nitrasa o "pompowanie kół" (fot. materiały prasowe)
Rządził zachodniopomorską Platformą Obywatelską, ale to w Koszalinie był królem. Nawet partyjni oponenci wiedzieli, że miasto to teren Stasia.

Mowa o Stanisławie Gawłowskim, pośle PO i sekretarzu generalnym tej partii, nad którym wisi groźba zatrzymania w związku z aferą melioracyjną. Prokuratura chce mu postawić pięć zarzutów, w tym trzy o charakterze korupcyjnym, jeden o plagiat pracy doktorskiej (w 2015 r. szeroko pisał o tym tygodnik „wSieci”) i jeden o ujawnienie tajemnicy państwowej. Śledczych nie zadowala to, że Gawłowski zrzekł się immunitetu, a więc można pociągnąć go do odpowiedzialności karnej. Chcieliby go zatrzymać i właśnie to miało być przedmiotem głosowania w Sejmie w ubiegłym tygodniu. Niespodziewanie jednak ten punkt został zdjęty z porządku obrad. Dlaczego? Być może dlatego, że nie ma pewności, iż Sejm zgodzi się na zatrzymanie Gawłowskiego, po tym jak Senat nie zgodził się na aresztowanie Stanisława Koguta z PiS. W parlamencie dosyć powszechnie się uważa, że zatrzymanie swojego, czyli Koguta, miało być argumentem za zatrzymaniem polityka opozycji. No ale do tego nie doszło. – Nie przesądzając o winie czy niewinności Gawłowskiego, będę głosował przeciwko zgodzie na jego zatrzymanie, bo nie mam pewności, czy jego proces będzie uczciwy – mówi Michał Kamiński, były poseł PO, dziś w opozycji do tej partii. Niewykluczone, że wielu myśli podobnie.

O dwóch takich, co się pokłócili

Stanisław Gawłowski to typowy polityk regionalny – silny na własnym terenie, ale w polityce krajowej specjalnie się niewyróżniający. Według zachodniopomorskich polityków jest bardzo sprawny w partyjnych rozgrywkach i zdarza mu się grać nieczysto. Jest też uparty i odporny na argumenty. Gdy czegoś chce, potrafi wystąpić z pozycji siły i wymusić swoje. Mimo to wejście do krajowejpolityki zajęło mu ponad dekadę. Do Sejmu dostał się dopiero w 2005 r. z pierwszego miejsca na koszalińskiej liście PO. Nie miał jednak najlepszego wyniku, bo wyprzedził go Sebastian Karpiniuk, zdobywając o jedną piątą więcej głosów, choć kandydował z drugiego miejsca. Gdy w 2010 r. Karpiniuk zginął w katastrofie smoleńskiej, Gawłowski nie miał już w swoim okręgu wyborczym konkurencji. Stał się niekwestionowanym królem Koszalina i postanowił zostać królem całego Zachodniopomorskiego. Stanął do walki o przywództwo w regionalnej Platformie, a jego rywalem był Sławomir Nitras. Ci dwaj politycy w przeszłości byli dobrymi kolegami. Obaj pięli się po szczeblach kariery, nie wchodząc sobie w drogę – Gawłowski w Koszalinie, a Nitras w Szczecinie. Senator Grażyna Sztark, bardzo wpływowa postać w regionie zachodniopomorskim, matkowała obu politykom. Mówiła o nich, że są jej synusiami, i kibicowała ich karierom. Ale walka o przywództwo w zachodniopomorskiej PO poróżniła dawnych przyjaciół. Gawłowski, który już wówczas był wiceministrem ochrony środowiska, wygrał. Ale zwycięstwo mu nie wystarczyło. Zaczął Nitrasa powoli marginalizować, zgodnie zresztą z polityczną zasadą, że wroga należy dobić, bo inaczej się odwinie. I Nitras się odwinął w 2013 r., gdy publicznie oskarżył Gawłowskiego o tzw. pompowanie kół partyjnych, czyli dopisywanie fikcyjnych członków po to, żeby dane koło mogło wystawić więcej kandydatów na zjazdy partyjne i w ten sposób zyskać przewagę nad wewnętrznymi konkurentami. Proceder stary jak partie polityczne. Nitras napisał list w tej sprawie do przewodniczącego partii Donalda Tuska, ten jednak na niego nie zareagował, a Gawłowski rozpoczął procedurę wyrzucania Nitrasa z partii za pomówienia. Ostatecznie do tego nie doszło, ale Gawłowski zablokował start Nitrasa najpierw do europarlamentu, a potem do samorządu w 2014 r.

Owoce morza i jagnięcina

Wojewódzki lider partii rządzącej to bardzo wpływowa postać. – Ma możliwość obsadzania regionalnych stanowisk w spółkach Skarbu Państwa i agencjach rządowych, jego głos liczy się przy obsadzaniu urzędu wojewody – opowiada senator Grzegorz Napieralski, który wie, co mówi, bo sam był szefem zachodniopomorskiego SLD w czasach, gdy ta partia sprawowała władzę. A Gawłowski nie dość, że szefował regionalnej PO, to jeszcze od początku rządów partii, czyli od 2007 r., był wiceministrem ochrony środowiska, a to stanowisko też daje duże możliwości. Nic dziwnego, że stał się potężną postacią w regionie. Jego dobra passa odeszła jednak wraz z aferą taśmową. W restauracji Sowa & Przyjaciele Gawłowski został nagrany, jak biesiadował z wpływowym lobbystą Piotrem Wawrzynowiczem związanym z PO. Obaj między innymi użalali się nad losem Sławomira Nowaka, który z powodu kosztownego zegarka nieuwzględnionego w zeznaniu majątkowym musiał odejść z rządu i polityki. Gawłowski mówił, że ogromnie Nowakowi współczuje, bo dostaje on baty za nic (w oryginale to zdanie zawierało dwa wulgaryzmy). A w dalszej części rozmowy, gdy zeszła ona na zasady obowiązujące w USA, wiceminister dodał, że w Stanach zegarków żadne służby nie sprawdzają. – Jak kupił zegarek, to dobrze, bo gospodarkę wzmocnił. Konsumpcja jest ważna w gospodarce – perorował Gawłowski przy zupie z owoców morza i jagnięcinie na drugie danie. Rozmowa skończyła się stwierdzeniem: rozchodzimy się w podgrupach, płacimy gotówką, żeby nie zostawiać śladów. Później Gawłowski tłumaczył, że to był taki żart. Politykowi PO w tamtym momencie pewnie się nawet nie śniło, że kosztowne zegarki będą w przyszłości przyczyną i jego kłopotów, bo prokuratura chce mu postawić zarzut wymuszenia łapówki w postaci dwóch zegarków. Taśma z tej rozmowy ujrzała światło dzienne w 2014 r., ale dopóki premierem był Donald Tusk, obowiązywała strategia, że nie zrzuca się z sań bohaterów afery podsłuchowej. Tak więc Gawłowski nadal pozostawał wiceministrem. Dopiero przed wyborami w 2015 r., gdy premierem od pół roku była już Ewa Kopacz, złożył dymisję bez podania przyczyny. Plotkowano, że pani premier pozbyła się z rządu tych polityków, co do których istniały podejrzenia, iż przed wyborami mogą być zaatakowani kolejnymi taśmami. Jednak takie nagrania się nie pojawiły. Za to tygodnik „wSieci” wyciągnął Gawłowskiemu plagiat pracy doktorskiej. Według autorów artykułu przynajmniej 10 proc. tekstu zostało przepisane z innych publikacji, bez powołania się na źródło. Gawłowski nie przyznał się do plagiatu.

POROZUMIENIE BARONÓW

Pod koniec czerwca 2015 r. Grzegorz Schetyna, który już rozpoczął swoją grę o przywództwo w PO, zażądał od Kopacz, żeby osoby zamieszane w aferę taśmową nie zostały umieszczone na listach do parlamentu. Otoczenie Kopacz od razu uznało, że to jest pułapka, bo chodzi o zaszkodzenie szefowej, a nie oczyszczenie partii. Ale Gawłowski, według naszych rozmówców, był wściekły. Opowiadał, że to Schetyna kazał mu się spotkać z Wawrzynowiczem i groził, że gotów jest to ujawnić. Dlatego dla członków PO pewnym zaskoczeniem był fakt, że po wyborach Gawłowski przystąpił do tzw. porozumienia baronów, którzy wynieśli Schetynę do władzy w Platformie. W nagrodę został sekretarzem generalnym partii i od tego czasu jest lojalnym schetynowcem. A szef partii odwdzięcza mu się poparciem. Gdy w grudniu ubiegłego roku CBA przeszukało warszawskie mieszkanie Gawłowskiego i jego dom w Koszalinie, a prokuratura ogłosiła, że wystąpi do Sejmu z wnioskiem o uchylenie immunitetu, bo zamierza postawić mu zarzuty przyjmowania łapówek, kierownictwu partii nawet przez myśl nie przeszło, żeby pozbawić tego polityka stanowiska sekretarza generalnego. Przeciwnie – uruchomiono publiczną obronę byłego wiceministra. Politycy PO uznali, że oskarżenia pod jego adresem mają charakter polityczny, choć śledztwo w sprawie ustawiania przetargów na prace melioracyjne toczy się od czterech lat, a więc zaczęło się jeszcze za czasów rządów PO w państwie. Śledczy mieli m.in. ustalić, że w 2011 r. Gawłowski przyjął 170 tys. zł w gotówce od jednego z przedsiębiorców w zamian za pomoc w zdobyciu lukratywnych kontraktów od Zachodniopomorskiego Zarządu Melioracji i Urządzeń Wodnych. Miały to być pieniądze na kampanię wyborczą. W styczniu tego roku „Fakt” napisał o kanapkach wyborczych, czyli grubych plikach banknotów przekazywanych Gawłowskiemu przez przedsiębiorcę Krzysztofa B. Ponadto Gawłowski jest podejrzewany o przyjęcie w formie łapówki dwóch szwajcarskich zegarków, których jednak nie znaleziono podczas przeszukania.

KRÓLESTWO W ROZSYPCE

Sekretarz generalny PO odpiera wszystkie zarzuty. Twierdzi, że jest niewinny, a jedyny kosztowny zegarek, jaki posiada, jest prezentem od żony i został zakupiony kilka lat wcześniej, nim miało dojść do rzekomej łapówki. A ponieważ prokuratura go zarekwirowała, to teraz w ogóle nie ma zegarka. Jednym tchem dodaje, że będzie pierwszym więźniem politycznym IV RP. Pełnomocnikiem prawnym Gawłowskiego został Roman Giertych, o którym krąży opinia, że nie bierze spraw, jeżeli nie jest pewny ich wygranej. To się oczywiście okaże. Nawet jeżeli jednak wybroni swojego klienta, to straty polityczne już są duże. Koszalińskie królestwo Gawłowskiego zaczyna się powoli sypać. Samorządowcy PO rozglądają się za bezpieczniejszymi miejscami, z których mogliby wystartować w tegorocznych wyborach lokalnych. W regionie poszła plotka, że dwójka radnych z sejmiku na zasilić obóz Zjednoczonej Prawicy – jedna osoba ma przejść do PiS, a druga do Porozumienia Jarosława Gowina. Sławomir Nitras, który bardzo zabiegał o zgodę partii na start w wyborach na prezydenta Szczecina, nagle zaczął się wahać, czy rzeczywiście chce powalczyć o to stanowisko. – Wcale mu się nie dziwię, bo jeżeli ta kampania miałaby polegać na tłumaczeniu się z grzeszków Gawłowskiego, to może być naprawdę trudna i zakończyć się przegraną – mówi szczeciński polityk. A jeżeli Sejm zezwoli na zatrzymanie Gawłowskiego (dotąd wydarzyło się to tylko raz i dotyczyło Andrzeja Pęczaka z SLD), a ten trafi do aresztu, to szkody w zachodniopomorskiej PO będą jeszcze większe. Być może nie do odrobienia. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 7/2018
Więcej możesz przeczytać w 7/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0